Witam!
Tym razem z czymś nie do końca moim, bo z tłumaczeniem. Tak, moje zupełnie pierwsze zetknięcie się z tym tematem. Owszem, tłumaczyłam komiksy, ale to trochę inna sprawa. Tam są głównie dialogi; opisy nie są rozbudowane, zupełnie inna kategoria. Dlatego musicie wybaczyć mi błędy; składniowe, logiczne czy nawet złe tłumaczenie, jeśli dopatrzycie się tego w oryginale. Powtarzam, robię to pierwszy raz. Każdy ma prawo potknąć się na początku. Proszę tylko o powstrzymanie się ze zbyt surową oceną; wszelkie wskazywanie błędów mile widziane. Mam na myśli: o, tutaj źle to napisałaś, tam powinno być to zamiast tego. Konkrety. Chcę doszlifować to moje dzieło, by być może kiedyś, gdzieś je zamieścić.
Uwaga- niespodzianka- tekst pochodzi z fandomu Harre'go Potter'a. Być może to nie jest odpowiednie miejsce na niego, ale wybaczcie, nie zamierzam tworzyć kilkunastu blogów z takiego powodu. Zawiśnie sobie i niech będzie, komu to przeszkadza.
Teraz trochę o samej fabule. Muszę was uprzedzić, że autorka wyraźnie zaznacza, że lubi uległego Harre'go. Na szczęście nie znalazłam tutaj syndromu słitaśnego uke, wiec możecie spokojnie czytać. Fabuła opiera się na wątku mpreg (męska ciąża) wiec jeśli tego nie lubisz- nie czytaj, lub powstrzymaj się od komentarzy w rodzaju: to jest chore. Tylko mnie rozdrażnisz, a po co ci to? Owa autorka stworzyła swoją wersję Blaise'go, która mnie całkiem odpowiada. Mam nadzieję, że wam tez przypadnie do gustu. Co prawda postać nie jest tu aż tak rozbudowana, jak w innych jej fanficach, ale widać różnicę miedzy tym, a książkowym. Zwróćcie uwagę na różnicę w słowach „tato" i „ojciec", to ważne.
Mam nadzieję, że tekst da się zrozumieć bez myśli „ale co się stało się?". Starałam się, naprawdę.
Aha, czy ktoś ma pomysł na ładniejszy tytuł? Dla mnie ten brzmi koszmarnie ;/
Tytuł: Skórzany dziennik
Tytuł oryginału: The Leather-Bound Journal
Autor: Tsurusaki Eiri
Link: klik
Zgoda: Jest
Paring: Draco/Harry Blaise/Harry
Ostrzeżenia: mpreg
Dla najdroższego Harry'ego,
Zawsze kochający
- twoja rodzina.
Potrzebuję tutaj więcej kobiet!- Moira Lily
Siedzi wyprostowana, skrobiąc piórem po pergaminie. Jej brwi marszczą się lekko w zamyśleniu. Jest uosobieniem elegancji, z hebanowymi puklami spływającymi po jej delikatnych plecach i z porcelanową skórą cherubina. Jej oczy nie są jednakowe: jedna tęczówka intensywnie zielona, druga zaś w barwie głębokiego szafiru, okraszona złotem. Jest odzwierciedleniem gracji, czystego, ludzkiego piękna. Jednak, czego można się spodziewać po jedynej córce Harry'ego Potter'a i Blaise'go Zabini'ego?
Bycie jedyną kobietą w rodzinie jest takie beznadziejne!
Pióro w jej dłoni drga nieznacznie. Niespodziewanie, słone krople łez plamią pożółkły papier, tworząc zamazane lilie na brzegu kartki.
Bycie jedyną kobietą w tej rodzinie jest naprawdę do bani! (przepraszam mamusiu). To znaczy, Ty też nią w pewien sposób jesteś (wiesz, co mam na myśli) ale teraz Ciebie tu nie ma, prawda? Jest tak okropnie bez Ciebie, nie tylko przez Arthan'a-Kretyna-Numer-Jeden oraz Killian'a-Diabła-Wcielonego-I-Kretyna-Numer-Dwa którzy doprowadzają mnie do szału. Jest tak także przez tatę i Draco, którzy wciąż prowadzą te „ciche" wojny miedzy sobą i nie potrafią zachowywać się jak normalni dorośli, gdy Ciebie tu nie ma!
Zupełnie zapomnieli zabrać mnie dzisiaj na zakupy, chociaż obiecali. Jakby tego było mało, Draco pomieszał w praniu moją nową białą bluzę z czarnymi szatami: mówiłam mu, nie rób tego! (są teraz kompletnie zniszczone). Kiedy powiedziałam taci,e co się stało, powiedział: „Jestem pewny, że znajdziesz coś innego do włożenia na przyjęcie u Ciaran'a".
...Miałam ochotę krzyczeć!
Czarodziejskie radio na jej biurku przez chwilę skrzypi i trzeszczy, gdy niski, głęboki głos zapowiada następną melodię-„ teraz coś dla przeklętych, jak to określili- gardłowy chichot- Czarodziejskie Trąby dla roztrzaskania waszych umysłów" Muzyka huknęła nagle.
Tęsknię za Tobą mamusiu. Tęsknię za Tobą bardzo, jest tak przygnębiająco bez Ciebie i mam nadzieję, że niedługo powrócisz. Chciałabym WIELKI prezent urodzinowy od Ciebie, zgadzasz się na to, mamo? (mała aluzja- mugolski laptop byłby fajny) (zanim powiesz NIE, zastanów się, ile razy kończy się piętnaście lat?).
Jej łzy ustają i sięga w kierunku radia, zmieniając stację na trochę mniej agresywną; jej nastrój zmienia się nagle. Wzdycha.
Przepraszam za niepisanie o niczym poza moimi narzekaniami. Wiem, że nie jest tak całkiem do bani. Czasami Grosik pomaga mi w robieniu eliksiru (tak samo jak ty chcę, by profesor Snape odszedł ze szkoły) i zdarza się, że Kill siedzi całkiem cicho...i czasami tato i Draco nie próbują się pozabijać. Próbuję ich trzymać razem, przecież ktoś tu musi być dorosłym!
Dobra wiadomość jest taka, że Ciaran wpadnie do mnie jutro! (spytał, czy zamierzam pójść na jego przyjęcie i jeśli lubię truskawkowy dżem czy marmoladę- to chyba oczywiste, to czy nie mam pomysłu, co z tym można zrobić). Chciałabym napisać o nim więcej...
Rumieni się; ta urocza czerwień zawsze ciekawi jej ojców.
...ale gdyby Grosik, tato i Draco o tym przeczytali, nie odpędziłabym się od dokuczania, a za to dziękuję bardzo. (wciąż musze popracować nad Zaklęciem Tajności, Grosik mówi, że Draco stosuje najsilniejsze w swoim dzienniku. Myślę, że Grosik jest trochę na niego zirytowany, za to, że próbuje trzymać te strony w sekrecie. Ja jednak wiem, że ma ku temu swoje powody- możliwe, ze nie chce byśmy znali jego zmartwienia. Może robi źle, próbując to przed nami ukryć. Szczególnie denerwuje to Grosika- on jest królem wszystkich zmartwień. Musisz coś zrobić z tym twoim synem, mamusiu. Ja robiłam wszystko, co mogłam
Głośno pociąga nosem.
Więc, myślę, że to wszystko mamusiu...na dzisiaj...wróć niedługo do domu, dobrze? Naprawdę za Tobą tęsknię. I to, co powiedziałam w zeszłym tygodniu...naprawdę, naprawdę przepraszam.
Odkłada pióro na bok, poprawia fałdy na pergaminie i wkłada do oprawionego w skórę dziennika. Bierze przedmiot delikatnie w ramiona i wychodzi z pokoju, do drugiego, gdzie siedzi jej rodzina- Arthan spaceruje tam z rękopisem swojego ojca chrzestnego, a jej taty. Starszy mężczyzna posyła jej lekki uśmiech, a ona kładzie dziennik na niskiej półce obok fotografii ich rodziny. Ojciec kiwa głową w zrozumieniu, poklepując miejsce obok siebie na kanapie. "Dziękuję, Moira" szepcze do niej, przytulając mocniej córkę. Razem czekają na powrót rodziny do domu.
Obiecuję być bardziej cierpliwa w stosunku do twoich mężów, mamusiu. I tych kretynów, których lubisz nazywać swoimi synami. I będę czekać, byś wrócił do domu bezpiecznie.
Kocham,
Moira.
Siedzi przy stole, a jego prawa ręka przemieszcza się między pielęgnowaniem eliksiru i pisaniem wiadomości, lewa zaś jest kurczowo zaciśnięta na pergaminie. Arthan Pendragon- świeży upieczony absolwent Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart - krzywi się, gdy pierwsze promienie słońca przecinają kuchenne ciemności.
Arthan: Szesnasty czerwca.
Brakowało mi Ciebie wczorajszej nocy, na tej cholernej imprezie, mamo.
Działanie eliksiru jest powolne, ale nie można powiedzieć, że ten młody mężczyzna jest choć trochę mniej przystojny. Uosabia swojego imiennika- bohaterskiego druida w złotej aureoli, ze swoimi słonecznie-złotymi włosami i ciemnozielonymi oczami, często ostrymi w reprymendzie w stosunku do rodzeństwa, czy wesołymi w psocie w stosunku do przyjaciół. I niezaprzeczalne delikatnymi w relacjach z matką. Jego plecy są szerokie i wyprostowane, ale uśmiech jego matki dodaje mu gracji. Arthan- lub kochany Grosik, wie jak bardzo jest kochany.
Ojciec stwierdził, że to prawdopodobnie był najlepszy Bal Absolwentów, od kiedy Seamus Finnigan wypił galon „najlepszego gorzkiego piwa" Hagrida. Aczkolwiek nie mogłem domyślić się, co potem mogło się z nim stać. Spytałem Finnigan'a juniora i on powiedział, że jego ojciec nigdy więcej nie tknął tego piwa. Nikt inny oprócz Dracona Malfoya nawet go nie ruszył.
Jak zawsze, ojciec i tato zaczęli miedzy sobą zawody, kto wypije więcej, z tymi ich nieziemskimi pokładami pseudo-dumy. Też zostałem w to wciągnięty. Jedyną rzeczą, jaką się przez to nauczyłem, to, że ilość alkoholu nie ma wpływu na nic, jeśli masz słabą głowę zapisaną w genach. Killian wciąż pił więcej niż kiedykolwiek mógł pomieścić mój brzuch (to nie tak, że my mu cokolwiek daliśmy, mamo!)
Uśmiecha się sennie do siebie.
Z resztą, wcale nie tak wiele.
Czajnik na herbatę gwiżdże głośno, przywracając go do rzeczywistości. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna z delikatnymi przebłyskami siwizny we włosach ściąga czajnik z gazu i zaczyna przygotowywać śniadanie.
-Dzień dobry, Grosiku- głębokie, niebieskie oczy obserwują go, gdy dusi ziewnięcie i potakuje w odpowiedzi -Zdążysz z tym eliksirem na czas?
-Mphn.
- Wylała ci się część?
-Mmphft.
- Wydaje mi się, że trochę za dużo wczoraj wypiłeś- niski chichot. Patrząc na mocny, szczupły profil Arthan mruga lekko na swojego ojca-we-wszytkim-poza-krwią. Starszy mężczyzna szepcze konspiracyjnie- Straciłeś swoje dziewictwo, chłopcze?
- Tato!
Dudniący śmiech, ciepły i wesoły.
- Tylko sprawdzałem. Twoje pióro brudzi pergamin, Grosiku.
- Cholera, już je zamykam. I przestań nazywać mnie Grosikiem, tato- z wdzięcznością bierze filiżankę herbaty od starszego mężczyzny i upija łyk- Nie spodziewałem się, że wstaniecie tak wcześnie. Ty i Draco. To nienaturalne.
Przepraszam za to, mamo. Po prostu tato zszedł na śniadanie (i prawdopodobnie jesteś zdziwiony, że tak wcześnie, prawda?). Oskarża mnie o rozpustność. Uważam, że gdy tu byłeś, był uwolniony od wielu frustracji (aktualnie wraca do łóżka). To nie jest zabawne, nie widzieć Cię tutaj, w kuchni.
O Boże! To Moira! Wygląda, jakby długo płakała tego ranka.
Prawdopodobnie wiesz już o Ciaran'ie. To właśnie o nim ciągle mówi. Aczkolwiek nie wiem, dlaczego płacze, skoro nie ulega wątpliwości, że to wina ojca. Spróbuję z nią porozmawiać, mamo. Przecież chcę jej tylko pomóc...
- Witaj, mała- Arthan wykrzywia się lekko na widok jej opuchniętych, czerwonych oczu i ostrego spojrzenia- W tej sytuacji...Chcesz o tym porozmawiać?
- Nie.
-...to przez Ciaran'a?
- Nie! Z Ciaran'em wszystko w porządku! Ugh, przestań wciąż robić z niego kryminalistę!
-Dobra...przepraszam...
Mimo wszystko, gdy wrócisz, wszystko się unormuje. Moira potrzebuje się teraz naprawdę mocno.
Jego siostra zalewa się łzami, a jej porcelanowa twarz staje się czerwona.
- Ciaran jest zakochany w Maggie Prince- łka cicho- I nie mów nic o rzucaniu na niego klątwy!
-...
- Przepraszam- mruczy pomiędzy łzami- nie chciałam na ciebie wrzeszczeć.
Pociągnięcie nosem.
-...więc powinienem rzucić klątwę na Maggie?
-...mogę w tym pomóc?
Identyczne, szerokie uśmiechy.
- Tak, dopóki nie powiesz o tym mamie.
- Jesteś takim maminsynkiem, Grosiku- mówi zaczepnie Moira, szturchając plecy brata- Nie mogę uwierzyć, że nigdy więcej nie zobaczę twojego zasmarkanego nosa Prefekta patrolującego korytarze...- chichocze dokuczliwie, a jej twarz wyraża kpinę. Ale wtedy zapada cisza i sztywna atmosfera, gdy drzwi otwierają się ze zgrzytem- Draco wrócił...- mamrocze.
- Jest dobrze, Moira- kończąc swój list okazałą sygnaturą, Arthan przyczepia go zaklęciem do ich rosnącego dziennika i czochra swoją siostrę po włosach- Idę powitać ojca. Ty idź i pomóż Killian'owi w kąpieli.
-Dzięki- wymieniają błyszczące spojrzenia, gdy ona odwraca się tyłem i wychodzi.
Wiec, mamo...Wszyscy tak bardzo Cię tutaj potrzebują. Ojciec naprawdę Cię potrzebuje...
On zawsze Cię potrzebował...
Twój syn,
A.P. Potter
PS Killian każe przekazać, że widział Cię w swoim ostatnim śnie: bawiłeś się z nim i przytulałeś go. Jestem zadowolony. I ja- tego się nie spodziewałem- ale nigdy tak bardzo nie chciałem mieć snów, jak teraz.
Killian:
Droga mamusiu,
Kiedy przyjdziesz do domu? Bardzo za Tobą tęsknię! Wczoraj były urodziny Moir'y! Zjadłem ciasto. Wszyscy śpiewali „Sto lat" i Moira dostała prezenty. Ale gdy nadszedł czas do spania, Moira płakała. Ona za Tobą tęskni, mamusiu.
Wrócisz na moje urodziny, mamo?
Przepraszam, że przeze mnie mamusia płakała.
Twoje wakacje są fajne? Papa powiedział, że jesteś na wakacjach tak jak my byliśmy w Londynie. Możesz teraz wrócić do domu, mamusiu?
Kocham Cię. Jesteś najlepszą mamusią na całym świecie. Kocham Cię bardziej niż Moira czy Arthan czy Tato czy Papa. Wróć do domu, dobrze?
Przytulając i całując,
Killian Potter.
D O M
Dom stoi na północ od drzewa, z dala od atlantyckich wiatrów, wzniesiony na wzgórzach. Niedaleko stąd morskie fale roztrzaskują się o skały i ląd po tej stronie świata rozpuszcza się, tworząc dywan z trawy i omszonych kamieni. Wysoko nad głową jest niebo- niebieskie, ze skłębionymi białymi chmurami.
Najwyższy wierzchołek z setek na tych włościach, jest naprawdę osobliwym drzewem. Stoi na krawędzi wysokiego urwiska. To bardzo stara roślina- zwiędłe ręce Matki Natury otaczają rzadkie liście, jakby trzymały niebo na miejscu. I od tego drzewa- na północ- można zobaczyć zapierającą dech w piersiach rezydencję, jakby skupiającą delikatne sny o rodzinie.
Draco Malfoy- bohater, małżonek i ojciec (w tym przypadku pokrewieństwo nie ma znaczenia) trzech kochanych dzieci- z twarzą o barwie kości słoniowej. Unosi ciężko siekierę, wymierzając w pień starego drzewa. Metal utyka się w drewnie, a stary pień stęka. W podmuchu wiatru, mocny sznur huśtawki zwiesza się w dół z jednego z konarów.
I wykonuje zamach znowu, siekając pień w pełnej złości zemście.
Stęka- och, jak to drewno stęka w agonii, gdy tnie i ciosy spadają z hukiem, na tym urwisku, nad głębokim morzem.
Wykrzywiając usta, cofa swoje ramiona i wyrzuca siekierę poza urwisko, oddychając ciężko.
To psychiczne napięcie spowodowane jest powrotem wspomnień- ostatni odłamek wspomnienia o tym cholernym zdarzeniu, o tej nocy sprzed tygodnia- przywraca mu jego zwyczajną zdolność rozumowania. Porzuca niedokończone cięcie, odchodzi tą samą drogą od szumiącego drzewa. Pobrudził swoje niebieskie rękawice, kupione ostatniej zimy. Zdejmuje ostatnie ślady ochronnej magii Blaise'go, wchodząc do starego, dziecięcego pokoju. Jedyną rzeczą, jaka pozostała tu nietknięta, to mała, ozdobiona celtyckimi wzorami kołdra Harre'go, przyniesiona z sypialni. Jeśli jego małżonek wróci- kiedy jego małżonek wróci- Draco pozwoli Harre'mu zdecydować, co zrobić z tą nieszczęsną kołdrą. Taką ma nadzieję.
Usatysfakcjonowany, że wreszcie może odpocząć, Draco wraca do domu z błogim spokojem w myślach.
Drzwi trzasnęły za nim i siła tego sprawiła, że obrazy spadły na ziemię.
- Cholera!
- Ojcze?
- Słucham?! - Spuszcza po chwili oczy, żałując, że w ogóle się odezwał. Jego syn nie zasługuje, by się na nim wyżywać od rana. Wymawia szybkie Reparo w kierunku obrazów, które natychmiast łączą się w całość i zawieszają na ścianie- Co się stało, Arthan?- próbuje jeszcze raz, podchodząc do chłopaka- cóż, ten chłopiec stał się tak wysoki jak jego ojciec.
- Wszystko w porządku?
- Tak- odpowiada stanowczo. Co on właśnie robi? Moira i Killian będą niedługo na dole, a jego złość wciąż unosi się w powietrzu. Pociera szyję w zakłopotaniu i zmusza się do przeprosin. Obraca się do syna, który podsuwa mu filiżankę herbaty- A ty?- spogląda na pusty kociołek po eliksirze w kącie i ten widok sprawia, że na jego usta wpływa złośliwy uśmieszek- Kac dokucza?
Arthan uśmiecha się szeroko, wskazując ojcu taboret i robiąc sobie miejsce do przygotowania śniadania. Zważając na jego marne zdolności w tym kierunku, są to tylko płatki zbożowe z mlekiem.
- Wszystko jest jak buldożer dla mojej czaszki. Jesteś pewny, że nie dodałeś nic do drinków?
- Nie myślałem o tym, gdy Granger tam była.
- Nigdy nie widziałem, by dyrektor tańczyła tak szaleńczo, nie poznałem jej- siadając obok ojca, Arthan wyznaje nieśmiało- Nieomal spytałem ją, czy chce ze mną zatańczyć.
Starszy mężczyzna odrzuca głowę do tyłu i śmieje się niespodziewanie.
- Och, jak cudownie: śmiejesz się z własnego syna- brwi Arthan'a marszczą się w zamyśleniu, gdy patrzy na swojego ojca- To wczorajsze przyjęcie, pijackie bijatyki na boku, wyglądało to tak, jakby wszyscy oszaleli.
- To świętowanie; nie oskarżaj ich o wypicie o kilka kwart piwa więcej niż normalnie- odpowiada jego ojciec, wciąż chichocząc- Pożegnanie i pozbycie się głośnej bandy dzieciaków to łaska dla Hogwartu.
Ale Arthan mówi dalej bez przerwy, obserwując swojego ojca przenikliwym spojrzeniem- Tak, oczywiście- ale coś innego mnie zaskakuje- oni wszyscy wyglądali, jakby chcieli w tamtej chwili zapomnieć o czymś strasznym. Jakby chcieli uciec od...depresji...- jego ojciec zauważa subtelną zmianę w tonie syna. Ten ma w sobie nutę oburzenia, delikatnie stłumionego protestu- Ale co ja tam wiem, prawda? Każdy wypił swoje: Jestem pewien, że wujek Ron rozczepił się później. Myślę, że widziałem jego wąsy w jednym z drinków.
- Ten idiota nie potrzebuje być pijanym, by się rozszczepić, nie martw się- i tylko te trzy ostatnie słowa- trzy ironiczne słowa- i towarzyszący im odgłos klapnięcie wieczka wystarczają, by uciszyć jego syna.
Młody mężczyzna spogląda swojego ojca z niespodziewaną złością.
-Nie mów mi, że nie mam się o co martwić.
-Papa?- ciszę przerywa tupot małych stópek i do pokoju wchodzi mały chłopiec z wciąż mokrymi włosami i błyszczącymi zielonymi oczami. Od razu wdrapuje się na krzesło obok swojego drugiego ojca. Drobna kobieta- dziewczyna- tak samo mokra, posyła im delikatny uśmiech i podchodzi, by nalać sobie soku, by zaraz potem z powrotem opuścić pokój. Uwaga Draco skupiona jest na małym chłopcu, tulącym go zachłannie- Gdzie byłeś, papa? Nie wróciłeś do domu ani z tatusiem, ani z Grosikiem wczoraj...
Nie zostawaj nas.
Wróć do domu: zawsze wracaj do domu.
- Przepraszam Killian, byłem zajęty- całuje mokre czółko i unosi swojego najmłodszego syna, łaskocząc urwisa, dopóki w całym domu nie rozbrzmiewa jego śmiech.
Szesnasty czerwca.
Ojciec jest głupcem i NIENAWIDZĘ go za to!
O S K A R Ż E N I E & W I N A
- Witam, moje słoneczka!- Blaise Zabini z ciepłym uśmiechem, siedząc na kanapie, rozkłada szeroko ramiona, ku swojej pięknej dziewczynce, idącej z szklanką soku i ślicznemu synkowi, śmiejącemu się radośnie w objęciach Draco. Jego córka idzie ku niemu w rozpuszczonych włosach, znoszonym podkoszulku i szortach- zupełnie w stylu jej matki- i na chwilę powraca bolesna tęsknota. Próbuje uchwycić ją w ramiona, ale dziewczyna omija go zgrabnie.
- Uch- mruczy, ignorując głupie zaczepki ojca, siadając obok niego. Związuje swoje niesforne włosy i chwyta małą kołdrę, przykrywając odsłonięte nogi. Koncentruje uwagę na szklance z sokiem.
Ojciec udaje urażonego, śmiejąc się z jej nastoletniego wywracania oczami. Wydaje figlarny pomruk, chwyta małego urwisa z ramion Draco i łaskocze go szaleńczo. Killian- ich mały Kill- krzyczy w odwecie, ale poddaje się, chichocząc i skręcając się dopóki jego głowa nie spoczywa na ziemi, ramiona na pluszowym dywanie, a nogi i pośladki na kolanach ojca.
- Niedobrze mi się robi na ten widok, Zabini- starszy blondyn patrzy na kołdrę w celtyckie wzory, a jego dłoń drga niekontrolowanie.
- A tobie robi się niedobrze, Kill?- pyta Blaise.
- Nie!- Killian szarpie się dalej- podnieś mnie, podnieś mnie tatusiu!
- Haha! Chodzić tutaj, Grosiku i podaj tacie dłoń!
Gapiąc się na scenę rozgrywającą się w pokoju, Arthan po prostu podchodzi do miejsca, gdzie chce położyć dziennik. Czuje, że być może będzie potrzebował więcej Eliksiru Przeciwbólowego. Ból głowy wzrasta, gdy patrzy jak ojciec wbija spojrzenie w nogi Moir'y czy też raczej w kołderkę (przecież wiedział doskonale, że nie chodziło tu o to, że ojcu podobają się nogi jego siostry) i jak Blaise trzyma na swoich kolanach tyłek Killian'a, a jego druga ręka łaskocze dzieciaka. Jak mogłeś znieść tych dwóch idiotów jako mężów, mamo?- chce spytać. W zamian odkłada dziennik na swoje miejsce, ignorując swojego ojca, w cichej złości do mężczyzny i siada na kanapie obok Blaise'go.
- Nie sądzę, byś musiał go zabijać już teraz, tato- mówi Arthan, z typową, siedemnastoletnią mądrością. Pomaga unieść zaczerwienione dziecko. Najmłodszy syn chichocze zmęczony, tuląc się do piersi swojego ojca i uśmiechając się w zadowoleniu, gdy szeroka dłoń głaszcze go po główce; on kocha takie pieszczoty. Wystawia język do swojego dużego brata- Musimy poczekać, aż dorośnie, by pociąć go i sprzedać na części.
-Och! Zróbmy to, tatusiu! Będziemy bogatsi niż teraz- Moira uśmiecha się złośliwie, gdy błyszczące oczy Killian'a spoglądają na nią z dziecięcą wiarą i strachem.
-Nie!- chłopiec błaga, patrząc na ojca w przerażeniu- Tatusiu, nie!
- Cóż...to całkiem dobry pomysł...-Blaise pociera w zamyśleniu podbródek- Co o tym sądzisz, Draco?
- Hmmm...O czym?- Draco otrząsa się z otępienia i chwyta Proroka Codziennego, przeglądając bezsensowne artykuły.
- Mówimy o posiekaniu tego chłopca i sprzedaniu na części i chyba zarobimy sporo, bo jest już naprawdę duży.
- Nie! Tatusiu, Nieeee!- Killian szarpie koszulę ojca w złości, błagając brata- Grosik! Powiedz tatusiowi, że byłem dobrym chłopcem! Tatusiu, byłem grzeczny! Naprawdę, byłem grzeczny!
- Kiedy?
-...wczoraj.
- Tylko wczoraj?
Dobry Boże. W zielonych oczach pojawiają się łzy, a usta drgają. Dla Blaise'go ujrzenie ekspresji Harre'go na twarzy ich dziecka jest jak cios w policzek. Na szczęście brat i siostra wiedzą, kiedy skończyć i delikatnie czochrając hebanowe loki, przestają dokuczać.
-Był bardzo grzeczny wczoraj. Specjalnie dla Moir'y nie robił zamieszania, gdy wychodziliśmy. Spał o właściwej porze, zjadł cały obiad, bez marudzenia. Prawda, Moira?
- Jak aniołek. Nie musiałem znowu być jego niańką- oczy Killian'a spoglądają na niego poprzez łzy i kiwa głową z entuzjazmem.
Brwi obu ojców unoszą się w zdziwieniu.
- Naprawdę?
- Tak- mówi chórem trójka, kłamiąc z uśmiechem. Oczywiście, ich rodzicie wiedzą o wszystkim, tak samo Arthan i Moira; jedyną osobą, która w to wierzy jest młody Killian. I jak tu można mu się oprzeć?
- Zasłużyłeś na nagrodę- mówi w końcu Draco, opuszczając w dół gazetę- Jakiś pomysł, Zabini?
To kiedyś musi nastąpić. Postawa Draco- całe jego dziwaczne zachowanie- pozwala przewidzieć ostrożne słowa Blaise'go. Burza wreszcie nadeszła.
- Co wy na to, by odwiedzić mamę?- te małe słowa dają kres łzom. Chłopiec porusza się nerwowo na kolanach ojca i nawet Moira podskakuje z entuzjazmem. Radość na twarzy Arthan'a jest bardziej bolesna i smutna.
Spogląda najpierw na swojego ojca i wpatruje się w niego się prowokująco, dopóki nie napotyka ciężkiego, oskarżającego spojrzenia. Wtedy przesuwa wzrok na tatę- widzi w tych niebieskich oczach piętno zmęczenia i wieku. Kiedy Killian próbuje zwrócić na siebie uwagę, Moira szybko bierze go z jego kolan. Arthan przysuwa się bliżej do swojego taty i przytula go gwałtownie. Śmieje się miedzy cichym łkaniem i uśmiecha przez zmarszczone brwi.
- Odejdź! Tatuś jest mój!- protestuje Killian.
-Co takiego jest twoje?- pyta jego tato, odsuwając się delikatnie od Arthan'a- dając mu czas na uspokojenie swoich emocji- i z dala Draco- odwlekając nieuniknioną reakcję tak bardzo, jak tylko może. Nie pozwoli odejść temu młodemu mężczyźnie- swojemu synowi we wszystkim, poza rzeczywistym pokrewieństwem- Ty, duży chłopczyku- uciszając protesty Killian'a- To były tylko dwa tygodnie...
- Za długo jak na jedno życie- odpowiada ochryple Arthan, zawstydzony. Odsuwa się, prostując koszulę, a jego dłoń przesuwa się po blond włosach. Te naprawdę zielone, głębokie jak puszcza oczy wypełnione są mieszanką złości i ulgi. I zwykłej radości.
- Chcę spytać- ojciec odwraca od niego wzrok, nie mogąc znieść oskarżenia w tym spojrzeniu- Przysięgam, chcę wiedzieć, dlaczego oboje trzymacie coś w sekrecie. Jesteście naszymi rodzicami, chcecie nas chronić i kochamy was za to- ręka Arthan'a dosięga uszka jego małego braciszka- Ale nas okłamujecie. Mnie.
Ufaliśmy wam.
- Chcę znać prawdę- stwierdza mężczyzna, przerywając ciszę- Powiedziecie mi...-zaczyna.
Chcemy, by mama wrócił do domu.
- Arthan...- Draco sztywnieje i spogląda w oczy syna- oczy Harre'go- Nie możemy.
- Nie...- i te oczy przeszywają go na wylot- Nie, nie możecie. Nie chcecie.
Wreszcie- Moira Lily
Tato w końcu pozwolił nam się z Tobą zobaczyć! Nie mam pojęcia, dlaczego nie zezwolono nam na to wcześniej (powiedział, że miał coś do załatwienia w szpitalu) ale myślę, że teraz jest już z Tobą lepiej, prawda, mamusiu? I sądzę, że już niedługo wrócisz do domu!
Jest tak wiele rzeczy, które chcę Ci powiedzieć! Nie chcę czekać i mogę o tym zapomnieć, więc pomyślałam, że zapiszę to wszystko po kolei (wiem, że ostatnim razem pisałam tutaj tylko dzień wcześniej, ale ja nie wytrzymam!):
1. Dostałam bukiet lilii Lady Lake's Marmolade dziś rano (musisz je zobaczyć!)
2. Zostały przysłane przez Ciaran'a w zeszłym tygodniu (ale sowa się zgubiła)
3. Arthan powiedział, że rzuci klątwę na Maggie Prince (suka z siódmego roku!) (przepraszam, mamusiu) (ale jest już w porządku, dowiedziałam się od Jocelyn, że ta Maggie dała mu Eliksir Miłości przed zakończeniem szkoły- w tym samym dniu spytał mnie o ten dżem lub marmoladę)
4. Killian zachowywał się jak totalny kretyn, gdy musiałam się nim zajmować (proszę zajmuj się nim teraz ty- żadnego karmienia więcej)
5. Wujek Ron się rozszczepił.
6. Ciocia Hermiona tańczyła niczym nieokrzesana bogini błagająca o seks (cytuję Arthan'a).
7. Bardzo Cię kocham.
Myślę, że to wszystko. Proszę także byś był wyrozumiały w stosunku do taty i Draco za to trzymanie nas z dala od ciebie. Zachowywali się bardzo głupio bez Ciebie, bardziej ja dzieci niż dorośli.
Widzimy się jutro,
Moira.
- Tatusiu?- Killian mruczy sennie w garnitur swojego ojca, opuszczając w dół książkę z bajkami.
- Hmm?
- Mogę spać z tobą i papą dzisiaj w nocy?
- Co się dziś stało z tym dużym chłopczykiem? Mógłbym przysiąc, że niedawno sporo urósł.
- Nie chce, żebyś nas zostawił tatusiu...- nagle oczy jego ojca napełniają się bólem.
Schyla się i składa pocałunek na główce dziecka, życząc mu słodkich snów i obiecując cudowne rzeczy, dopóki chłopiec nie zasypia, mrucząc zmęczone „dobranoc". Gasi światło i opuszcza dziecięce łóżko.
Zostawiając małe okienko otwarte, Blaise schodzi cicho do holu, zatrzymując się przy zamkniętych drzwiach do pokoju Moir'y i zerkając w stronę części domu Arthan'a- poddasza, na całej rozciągłości rezydencji należącym tylko do niego. W końcu bierze głęboki oddech przed wejściem do sypialni. Draco spędzi tutaj na noc i mają więcej niż kilka słów do wymienienia.
Blaise modli się o cierpliwość.
- Ty cholerny skurwysynie!- Zaledwie kilka sekund po zamknięciu drzwi ręce Draco zaciskają się na jego szyi, a szare oczy błyszczą wściekłością. Z niskim warkotem, uwalnia się z uścisku i odsuwa od siebie zdyszanego blondyna- Po co im to obiecałeś? - wydusza z siebie w końcu- Myślałem, że się rozumiemy, Zabini!
- Słyszałeś w ogóle, co mówiły twoje dzieci podczas tych dwóch tygodni?- syczy, stając bezpośrednio w przestrzeni osobistej Draco. Złość rośnie w nim szybo. Nie potrzebuje specjalnego powodu, by zacząć okładać pięściami tego zadufanego w sobie idiotę- Oni tęsknią za matką. Potrzebują go.
- Harry nie może ich zobaczyć. Nie dopuszczę...
- Chciałbym, żebyś usłyszał samego siebie, Draco- jego głos to morderczy szept, słowa padają z chorym zamysłem- Obrzydzasz mnie, zawsze mnie obrzydzałeś, ale myślałem, że najgorzej było z tobą w Hogwacie.
Draco odwraca się od masywnego łóżka, w stronę dużego francuskiego okna: Harry powiedział kiedyś, jak bardzo kocha widok urwiska i że jeśli wychyli się lekko, może zobaczyć stąd stare drzewo rosnące samotnie.
- Myślę tylko o Harry'm. Prawie zabił się ostatnim razem! Zawisł na tym pieprzonym drzewie i chcesz, żebym znów był szczęśliwy? Co w związku z tym, Zabini? On nie obchodzi cię już więcej?- to dziwne: pomimo, iż odwrócił się tyłem od swojego odbicia miał wrażenie, że nadal jest w nim uwięziony- Znudzony, prawda? Znudzony nim?
-Myślę o Harry'm więcej niż możesz to sobie wyobrazić, Draco. Myślę o naszych dzieciach tak samo dużo jak o nim, widocznie więcej niż ty- Blaise spina się cały.
- Też o nich myślę!- warczy blondyn- To żałosne, co insynuujesz.
- Harry potrzebuje swoich dzieci. Po prostu chcesz go trzymać w szklanym więzieniu i masz nadzieję, że nigdy nie będzie samodzielny, ale mam dla ciebie nowinę: nie możesz tego zrobić!- Blaise czuje, jak jego plecy zderzają się z gładką, piękną fakturą szkła.- Jesteś winny- czujesz się winny, ponieważ w nim było twoje dziecko, twoje dziecko Harry stracił i to zadziałało na ciebie jak trucizna- To co mówi jest jeszcze większym ciosem i Blaise wie o tym. Obserwuje te szare oczy, dzikie i niekontrolowane- Jesteś zazdrosny, bo byłem tu z Harry'm, gdy nosił w sobie twojego syna- jego słowa niszczą tak samo łatwo, jak dotyk pękniętą szybę.
- Nie.
Prawda przebija go jak igła skórę.
- Zazdrosny, bo byłem tutaj dla mojej dwójki dzieci.
-Nie!
-Zazdrosny, bo twój syn kocha mnie bardziej.
-Nie.
- Teraz straciłeś swoją szansę, na co? Na odkupienie? Jak mogłeś myśleć, że to sprawi, że Harry będzie kochał ciebie bardziej niż mnie?- i ostateczny cios: Merlin wie, jak bardzo pogardza tym człowiekiem- To dziecko odeszło i Harry musi się z tym zmierzyć. Ty też musisz.
Bez ostrzeżenia rozlega się trzask okna- szyba pęka, gdy Draco popycha ich na nią z szaleńczą siłą- opadanie, huk, trzask...poprzez gałęzie, łamane kości, aż do spotkania z zieloną ziemią, głośny krzyk w ciemności:
- LEVICORPUS!
Wpatrują się zdumieni w siebie, z płucami płonącymi od szaleńczej furii, mrugając szybko na gwiazdy świecące na nocnym niebie. Z rozbitego okna spogląda na nich wściekła twarz ich najstarszego syna, jego lewie ramię wyciągnięte jest w ich kierunku; jego zaklęcie trzyma ich nad ziemią.
Ze wszystkim, co usłyszał, młody mężczyzna mówi:
- Powinienem pozwolić wam ...- i nic więcej.
Są rodziną.
Jego rodziną: jakkolwiek dysfunkcjonalną. To jest jego rodzina i brakuje tylko jednego do kompletu.
Ś W I A T Ł O G W I A Z D
Widzi nocne niebo nad sobą i migotanie gwiazd- zwykła iluzja ich formy egzystencji. I myśli, że jest w śmiertelnej agonii- jego prawa kość udowa wyskoczyła mu z biodra w czasie upadku i czuje, jak krew odpływa mu z zmartwiałych stóp do głowy. Draco może jedynie wpatrywać się w niebo.
- Obiecałem mu- mamrocze w złudzeniu spowodowanym bólem- kawałek nocnego nieba.
Nie wierzy w wybaczenie; takie rzeczy są dla ludzi, którzy nie robią źle; ludzi jak Harry Potter. Ludzi, którzy zasłużyli na zwyciężanie ludzkich słabości: chciwości, żądzy i zazdrości...
Draco nigdy nie zasłużył na wybaczenie.
I leżąc tak w krainie nieświadomości; zapadał w sen- składający się ze starych wspomnień- w tej chwili są to tylko koszmary.
*
.
Draco?- miękki głos wywołał go ze snu- snu o gibkim ciele i zwinnym dotyku- pobudzając go lepiej niż jakakolwiek fantazja. Harry był lepszy niż jakakolwiek fantazja. Jego Harry był najlepszy.
- Jak długo się tak na mnie gapisz?- nie musiał otwierać oczu, by usłyszeć prychnięcie czy posmakować tego rozgrzanego rumieńca- Nie, powiedz lepiej, która godzina?- wymruczał.
Rumieniec zszedł nieco w dół i Draco mógł to sobie z łatwością wyobrazić. Przesunął kciukiem po całej długości kości policzkowej.
-Kwadrans po dziewiątej.
- Gapisz się na mnie- od chwili, gdy śpię- od prawie trzech godzin- jego głos brzmiał nieco kpiąco- dokuczanie temu naiwnemu Gryfonowi było zbyt silnym nałogiem do pokonania, jego niechętnie akceptowaną cechą. To było jak drażnienie się z kotem.
- O szóstej był już świt- bronił się Harry. Niemniej jednak pozwolił Draco przyciągnąć się bliżej, ogrzewając się ciepłem jego ciała, czując zapach jego skóry i oddech owiewający mu czarne włosy. To była cicha forma adoracji- ta ustępliwa niewinność- która służyła do ujarzmiania go sobie bardziej, niż Draco mógł przypuszczać- I wcale nie gapiłem się na ciebie. Po prostu myślałem.
-Rozumiem, czy to nie bolało za bardzo?
- Narcystyczny drań- burknął Harry, ledwo powstrzymując uroczy uśmiech; Draco czuł jak przylega do jego piersi. Jego szeroka dłoń obsunęła się delikatnie po plecach, by spocząć na szczupłym biodrze i rozchylić szerzej palce. Poczuł jak Harry drgnął lekko.
To sprawiło, że na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Miałem na myśli twój tyłek, Potter, nie twoją zdolność myślenia.
- Nie wierzę ci, poza tym, z obiema rzeczami wszystko jest w porządku.
-To żałosne, Potter, nie ufać mi ze wszystkich ludzi. Tylko ja szanuję twoją osobę- udał nadąsanego- Ja wierzę. Wierzę we wszystko, co powiesz.
Wszystko.
- A co jeśli- Harry chwycił go mocniej, z jego głosu zniknęła gdzieś pewność- Co jeśli powiem, że cię kocham?
- A jeśli to ja to powiem?- Oczy ciemnowłosego otworzyły się gwałtownie, przypatrując się w szoku; szukając czegoś, szukając szaleńczo- i ufnie- szczerości. I Draco pozwolił mu to zobaczyć. Chciał, by Harry w końcu zobaczył to wszystko w jego oczach; prawdę w jego słowach - Nie uwierzysz mi.
Zrobię wszystko.
- Oczywiście- to nie tak, że ja...- te kiepskie kłamstwa były bardziej niż spodziewane. Ale Draco nie chciał pozwolić, by tak to się skończyło.
- Zasłużyłem na to- starał się utrzymać gorycz na wodzy- Zabieranie cię do klasy, granie w quidditch'a quidditch i trzymanie twojej dłoni nie wymaże minionego czasu, wiem- Chciało mu się śmiać w beznadziejności tej sytuacji, ale westchnął tylko z frustracją- poczuł drgniecie i dreszcz przebiegający przez kręgosłup młodszego chłopaka. I to bolało jeszcze bardziej- Podaruję ci niebo, jeśli tylko mi uwierzysz.
- Draco...
- Cicho- obracając się w jego stronę, chroniąc go przed światem, schował jego głowę w zagięciu swojej szyi- Zapomnij o wszystkim, co powiedziałem.
- Dra...
Puk-puk-puk!
- Harry?
- Odjedź, Zabini- Harry przekręcił się w jego ramionach, krzywiąc się na jad w tym tonie. Przeklął, kiedy drzwi otworzyły się nagle. Szybko naciągnął na siebie prześcieradło, ale Ślizgon już przechodził przez próg, niosąc jego sweter. Mina Blaise'go była wściekła, ale opanował się na tyle, by podać go młodszemu. Miękka wełna ześlizgnęła się delikatnie na uda jego przyjaciela.
- Flitwick cię szuka, kumplu.
- D-dzięki- jęknął Harry, zażenowany, że był widziany nago przez „najlepszego przyjaciela" (Draco wciąż czuł mdłości na to określenie)- Użyję twojego prysznica, Blaise...- ruszył powolnie w kierunku wyjścia i złapał spojrzenie Draco, szepcząc niewinne- Widzimy się później.
- Przestań się nim bawić- syknął Blaise, krzyżując ramiona na nakrochmalonej koszuli- Złapałeś go. Masz go. Teraz, daj spokój i przestań pieprzyć w jego umyśle!
- Załamie się, jeśli to zrobię- Draco zawsze wiedział, że nie ma przyjaciół w Slytherinie. Znosił go siedem lat, by w końcu mu to pokazać- Ale to jest właśnie to, czego ty chcesz.
Blaise parsknął tylko w zaprzeczeniu.
- I będziesz tutaj, by go po tym pozbierać.
- Jestem bliskim przyjacielem. Taka jest moja rola.
Draco czekał, dopóki Blaise odwrócił się od jego intensywnego spojrzenia.
- On ci nie uwierzy- zszedł z łóżka bezwstydnie i stanął przed swoim byłym przyjacielem- Nawe,t jeśli mu powiesz, że go kochasz: nie uwierzy ci.
Zrobię wszystko.
Wiesz, że jestem takim durniem dla Ciebie.
- Harry, wszystko w porządku?- ukrył zazdrość, która zrodziła się na widok Blaise'go dotykającego pleców młodszego chłopaka, pochylającego się do szeptu- Słyszałem, że źle się czułeś rano - Siedzieli razem nad jakąś opasłą książką w bibliotece; Granger i Wiewiór jak zwykle kłócili się naprzeciw ich stolika.
Usłyszał cichą odpowiedź:
- Mała niestrawność- zobaczył ten błyszczący uśmiech przeznaczony dla kogoś innego, niemal poczuł delikatny dotyk tych palców, jak klepią Blaise'go po ręce.
Ale tym razem, Draco kontrolował siebie; jego zazdrość odeszła, ponieważ wiedział, że udowodnił mu coś tej nocy. Skierował tylko szeroki uśmiech w stronę Wiewióra, gdy minęła go mała grupka osób i przerwał tylko po to, by złożyć lekki pocałunek na policzku Harry'ego.
Skradł całą uwagę chłopaka, dostając w odpowiedzi jedynie rumieniec. Gdy znalazł książki dla Snape'a i wyszedł z biblioteki, wiedział, że Harry patrzył tylko na niego. Nie na Blaise'go. Na nikogo innego.
Harry należał do niego. A on należał do Harre'go.
Jak mógłbyś mi uwierzyć?
Na Boga, Harry.
Tak bardzo przepraszam.
Obserwował papierowego ptaka- jak kwitnący kwiat, spadającego z powietrza- na kolana Harre'go. Widział, jak jego usta wymawiały słowa, gdy czytał list, rozkładając papierową konstrukcję. Sygnet Malfoy'ów zabłysnął w nikle oświetlonym pomieszczeniu.
Napisał, w całej szczerości: Nawet jeśli to da kres mojemu życiu, daj mi to udowodnić. Uwierz mi, tak jak ja uwierzyłem tobie.
- Spójrz na zewnątrz, Harry- i wtedy te intensywnie zielone oczy spojrzały uważnie w okno wieży, a ręce otworzyły okno. Draco wzleciał ku nocnemu niebu; jego miotła zaświszczała. Piorun błysnął i jego płuca zapłonęły od szaleńczej prędkości. Wiatr osuszał jego usta, kuł w oczy, a pierwsze, ciężkie krople deszczu muskały mu twarz.
Wciągnął różdżkę ku gwiazdom. Wyszeptał zaklęcie i jego oczy poszerzyły się w triumfie.
Ściskał w dłoniach kawałek nieba.
Harry, wróć.
Był zły.
Był wściekły i miał zamęt w głowie.
Dlaczego ten przymilny idiota nie zostawił go samego?
Oblepionego szpitalnym powietrzem, pielęgniarka ułożyła go na pachnącym antyseptykami łóżku. Ten zielonooki idiota nachylał się nad nim co i rusz. Ten idiota był tutaj. Był pewny, że ten zielonooki kretyn przyszedł. Zrzucając głupi, stary pierścień, który doprowadzał go do szaleństwa, uciszył dzieciaka. Pamiętał lśnienie światła gwiazd na niebie. Pamiętał tego zapłakanego chłopca. Pamiętał ten ból.
Ale nic więcej.
Ludzie wchodzili, ludzie wychodzili. Ludzie, ludzie, ludzie. Kłamcy, kłamcy, kłamcy.
Nie znał nikogo z nich.
Nie chciał znać nikogo z nich.
I ciągle był zły i to czyniło go jeszcze bardziej wściekłym. Był zły, ponieważ nie pamiętał niczego. Był zły, bo sprawiło to coś tak głupiego, jak upadek z miotły. Był zły, bo oni nie chcieli zostawić go samego.
Wściekał go widok tych zielonych oczu, obróconych ku jakiemuś skurwysynowi, w pocieszeniu. Szkło skrywające w sobie kawałek nieba zostało strzaskane, ale Harry nadal trzymał pierścień. Przepraszał Harre'go. On zaśmiał się tylko i powiedział, że nic nie szkodzi. Harry wciąż płakał, gdy wypowiedział te słowa i odszedł.
To czyniło go wściekłym, bo nie mógł pamiętać nikogo.
Nie mógł pamiętać Harre'go.
*
Wiem, że byłem takim durniem dla Ciebie.
Nie mogę znieść mojej winy. Nie mogę zrozumieć, dlaczego byłeś ze mną w te bezsenne noce i i bezsensowne lata.
Chciałem pamiętać
Wiec zacząłem podejmować ryzyko.
Pracowałem jako rekonstruktor w Malawi, jako alchemik w slumsach w Taif. Byłem poskramiaczem smoków w Bułgarii. Żyłem sam: na pustyniach, w górach, w tropikach. Czternaście lat przed tym, jak morze się o mnie upomniało.
I w chwili, gdy byłem tak blisko śmierci, przypomniałem sobie.
Wróć do mnie, Harry,
Albo pozwól mi pójść za tobą.
06.03.2008 Beltane,
Draco Malfoy.
- LEVICORPUS!
Jego zielone oczy, identyczne jak oczy jego matki, błyszczą od łez wściekłości.
- Jak mogliście to zrobić? Ukryć to?- szepcze w przerażeniu, a każde słowo- każdy krzyk- rozbrzmiewa echem w jego głowie. Jego matka spodziewa się kolejnego dziecka? Dziecka jego ojca? Będzie mieć nowego braciszka lub siostrzyczkę...Zamrugał, drgając nieznacznie w trwodze. Nie. Coś było nie w porządku. Tato powiedział, że to dziecko odeszło.
Rozpostarte ręce Arthan'a drżą, gdy się odwraca. Słyszy głuchy odgłos, który wydają jego rodzice lądując na ziemi z przytłumionym jękiem.
Ojciec powiedział, że mama próbował się powiesić...
Odchodząc od rozbitego okna, Arthan staje twarzą w twarz ze swoją siostrą i małym braciszkiem; Killian ściska nogi Moir'y i płacze w jej piżamę. Prostuje swoje plecy i mocno wypycha ich z pokoju. Oczy Moir'y ani na chwilę nie opuszczają sceny w sypialni ich rodziców.
-Moira? Moira, słuchaj. Potrzebuję, żebyś została z Killian'em, dobrze? Zostań w moim pokoju i nie rób niczego głupiego. Możesz to zrobić?
- Mphn- potakuje stanowczo, z szeroko rozszerzonymi oczami.
Na kolanach, Arthan pociąga braciszka w szybki uścisk, głaszcząc drżące plecy swoim szerokimi dłońmi- Cicho, już cicho, niedźwiadku- szepcze delikatnie. Nie chce kłamać; nie chce udawać, że nic się nie stało. Takie same oczy, ale większe w twarzyczce Cherubina. Osusza kciukiem ostatni strumień łez.
- Idę sprowadzić jakąś pomoc. Zostań z Moir'ą.
- Tatuś i p-papa?
- Nic im nie będzie. Po prostu byli bardzo źli- prowadzi dwójkę rodzeństwa do wąskich, krętych schodów, obserwując ich z pocieszającym uśmiechem, jak wchodzą do pokoju; z wyćwiczoną ekspresją Prefekta.
Killian zatrzymuje się na ostatnim stopniu, obracając się szybko.
- Odwiedzimy mamusię?- prosi błaganie.
- Jutro. Tak jak powiedział tata. Zobaczymy mamę jutro.
Bez lub za zgodą jego ojca.
*
- Harry?
To było niemożliwe, znaleźć się właśnie tam gdzie mniejszy siedmioklasista stał ze swoją peleryną-niewidką, ale Blaise miał już doświadczenie. Gdy jego oczy spoczęły na Harry'm Potte'rze, nigdy ich stamtąd nie zabierał. Nie mógł.
-Harry- szepnął, wskazując w ręką w kierunku, w którym Draco spał na szpitalnym łóżku- Twoi przyjaciele się martwią.
Powietrze nawet nie zadrgało.
-Ja się martwię.
Nic.
-Minął już tydzień, Harry. Dręczysz sam siebie. On zdrowieje, ale Pomfrey powiedziała, że nie chce odzyskać swoich wspomnień...
Wtedy usłyszał szloch i niepewne słowa:
-Ona może złączyć mu kości i idealnie zaszyć rany- więc dlaczego nie może sprawić, że będzie pa-pamiętał m-mnie?
- To nie jest takie proste. To szkoda psychiczna, ale ludzki mózg jest najbardziej zagadkowym organem, a wspomnienia...- wiedział, że Harry nie chce znać odpowiedzi. Harry chciał tylko Draco. Chciał zostać w tym bólu. Porzucając wyjaśnienia, Blaise podjął ryzyko i owinął ramiona na czymś, co miał nadzieję było piersią Gryfona. Jego ręka przesunęła się do bijącego serca, a ramiona zacisnęły się jak kleszcze na drżących plecach.
- Harry...Jestem tu dla ciebie- wtedy wziął to wszystko od młodego bohatera, cały jego smutek. Bicie serca, szloch i bolesne łapanie powietrza; dopóki nie opadł na kolana i nie usiedli na łóżku, kołysząc się w smutku.
*
7/6 Sobota
Najdroższy Harry,
Rok szkolny w Hogwacie skończył się wczoraj i wszyscy bawili się na Balu Absolwentów. Profesor Snape wysłał Ci swoje najlepsze miłosno-drwiące pozdrowienia, a Hermiona swoją miłość. Ron wspomniał, że będzie na Ciebie czekał, zanim zrobi „to", ale nie chciał mi powiedzieć, co „to" oznacza dokładnie. Powiedział, że będziesz wiedział, o co chodzi. Cóż, to nie jest tak, że się nie domyślam. Naprawdę, jeśli chce zapytać Hermionę o rękę, to nie powinien czekać, aż Krum zrobi pierwszy ruch i zabierze mu ją sprzed nosa.
Powinieneś zobaczyć dzisiaj Draco. Moira zeszła rano na dół, prosząc o wyjazd do Tesco, mówiąc, że potrzebuje jakiś nowych rzeczy- Arthan wyszedł ze swoimi przyjaciółmi. Draco powiedział, że z nią pójdzie. Powiedziałem mu, że Moira lepiej czuje się ze mną. Cóż, ten uparty muł nie zgodził się oczywiście ( Mogłem zobaczyć, że Moira płacze, ale nie chciał nic o tym powiedzieć- ten mały diabeł wiedział, jak to się skończy). Chciałbym móc być tam, by zobaczyć wyraz jego twarzy, kiedy zdał sobie sprawę, że zgodził się pojechać do sklepu z moją nastoletnią córką, by kupować podpaski i majtki po kolana. Och, pamiętam jego widok, gdy wychodzili na ganek, z Moir'ą uśmiechniętą za jego plecami złośliwie. Powiedziała, że ta przerażona mina była bardzo, bardzo zabawna.
Zostałem w domu z Killian'em i jego Play-Doh. Zgubił zęba podczas grania w chowanego, więc po prostu wsunąłem mu go pod poduszkę. Moira zasugerowała, by wyrwać w zamian jednego z zębów Draco. Arthan oczywiście wziął jego stronę i powiedział, że lepiej by było wziąć parę włosów siostry w zastępstwie. Teraz walczą na zewnątrz, przy okazji zadeptując kilka ogrodowych gnomów. Zębowa Wróżka przyjdzie mimo wszystko, więc wsunąłem jeszcze jeden dodatkowy ząb.
Być może wrócę do pracy w przyszłym tygodniu. Za miesiąc odbędzie się Konferencja Czarodziejskich Inżynierów w Manchesterze. Prawdopodobnie na nią nie pójdę, jeśli jeszcze nie będziesz w domu: czuję dreszcz na myśl, jakie koszmarne kłamstwa będą na mnie czekać, gdy zostawię Draco samego z dziećmi.
Więc znowu, przypuszczalnie nie odejdę. Jesteś szalony, jeśli myślisz, że zostawię cię choćby na moment. Przychodzę codziennie- zawsze z Twoim ulubionym puddingiem, myślę, że kiedy mdłości ustaną będziesz mógł go zjeść. Będę przychodził, kochanie, nie martw się, że zostaniesz sam. Draco też Cię odwiedza: w pozostałych godzinach. Wciąż jest niechętny, by dzieci Cię odwiedziły. Nie chce ich martwić, jak powiedział.
Ale Ty nie chcesz ich martwić, kochanie. Wiem, że nie chcesz. Już niedługo będziesz w domu.
Zawsze i na zawsze,
Twój Blaise.
*
- Harry?- znudzone spojrzenie przesunęło się ku niemu. Siedzieli w pokoju wspólnym Harre'go, czekając na najnowszą gazetę. Czekając na Hermionę. Czekając na Ron'a, który miał przenieść Ognistą Whisky. Blaise wziął głęboki oddech- Wczoraj- pamiętasz, jak mówiłem ci, byś poszedł do Pomfrey?- Harry skinął powoli. Pochylił się nad piersią Ślizgona, gdy usiedli na starym fotelu- Źle się czułeś i nie mogłeś nic jeść. Mówiłeś, że boli cię w piersi?
- Tak? -wyszeptał Harry- Powiedziała ci, co mi jest? To jakaś niestrawność, tak? W takim razie wygrałem galeona- Uśmiechnął się słabo, ale Blaise skrzywił się na tą kiepski wysiłek.
- Nie, nie jest- Gryfon spojrzał na niego w zdziwieniu, gdy dokończył- Jesteś przy nadziei.
Harry pokręcił swoim sygnetem Malfoy'ów w roztargnieniu.
-Nie rozumiem...
- Nie każ mi mówić tego jeszcze raz, kochanie- Blaise zamknął oczy, gdy poczuł ukłucie w piersi- Jesteś w ciąży, Harry.
Jego zielone oczy rozszerzyły się szaleńczo, by po chwili się zmniejszyć. Blaise zobaczył ten sam błysk- błysk włosów Draco. Zanim był zdolny powiedzieć lub zrobić cokolwiek, Harry wyrwał się z jego ramion i pobiegł najszybciej jak potrafił.
Blaise wymruczał przekleństwo, ruszając za nim. Mógł to usłyszeć, mógł to poczuć- imię Draco wypływało jak modlitwa z ust Harre'go. Kiedy dobiegli do Skrzydła Szpitalnego, zobaczył zszokowaną minę Pomfrey, puste łóżko Draco i ani śladu Gryfona.
-Gdzie, Merlinie, gdzie?
- Draco, czekaj!- to był krzyk Harre'go; on sam w szkolnych bramach, z rękami wyciągniętymi jakby chciał dosięgnąć ukochanego. Ale oczy Draco Malfoy'a były zimne i ostre jak sztylety. „Zostaw mnie w spokoju" zdawały się mówić. I wtedy ten drań się odwrócił.
Jego sygnet zabłysnął na palcu Harre'go.
- Nie-nie powiedziałem mu- wyjęczał Gryfon w ramionach Blaise'go zaciśniętych wokół niego jak kleszcze. Odetchnął z ulgą, która jednak nie trwała długo; imię Draco pozostało na ustach Harre'go jak modlitwa.
*
S T O K R O T K I
Wygląda jak poczekania dla dzieci: z dużymi obrazami przedstawiającymi uśpione smoki i małe wróżki przelatujące nad zielonymi lasami. Biurko recepcjonistki stoi w środku rzędu pluszowych krzeseł a gruby dywan służy dzieciom do zabawy; brzdące i ich troski odchodzą w tym małym świecie. Matki i ich córki ukrywają się w kącie i pogrążają się w lekturze czarodziejskich opowieści. Dziadkowie i pradziadkowie czekają cierpliwie; dziergając lub rozśmieszając młodszych. Oddział św. Andrzeja dla Matek i Niemowląt jest najlepszym szpitalnym oddziałem, jaki czarodziej może znaleźć kiedykolwiek.
Miejsce z kubkiem gorącej czekolady i wygodnym, ciepłym łóżkiem; miejsce jak do siedzenia przy ogniu w Wigilię, z rodziną.
Jak każdy inny pięciolatek, Killian ledwo siedzi na miejscu. Kręci się na kolanach ojca zjeżdżając w dół po nodze rodzica, by zaraz wdrapać się z powrotem. Chichocze w podnieceniu i jest całkowicie zajęty swoim nowym odkryciem. Niebieskie oczy rodzica-ślizgawki błyszczą radością- podnosi w końcu swoją nogę i podrzuca swojego synka, który wybucha śmiechem.
Wyglądają, jakby nic ich nie martwiło w tym momencie i Arthan wie, że jego tato robi co może, by pokazać prawdę: nic nie jest nie w porządku. Wszystko jest w dobrze.
Moira siedzi blisko, prawie opierając się o jego plecy, czekając na Uzdrowiciela. Arthan wtyka nos w bukiecik stokrotek w jego ręce. Ciało jego siostry jest napięte a jej ręka ściska jego wolną dłoń, tak jak tylko potrafi, gdy pracownik oddziału wkracza do pokoju w białym uniformie. Jego ojciec- Arthan nie mógł nic poradzić na grymas na jego twarzy- stoi z dala od nich; profil blondyna opiera się o ścianę. Twarz mężczyzny jest kamienną maską; wystarczy jedno spojrzenie, by odwrócił się z niechęcią.
Niedługo potem kolejny członek personelu wchodzi z notatnikiem, skupiając ich uwagę krótkim:
-Ekhem- młoda kobieta przerywa, uśmiechając się- Pan Malfoy?
*
Ford Explorer zatrzymał się gwałtownie, szarpiąc pasażerami siedzącymi z tyłu: Ron'em i Hermioną oraz małą baryłką wina, którą nieśli w prezencie.
-Cholera, Zabini, gdzie ty się uczyłeś jeździć? - Ron otworzył drzwi, wygrzebując się na zewnątrz w poszukiwaniu świeżego powietrza, Hermiona zaś wyślizgnęła się zgrabnie po swojej stronie.
- Myślę, że w tym samym miejscu, co ty, Ron-powiedziała kąśliwie Hermiona- Wasze metody parkowania są podobne.
Niebieskooki kierowca zignorował przytyk, odwracając się do ważniejszego pasażera.
- Przepraszam, Harry- odpiął pasy bezpieczeństwa ze sporego już brzucha, palcami przejeżdżając delikatnie po całej jego powierzchni. Jego dłonie zeszły na plecy, szukając na twarzy młodszego mężczyzny oznak zmartwienia.
Harry spojrzał na niego zielonymi oczami.
-Och, Harry!- Hermiona westchnęła ze współczuciem, gdy wróciła po prezent zostawiony w samochodzie.
- Jest...dobrze...poranne mdłości...nie twoja wina, Blaise.
-Chodź tutaj, kumplu. Hermiona chwyci się po drugiej stronie, Zabini weźmie wino. Zaprowadźmy go do środka- przez chwilę zapanowało zamieszanie, gdy dwóch bliskich przyjaciół pomogło ciężarnemu młodzieńcowi wyjść z auta i iść ścieżką. Szli kaczkowatym chodem i kołysali się, by w końcu, chichocząc, wejść do wielkiego domu. Przez chwile gapili się tylko na jego ogrom.
Kiedy wkroczyli przez próg zanim zdążył ich powstrzymać, Blaise zrezygnował z tłumaczenia, myśląc, ze to nie ten moment. Chciał wnieść Harre'go do domu- taka była mugolska tradycja, wydawała się mu się naprawdę urocza, gdy Hermiona mu o tym opowiadała. „Dobrze będzie to zrobić, kiedy weźmiemy ślub". Westchnął, zamknął auto i wziął butelkę.
Rozpromienił się na widok ich zszokowanych twarzy- zwłaszcza Harre'go.
Nie było odległości, której by nie przekroczył, nie było mili, której by nie przeszedł dla tych zielonych oczu. Rezydencja, wspaniała jak zamek, ale wyglądająca jak dom, z jej obronnymi murami. Zaprojektował obszerne poddasze z rustykalnymi, spiralnymi schodami, prowadzącymi do drugiego piętra. Dwie sypialnie były ukończone- jedna wypełniona przedmiotami z Hogwartu i czarodziejskimi zdjęciami; tak by wszystko przypominało dormitorium Gryffindoru. Był też pokój dla mającego przyjść wkrótce synka Harre'go, w błękitnej tonacji i wszystkim, czego potrzebuje dziecko.
- Będzie zepsutym draniem- Blaise uśmiechnął się szeroko, planując wzbogacenie pokoju o rzeźbioną skrzynię na zabawki. Byli u dołu schodów, przy kuchni i jadalni, biura i biblioteki i więcej i więcej, ale jego najlepszą pracą był pokój wspólny.
Wydawało się, że Harry też tak sądzi.
Popołudnie minęło w rozmowach Ron'a i Hermiony, robieniu planów, sprzeczaniu się o to, gzie powinni świętować Nowy Rok; Ron upierał, że trzeba złożyć McGonagall wizytę.
- Jesteś po prostu ciekawy, czy Snape rzeczywiście z nią zamieszkał- wybełkotał Blaise, wino wylało mu się ze szklanki, gdy nachylił się nad plecami Harre'go.
-Oczywiście, że nie! Kogo ciekawi Snape?
Hermiona posłała rudowłosemu ostre spojrzenie.
- Snape jest dla niej za stary...-wymamrotał Harry śpiąco. Zasnął w kilka sekund, a chwilę wcześniej Ron i Hermiona złożyli im gratulacje i pożyczyli dobranoc. Wybrali aportację (jakkolwiek było to niebezpieczne będąc pijanym), odrzucając propozycję Balise'go, by odwieźć ich jego mugolski samochodem.
W końcu sam, Blaise westchnął i dołączył do jego śpiącego Harre'go.
- Witaj w domu, kochanie...
*
Młoda kobieta przerywa, uśmiechając się.
- Pan Malfoy?- z przyzwyczajenia, Arthan wstaje w jej obecności- lata nauki grzeczności jego taty sprawiły, że trudno mu jest ją ignorować.
- Annie - jego ojciec odsunął się od ściany. Pielęgniarka kiwa ku niemu głową, odchodząc z nim na bok i mówiąc coś do niego po cichu.
- Próbowałam skontaktować cię prędzej, ale nie ma żadnych w twojej rezydencji...- reszta jej słów niknie. Irytuje go, że jego ojciec chce ukryć przed nim także tą rozmowę.
- Tato, gdzie jest mój wóz strażacki?!- Arthan spogląda na źródło jęku. Killian siedzi na podłodze, przetrząsając swój plecak. Jego twarz cherubina marszczy się, gdy jego tata podnosi go w górę z dala od bałaganu, starając się odwrócić jego uwagę- Tatooooo...Wóz strażacki! Chce pokazać mamie mój wóz strażacki.
- Killian...
- Powiedziałeś, że mogę! - oskarżające zielone oczy wpatrują się w uciszającego go rodzica, ignorując słuchających naokoło- Mama lubi mój wóz strażacki.
- Kill, tata powiedział, że mama śpi- Moira próbuje wytłumaczyć, klękając nad plecakiem i szukając jeszcze raz.
- Więc obudzę mamę! Proste!
- Gotowe by zobaczyć mamę, dzieci?- przerwała uprzejmie pielęgniarka. Mały Killian, jak czarodziejskie światełko, rozświetlone uśmiechem, wziął ofiarowaną mu rękę i pociągnął swoją siostrę z jej plecakiem i wozem strażackim, zapominając o łzach. Kochane aniołki Harre'go Potter'a. Szli szybko za pielęgniarką, echo podnieconego głosu Killian'a i tupotu stóp rozeszło się po całym holu zostając trzech mężczyzn w poczekalni; jego ojciec ze spuszczoną głową i zgaszonymi oczami, jego tato z twarzą pełną bólu; jako mogli powiedzieć, że dzieci może już nigdy, tylko może, nie zobaczą mamy żywego.
- Zamierzam dać mamie te stokrotki- mówi to w przestrzeń. I dodaje cicho, jak małe życzenie- Mama lubi stokrotki.
*
Obudził go ostry smród: jakby dym wypełnił cały dom i pierwszą rzeczą, jaką Harry pomyślał było to, że rezydencja stanęła w ogniu. Jego oczy otworzyły się w panice, a palce zacisnęły na kołdrze. O Boże, jak bardzo bolało wstawanie! (na szczęście, Blaise musi mieć jakieś zaklęcie, które zniweluje ten nieludzki ból). Jego dziecko dało potężnego kopniaka- nieszczęśliwie akurat w takim momencie- i ręce Hardego podążyły do brzucha, ciche sapniecie wyszło z jego suchych ust.
-Blaise- wysapał- Blaise...
- Nie panikuj! Harry, nie ma powodu do paniki!- słysząc kolejny trzask nie wiadomo skąd, niebieskooki mężczyzna uniósł ręce, próbując powstrzymać histerię ich obu- To tylko moja matka- BUM! TRZASK! Wiązanka przekleństw wykrzyczana wysokim głosem nastąpiła zaraz po serii trzasków.
- Twoja...matka?- wysapał pomiędzy kopnięciami dziecka.
-Ech, tak- Blaise szepnął w panice, koncentrując się na Harry', który z trudem łapał powietrze. Mniejszy mężczyzna posłał mu uspokajający uśmiech, pozwalając półnagiemu, byłemu Ślizgonowi zobaczyć, że to tylko kopnięcia dziecka. Jego umysł zareagował na ostatnią myśl i jęknął na wzmiankę o „półnagim". Blaise widocznie brał już prysznic, włożył tylko spodnie i zarzucił na szyję ręcznik; twardość wyższego ciała wydawała się niemal jak stalowa. Spuszczając wzrok, Harry zarumienił się, gdy zdał sobie sprawę, że ma na sobie nocną koszule i spodenki, niezaprzeczalnie wdzięczny Blaise'mu. Zrównując się z przyjacielem, poczuł się bardziej sztywny niż beton.
-Buono come il pane!- dobiegł ich kobiecy wrzask, przerywając jego rozmyślania.
- Daj mi chwilę pomyśleć; może to jest właśnie najlepszy moment do paniki- BUMM! Blaise odwrócił się ponownie i wyszedł, prawdopodobnie do kuchni. Ku swojemu zaskoczeniu znalazł w niej niską kobietę, z białymi włosami upiętymi w francuski warkocz- kręcącą się, zawodzącą i wycierającą oczy w fartuch - podczas gdy reszta mugolskich urządzeń paliła się w ich przedwczesnej śmierci.
Wygląda jakby gotowała...ale Harry nie był zbyt pewny. Wydawała się mówić w zupełnie innym języku: Pani Zabini przeklinała swojego syna, tego był pewien, jej palce wskazywały oskarżycielsko i Blaise musiał z powrotem stać się grzeczny. Jeśli nachylił głowę w bok, wyglądało to jak serdeczne rodzinne spotkanie.
- W-witam...-powiedział Harry ostrożnie. Podniesione głosy ustały natychmiast i dwie pary oczu zwróciły się na niego. Pani Zabini zaczęła łkać głośno, on sam cofnął się nieco, ale nie miał gdzie przed nią uciec. Owinęła swoje naprawdę silne ramiona wokół drobnych pleców, poklepując go lekko (ku zawstydzeniu Harre'go) gładząc brzuch, cały czas kontynuując wypowiadanie obcych słów- C-co ona mówi?
- Mamo- powiedział Blaise w rozdrażnieniu- Przestraszyłaś go- Zachłysnęła się powietrzem, sycząc swoje słowa.
- Mogę mówić w każdym języku, w jakim chcę, mamo. Nie powinnaś posyłać mnie tu do szkoły, jeśli nie lubisz tego kraju- kobieta kontynuowała zajadle, spluwając pod nogi syna i przytulając Harre'go opiekuńczo do piersi.
- Blaise...O co chodzi?
- Moja matka myśli, że splugawiłem twoją niewinność i, że robię źle żyjąc z tobą wolno, bez ślubu- Boże!- Matko, nie jestem...och, świetnie! Teraz myśli, ze porwałem cię z porządnej rodziny by zaspokoić swoje żądze. Che due balle, mama! To jakieś pierdoły!- wzięła rękę Harre'go, przyciągając ją do światła w nieoczekiwanej ciszy: sygnet Draco błysnął.
Nie mógł nic na to poradzić: łzy spłynęły mu z kącików ust. Sygnet Malfoy'ów - ciężki na jego prawym kciuku- leżał luźno i błyszczał pod kuchennymi światłami.
Napięcie odeszło wraz ze łzami i Blaise przysunął się do niego, delikatnie pocierając jego policzki dłońmi. Szeroka dłoń przygarnęła tył jego głowy i kołysała, szlochanie nie ustało. Blaise uspokoił go znowu- słodkimi nonsensami i miłymi obietnicami- kiedy uczynił z tego coś naturalnego? Harry poczuł ukłucie winy, że nie ufał swojemu przyjacielowi, chociaż ten zrobił dla niego tak dużo.
- Przepraszam, Harry- szepnął Blaise- To ciężkie wychowywać się z moją matką pod jednym dachem. Naprawdę- jego kpina została obdarzona ostrym spojrzeniem od matki, ale szloch Harre'go zamienił się w śmiech. Jego dziecko wybrało ten moment, by dać o sobie znać, wtedy poczuli silne pulsowanie w górze brzucha; udem Blaise'go i dłonią Pani Zabini. Ich oczy rozszerzyły się w zachwycie, wpatrując się w twarz Harre'go z identycznymi otwartymi ustami.
Pani Zabini złapała subtelnie jego spojrzenie, jej piękne oczy spojrzały na niego w zdumieniu. Słowa, które wyszły z jej ust były delikatne i matczyne, napełniły Harre'go ciepłem, zanim odsunęła się od niego. Skinął na jej słowa i wtedy wyszła z kuchni, wchodząc po schodach na drugie piętro.
- Ona też przeprasza-wyjaśnił Blaise. Zawahał się zanim powiedział- Powiedziała, że teraz nie przestanie boleć...dopóki mu nie wybaczysz i nie pozwolisz odejść...Ale nie powinieneś się martwić jej słowami! Sądzę, że ona lubi myśleć, ze wie wszystko.
- Jest dobrze...
Blaise potargał sobie w frustracji włosy
- To było oczywiste, że wciąż jest taka nieznośna.
- Blaise?- pogładził pierś przyjaciela- Jest dobrze. Wiem, co miała na myśli. Wszystko jest dobrze- ramiona zacisnęły się ciaśniej i Harry nigdy nie czuł się bardziej bezpiecznie niż w tym momencie. Jego dziecko kopnęło po raz kolejny- i poczuł się jakby coś właśnie odchodziło...
- Harry?!
Uda zamokły, Harry zadrżał w jego ramionach, patrząc przestraszonymi oczami.
- Jest...za wcześnie...
- Nie, nie panikuj! Wezmę twoje rzeczy- do samochodu- o Boże! Harry!- Blaise wybiegł, krzycząc na swoją matkę- wszystko w popłochu. Warkot samochodu i czy to nie brzmiało tak, jakby pojechał bez niego? Ford Explorer zaparkował, drzwi trzasnęły i Blaise wpadł ponownie do kuchni by zabrać naprawdę spanikowanego Harre'go- Przepraszam...po prostu oddychaj- Harry przymknął oczy i uczepił się kurczowo swojego podnieconego przyjaciela- Ti amo, la mia stella!- czuł pocałunki na całej twarzy i nie mógł mu tego żałować- Będę tatą!
Pełen ulgi śmiech Harre'go rozbrzmiał w holu.
Sekundę później, jechali wszyscy w mugolskiej maszynie Blaise'go i zmierzali w stronę Szpitala św. Andrzeja.
*
Pocałuj stokrotkę słodko,
Pocałuj stokrotkę szczerze,
Pocałuj śliczną stokrotkę,
Powiedz jej „kocham cię"
*
Nachylił się w progu- wchodząc całkiem, ze wzrokiem skierowanym na wiercące się dziecko, jęczące o uwagę na wielkim łożu. Harry trzymał swoje ramiona opiekuńczo na małym jednolatku; ale głośny płacz go nie obudził; za co Blaise dziękował.
-Witaj, mały człowieczku- wyszeptał. Troskliwie wciął dziecko w ramiona, okrywając śpiącego Harre'go kocem i wychodząc z pokoju młodszego mężczyzny.
W chwili, gdy wziął go na ręce, zawodzenie ustało i w zamian brzdąc rozejrzał się dokoła zielonymi oczami, pucułowatymi rączkami sięgając po wszystko, co było w zasięgu.
-Ta!- zażądał chłopiec, wskazując na ramki ze zdjęciami- Ta ta ta!- gaworzył inteligentnie.
Blaise zachichotał, na widok jak bardzo ciekawski i szybki był Arthan. Oczywiście, cały dzień całkowitego i kompletnego rozpieszczania to troszkę za dużo, dlatego powiedział „nie" i zabrał ich do kuchni.
- Naprawdę próbujesz nas wykończyć, Grosiku.
Arthan nadął policzki-widocznie nie chciał butelki z mlekiem. I nie chciał, by tato trzymał go dłużej. Zaczął się wykręcać, dopóki Blaise z westchnieniem nie umieścił go na wysokim krześle przy stole. Jęknął i krzyknął za swoim oszronionym urodzinowym ciastem, dobrze wiedział, że jest ukryte w białym pudełku.
Poddając się, Blaise wyciągnął kawałek ciasta z lodówki.
- Po prostu nie mów o tym mamie, dobrze?- zamruczał w odpowiedzi, tak bardzo jak mógł mruczeć cudowny synek Harre'go Potter'a. „Nasz synek". Nie był nim, ale Harry oficjalnie uważał go za ojca Arthan'a. To była jedna ze spraw dotyczących jego, o których się nie dyskutowało. Może nie był jego biologicznym ojcem, ale był tak dobry jak on.
Blaise chciał się troszczyć o Arthan'a, pomimo tego faktu.
Chciał troszczyć się tez o Harre'go; był całym sensem jego świata.
Chciał Harre'go. Bardziej niż wszystkiego.
Westchnął, przypominając sobie o jednolatku próbującym rozpuścić swoje zamrożone ciasto na stole.
- Co o tym sądzisz, Grosiku? - sięgnął do kieszeni i wyjął małe, niebieskie pudełeczko. Otworzyło się z trzaskiem- zaskakując ciekawskie dziecko-i ukazując delikatną, złotą bransoletkę- Mogę zapytać mamę, czy za mnie wyjdzie?
Arthan zagapił się na klejnot, sięgając doń zimnymi dłońmi. Wtedy jego uwaga zwróciła się z powrotem na lodówkę- domagając się więcej ciasta do zabawy- Balansujesz na krawędzi- Arthan jęknął, kiedy jego tata powiedział „nie" po raz kolejny. Biorąc małe pudełeczko od rodzica, wydał krótkie cmoknięcie i próbował uciec od mycia, ale na szczęście dla Blaise'go szybkie Accio powstrzymało go przed potknięciem się- Dobrze, mały potworze! Chodź do łóżka!
Złapał dziecko i kołysał ramionami, dopóki Arthan nie zaczął zasypiać, gdy w końcu zaśpiewał ich kołysankę o stokrotce, chłopiec już spał. Jedna pucułowata rączka zacisnęła się wokół jego kciuka. Ułożył dziecko z powrotem do łóżka i ramiona Harre'go owinęły się sennie na nim, nie pozwalając mu odejść. Rozważał możliwości- obudzić oboje lub dołączyć do nich- i naprawdę, to nie był trudny wybór.
Położył się po drugiej stronie drzemiącego Arthan'a i wsunął jedną rękę pod głowę jego słodkiego Harre'go; śniąc o swojej rodzinie.
Kiedy Harry się obudził, był już jasny ranek- jego synek siedział i bawił się jego okularami. Jak on się ubrał? Obrócił się w swoją stronę i zagapił się na swojego naprawdę drogiego przyjaciela, twardo śpiącego w jego łóżku i chrapiącego lekko.
-Blaise?- szturchnął go i dostał w odpowiedzi prychniecie - Blaise, wstawaj.
Mężczyzna wymruczał coś w języku jego matki.
Chichocząc, Harry nachylił się, by wyszeptać:
- Spóźnisz się do pracy- nie wytrzymał i spojrzał na niego zdumiony, wyskoczył z łóżka z krzykiem-i pośpieszył do łazienki Harre'go, tylko po to by wrócić sennie za chwilę.
Blaise zawsze był rannym ptaszkiem, więc Harry rokoszował się chwilami, gdy mógł patrzeć na śpiącą twarz mężczyzny; była całkowicie zrelaksowana i pozbawiona zmartwień. Coś w tym wspaniałym dniu było bardziej wspaniałe niż zwykle, miał dobre przeczucia.
- Dziwne- wymruczał, ściągając ślinę swojego dziecka z okularów.
Wzięli szybką kąpiel i zeszli po schodach, w czasie, gdy Blaise pośpiesznie smarował masłem tosty. Miał na sobie mugolski garnitur, walizkę z świeżymi projektami i filiżankę kawy w dłoni.
-Przepraszam, za ucieknięcie od was dziś rano- po prosu mam dzisiaj spotkanie i...
- Miłego dnia, Blaise- Harry uśmiechnął się szeroko, udając, że nie zauważył oszronionego pudełka na blacie.
- Dobrze-przerwał z uroczym uśmiechem. Obniżył się, by musnąć ustami nadymane protestująco policzki Arthan'a i czubek głowy drugiego mężczyzny. Wykorzystując to, Harry uniósł ją w górę i złożył planowany pocałunek w usta. Gorące, nabuzowane uczucia na wargach sprawiły, że na moment rodzice mogli tylko wytrzeszczać na siebie oczy- Dobrze...- Blaise potarł szyję, zawstydzony chrapliwym tonem, ale jeśli tylko mógłby wiedzieć, jak odmiennie zrozumiał to Harry. Rumieniec był mniejszy niż zawstydzenie i większy niż zwykłe zaczerwienienie- silniejszy niż przywiązanie, którym darzył przyjaciela- i mógł tylko opaść w uścisk, dopóki zegarek Blaise'go nie zadzwonił głośno- Dobrze...Muszę iść- um, uważajcie na siebie. Będę w domu o w pół do piątej.
Cały incydent sprawił, ze para serc zaczęła bić mocniej. Mały Arthan gorąco poinformował o swojej obecności matce; czując, że te niemiłe uczucia odeszły. To wyglądało tak, jak wygląda jego tato gdy mama nie patrzy.
-Mama!- krzyknął Arthan, zwracając uwagę matki.
Drżący od różnorakich myśli, Harry spojrzał w dół na synka i uśmiechnął się szeroko.
-Musiałem znowu się rozmarzyć, dzieciątko.
Mieli pracowity dzień; wizyta Hermiony- niedawno mianowanej na profesor Obrony przed Czarną Magią- i lenistwo w Hogsmeade z raczej srogim Mistrzem Eliksirów, który wydawał się być uradowany (uradowany w jego własny sposób) szansą spaceru z swoim jednorocznym chrześniakiem. Arthan zobaczył stokrotki w kwiaciarni i nakazał wejść do środka.
Na herbacie w domu, sadzili stokrotki w wielkim ogrodzie- Arthan ze swoją zabawkową łopatką, kombinezonem i kaloszami. Otwierając saszetkę, wręczył ją synowi próbując wyjaśnić mu, żeby wrzucił nasionka do małej dziury w ziemi.
Arthan oczywiście miał inne pomysły. Przechylił opakowanie jak tylko mógł, dopóki wszystkie nasiona nie rozleciały się wszędzie wokół Harre'go. Wyrwane angielskie stokrotki spadły niczym prysznic na młodego rodzica.
Właśnie taki widok zastał Blaise, gdy wrócił do domu- z niezwiązanym krawatem i nieznacznie pogniecionym garniturem; jego piękny Harry z wiankiem białych kwiatków w czarnych włosach, z ogrodem stokrotek ciągnącym się za nim i próbujący złapać swojego rocznego syka. Jego skóra była zaczerwieniona w podnieceniu- zdrowy żar namalowany na własności Blaise'go. W końcu, zapomniany rodzic chwycił syna i obrócił go w powietrzu- zdyszanego- twarzą do wysokiego Włocha.
- Och, witaj w domu, Blaise- Arthan powitał go jedynie ciągłym „tata"
- Grosik zaczyna znowu czarować?- Blaise zdał sobie sprawę, że są nieprawdopodobnie blisko, ale jego ciało nie chciało się odsunąć- przysunął się bliżej, zadowolony, że Harry wciąż stoi tak samo blisko niego. I kiedy dystans miedzy nimi był naprawdę mały, nie mogli nic poradzić no to, że przypomniał się poranny incydent- Naprawdę lubi stokrotki, prawda?
- Tak- Sądzę, że to dlatego, że ktoś ciągle śpiewa mu jedną piosenkę: Pocałuj stokrotkę słodko.
- Ach, tak: Pocałuj stokrotkę szczerze.
- Pocałuj śliczną stokrotkę.
Ich oddechy zmieszały się, Blaise delikatnie złączył usta Harre'go ze swoimi, poruszając nimi naprzeciw miękkiej krzywizny i nachylając się, by wziąć więcej powietrza Harre'go. Jego umysł dawno go opuścił- powód jego dystansu został kompletnie zapomniany- i całował, całował i Boże, Harry odwzajemniał z równym zapałem; początkowo próbując, ale teraz był to już pełen pasji moment, jakaś ściana bólu runęła w nim pokazując, że Blaise zawsze tu był.
- Ti amo, la mia stella- wyszeptał pomiędzy dzieckiem i ukochanym- Ti amo...
I nie mógł dostać bardziej miłosnej odpowiedzi, niż gdy obie ukochane osoby pochyliły głowy do jego piersi, ufając całkowicie, że będzie ich trzymał.
*
- Zamierzam dać mamie te stokrotki- mówi to w przestrzeń. I dodaje cicho, jak małe życzenie- Mama lubi stokrotki.
Wypuszcza powietrze głośno. Wtedy podążają za pielęgniarką. Mija pokoje z rodzinami- niektóre ciche, niektóre wesołe- i Arthan ma nadzieję, o Boże, jaką on ma nadzieję, że mama wstanie dla niego. Za nim jego ojciec i tato są bardziej posępni- idą powoli, tak powoli jakby chcieli opóźnić nieuniknione. Ale stopy Arthan'a idą zgodnie z jego łomoczącym sercem i odwraca się do nagle, wchodząc do pokoju Harre'go Potter'a, słysząc dźwięki wydawane przez swojego brata i siostrę, szczebioczących i rozmawiających wesoło na łóżku ich mamy.
W dużym, białym łóżku, jego matka siedzi w szpitalnym ubraniu, kiwając głową uważnie na wszystko co mówią Moira i Killian, dziwiąc się kiedy mówią coś strasznego i głównie się uśmiechając, jego znajomym uśmiechem. Tulą go- każdy po swojej stronie- nawet nie zauważając pielęgniarek wchodzących do pokoju z zabawnie wyglądającymi urządzeniami.
- Mamo! Obudziłeś się! - krzyczy, podchodząc do łóżka z bukietem stokrotek. W jego oczach są łzy, pochyla się, by przytulić matkę, czuje gorący pocałunek na swoich policzkach- Obudziłeś się- tylko to może powiedzieć z trudem.
I nad głowami dzieci, lśniące od łez oczy Harre'go spoglądają na Blaise i Draco. Niezaprzeczalnie w tym pięknym spojrzeniu jest miłość i dwóch ojców wstrzymuje oddech- nie mogą uwierzyć, ze po tym wszystkim, co się stało, Harry wciąż może im wybaczyć.
Koniec
Witam!
Wybaczcie, ale tym razem coś o Sakurze. Cała postać w mojej wersji, do początku do końca. Osobiście uważam, że Haruno była nawet okej, aż do ostatnich rozdziałów. Sasame poleciła mi przeczytać jeden z nich (domyślacie się pewnie, który). Nie zamierzam umieszczać w przedmowie wulgaryzmów, dlatego powstrzymam się od oceny zachowania Sakury względem Naruto (w tejże części). W moim tekście jest dokładnie taka, jaką lubię. Żadne tam ciepłe kluchy ani brutalna hetera. W ff przewija się motyw świąt, lecz nie jest on dominujący. Pisałam je naprawdę z wielką przyjemnością, mam nadzieję, że mój entuzjazm udzieli się i wam.
Życzę wam wesołych, rodzinnych świąt!
I zapraszam^^
Tytuł: Pozory
Rodzaj: Komedia
Paring: SasuNaru, SakuIno, SaiSaku
Wbrew pozorom, Sakura nie była kimś niezwykłym ani obdarzonym szczególną osobowością. Nie miała nawet żadnego znaczącego talentu, który mógłby ją wyróżniać. Biegała znacznie wolniej niż koleżanki, nie potrafiła zrobić wielu ćwiczeń gimnastycznych a jej poziom wiedzy o broniach był załamujący. Nie starała się nawet zapamiętywać nazw bardziej skomplikowanych jutsu ani tym bardziej się ich uczyć. Możnaby rzec, że walka nie jest najważniejsza i nie wszystkim pisany jest zawód shinobi. Owszem, gdyby nie to, że w pozostałych dziedzinach również nie było dobrze. Tańczyła z gracją pijanego niedźwiedzia a to, jak śpiewała, można pozostawić bez zbędnego komentarza. Była leniwa, arogancka i pozbawiona opanowania przypisanego wojownikom. Z tych właśnie powodów niezrozumiały był fakt, że znał ją każdy niemal mieszkaniec wioski, a co najmniej połowa pamiętała jej imię. Gdyby to było możliwe, zrzucono by ten dziwny fakt na karb urody. Niestety, dziewczynka nie wyróżniała się niczym, nawet ekscentrycznym kolorem włosów. W ostatnich latach rozpowszechniło się używanie dziwnych kolorów farb do włosów, więc jej naturalny róż nie wydawał się fenomenem. Mniej więcej od jedenastych urodzin codziennie zmagała się z atakami pryszczy i z drobnymi wałeczkami na brzuchu. Wszystkie te czynniki powinny składać się na obraz szarej, zlęknionej myszki. Tak, Sakura nie była nikim niezwykłym. Nie należała do grona tych osób, które w książkach odgrywają główne role i zdobywają serca czytelników humorem, talentami i inteligencją. Jednak było coś takiego w jej spojrzeniu i ruchach, co trudno było określić. Była tam chęć dominowania, zdecydowanie i pewność siebie jednocześnie. Ta dziewczynka wiedziała, czego chce i jak to osiągnąć. By oddać dokładnie jej charakter, należałoby poznać ją od początku. Historia ta zaczyna się siedemnastego maja, gdy państwu Haruno urodziła się córka. Świeżo upieczeni rodzice...
Nie, stop.
Zacznijmy od tego, że w chwili poczęcia naszej bohaterki jej matka była jedynie słodką szesnastką, a ojciec największym lowelasem wioski. Określenia te są nieco na wyrost, bo Kumiko Haruno nie była ani słodka ani ładna. Różowe włosy spięte w wieczny, przekrzywiony zawsze w lewo kucyk i okrągłe okulary nie dodawały jej uroku. „Lowelas" zaś był jedynie wiejskim podrywaczem z ambicjami większymi niż powinien. Z uwagi na jego marne powodzenie u popularnych dziewcząt, zajął się podrywaniem nieładnej, zakompleksionej szarej myszki. Szalejące hormony sprawiły, że przeżyli kilka mokrych, szybkich chwil w schowku na miotły. Wszystko w zaledwie jedną przerwę śniadaniową. Właściwie trudno to było nazwać stosunkiem, bo Kumiko pamiętała jedynie nieustanne sapanie i brutalne tłamszenie jej młodych piersi. Owocem dziesięciu minut wśród szczotek i wiader był zaokrąglony brzuch i nagle znikniecie chłopaka. Typowa historia z dydaktycznym morałem i masą nastoletnich łez. Oczywiście, jako zdesperowana nastolatka panna Haruno usiłowała pozbyć się rosnącego problemu domowymi sposobami. Wyczytane z tanich romansów pomysły, takie gorąca kąpiel i lekarstwa skutkowały jedynie omdleniem. Z uwagi na nieustannego pecha dziewczyny i bardzo silną wolę przeżycia dziecka, kilka miesięcy później nastąpił finał. Siedemnastego maja przyszła na świat konsekwencja romantycznej przygody z przypadkowym młodzieńcem. Gdy dłoń Kumiko dotknęła rączki Sakury, ta optymistycznie uznała, ze to całkiem miłe uczucie, to macierzyństwo.
- To dziecko jest jakieś inne- stwierdziła jak zawsze miła babcia, oglądając wnuczkę śpiącą w kołysce- pewnie będzie taka jak ojciec. Cherlawe to, blade i ten okropny róż na włosach. Już widać, że będzie miała kłopoty z trądzikiem.
Młoda mama wzruszyła ramionami.
- A ja myślę, że jest najpiękniejsza. Chyba będzie podobna do mnie.
Starsza pani Haruno zmarszczyła brwi i poprawiła wełniany szal na ramionach.
- Oby nie, moja droga. Nie chcę, by własna wnuczka była tak nieurodziwa i fajtłapowata- powiedziała z dezaprobatą, kręcąc głową i dotykając wiszącej nad dzieckiem pluszowej karuzeli- Spójrz, jak ty sobie radzisz w życiu. Nic, tylko załamać ręce.
Kumiko nie powiedziala nic, tylko przysięgła sobie, że nie pozwoli, by jej córka wyrosła na taką jędzę. Trzeba będzie pokonać genetykę, zwłaszcza wredne usposobienie babki i nieśmiałość jej samej.
Jak to bywa z osobami, którym nie udało się w życiu, postanowiła zorganizować je córce. Posiadała syndrom matki, która chce zapewnić dziecku wszystko, co najlepsze, a dla odmiany Sakura posiadała inny, pod tytułem „mam gdzieś to wszystko". Zaczęło się od zajęć nauki tańca, na które sześcioletnia wówczas dziewczynka przyszła w topornych butach i całą lekcję złośliwe rysowała piękny parkiet. Została z nich wydalona po dwóch spóźnieniach, trzech ucieczkach i pobiciu jednej z uczestniczek drewnianym wieszakiem. Kobieta uznała, że nie taniec jej pisany i mała Haruno została posłana na kurs malowania akwarelami. Z każdą pracą grymas nauczyciela powiększał się coraz bardziej, aż w końcu Kumiko została zaproszona na rozmowę.
- Z przykrością muszę stwierdzić- tu nauczyciel plastyki uśmiechnął się fałszywie- że nie możemy dalej czuć pani córki.
- Słucham?- pani Haruno spytała nieco za gwałtownie- płacę za mało pieniędzy?
Mężczyzna pokręcił głową, po czym z westchnieniem odłożył okulary na biurko.
- Nie owijając w bawełnę, pani córka nie ma za grosz talentu. Mój czteroletni wnuk maluje lepiej niż ona. Poza tym, jest bezczelna i leniwa, nie można z nią współpracować. Szczerze mówią, to najokropniejszy uczeń, jakiego miałem.
To również nie powstrzymało matki przed dalszymi próbami szukania zalet u dziecka, dlatego Sakura została zapisana do Klubu Młodych Aktorów, chóru szkolnego oraz drużyny koszykówki. Z klubu odeszła, gdy nie zgodzono się obsadzić jej w roli księcia a chciano dać inną, drzewa. Na nic nie zdawały się tłumaczenia, że nie jest chłopcem i nie może zagrać męskiej roli. Śpiewać nie potrafiła w ogóle, o czym świadczyła szybka odmowa kontynuacji nauki. Na zebraniach drużyny dziewczynka nawet się nie pojawiła. Za każdym razem uciekała z inną buntowniczką, Ino Yamanaką. Podniecenie wynikające z robienia czegoś zakazanego jeszcze bardziej umocniło ich przyjaźń, która zaczęła się już w przedszkolu. Jasnowłosa towarzyszka zabaw była równie uparta i krnąbrna jak zielonooka, więc jak to mówią, trafił swój na swego. Ojciec Yamanki jeździł po świecie i nie interesował się tym, co robi jego latorośl. Jej matka zmarła kilka dni po porodzie, z radością żegnając się z tym cholernym światem i draniem, z którym mieszkała. Zaraz po narodzinach dziecka on spakował walizki, zatrudnił nianię i wyjechał w trasę swojego życia, nie interesując się niczym. Niektórzy twierdzili, że rozwija karierę jako Drag Queen w USA, ale mogły to być tylko plotki. Matka małej Haruno, widząc ilość zaległości dziewczynki martwiła się, że jej córka nie ma ambicji. Myliła się jednak bardzo, bo Sakura miała, i to spore. Nie zamierzała jednak marnować ich na coś tak pospolitego jak mazanie farbami po kartce czy wyginanie się w rytm muzyki. Haruno chciała być wyjątkowa w najbardziej wyjątkowy sposób i wcale nie przeszkadzał jej fakt, że nic nie potrafi.
- Sakura, dlaczego ty nie chcesz się niczego nauczyć? - spytała pewnego wieczoru Kumiko, podając kolację.
Dziewczynka spojrzała na nią jak na nierozumną i chwyciła kanapkę.
- Bo to debilne latanie z piłką mnie poniża- powiedziała poważnie, przegryzając chleb.
Matka załamała ręce.
- To sport, kochanie. Jak byłam w twoim wieku, wszystkie dziewczyny z mojej klasy lubiły piłkę nożną.
- Jak byłaś w moim wieku to wszyscy mieli szopy na głowach i wieśniackie ciuchy. Nie porównuj mnie do nich, ja chcę być kimś innym.
Kobieta spojrzała na nią z lekkim niepokojem i spytała:
- A kim chciałabyś być w takim razie?
Sakura zamyślona odłożyła jedzenie, po czym odparła- Kimś super. Co to znaczy być striptizerką? To brzmi bardzo super.
Ten temat nie został więcej poruszony, ale dzielna pani Haruno nie poddawała się i dalej organizowała córce plan dnia, a ona nadal uciekała z każdych powierzanych jej zajęć. Nie był to jednak koniec zmartwień. Kumiko, która jak każda matka, miała swoje rodzicielskie pragnienia. Chciała ubierać swoją córkę w słodkie, różowe rzeczy i czesać jej urocze kucyki. Nic jednak z tego, mając takie dziecko jak Sakura. Ta codziennie rano z niezmienną obojętnością narzucała na siebie bluzkę z symbolem okręgu na plecach, nie trudziła się rozczesywaniem i bywało, ze zakładała te same skarpetki po raz drugi. Mama załamywała ręce nad jej brakiem szacunku do wyglądu. Podczas jednej z ucieczek (tym razem z zajęć dziergania na drutach) spotkała chłopca bawiącego się sflaczałą piłką. Dotąd uważała płeć przeciwną za fajtłapy i kretynów, nie wartych nawet kilku słów. W chwili jednak, gdy ów nieznany dzieciak wpadł w kałużę błota uznała, że jest naprawdę słodki.
- Co ty robisz, matole?- postanowiła zagadać w swój zwyczajowy, miły sposób- Mógłbyś uważać.
Zwykle witała się z chłopakami dużo mniej przyjemnie, więc powinien być jej wdzięczny. Najwidoczniej jednak nie był, bo zmarszczył brwi. Niebieskie oczy zmierzyły ją gniewnie, po czym parsknął:
- Spadaj gruba, zanim ci przywalę.
Sakura nigdy dotąd nie poczuła się tak urażona. Wiele razy słyszała, że jest taka śmaka i owaka, ale niezbyt ją to ruszało. Do tej pory mówili jej to głównie nauczyciele i koleżanki, nigdy żaden chłopak. Poza tym, nie była gruba! Te kilka kilo nadwagi nie miało znaczenia.
- Ja gruba? Popatrz na siebie, korniszonie!- uśmiechnęła się, oczekując wrzasku wściekłości. W zamian zobaczyła tylko pięść lecącą w stronę jej nosa i poczuła lepkie błoto na plecach.
Następnego dnia przyszła w tamto miejsce razem z Ino, gotowe do walki. Bijatyka skończyła się na kilku siniakach po obu stronach, rozciętej wardze bezczelnego nieznajomego i paru wyrwanych dziewczęcych włosach. Siedzieli zdyszani na ziemi i uznali jednogłośnie, ze mogą zawrzeć rozejm. Chłopiec okazał się mieć na imię Naruto i wkrótce spotykali się we trójkę. Rozmawiali, rozrabiali i robili wszystkie rzeczy, które robią nadpobudliwe dzieci. Rozwalali place zabaw i podkradali owoce na targu, albo rzucali kamykami w przechodzące koty. W pewne piątkowe popołudnie dziewczyny zaprosiły Naruto na spotkanie klubu miłośników matematyki. Cała trójka została wyrzucona po tym, jak blondyn zaczął przedrzeźniać nauczyciela, Sakura skakać po ławkach a Ino zrzucać uczestnikom zeszyty z ławek. Na wyjściu różowowłosa nie mogła się powstrzymać i przekrzywiła okulary chłopcu w czerwonym sweterku. Idąc do domu zgodnie razem uznali, że woleliby umrzeć, niż zostać takimi kujonami. Mama widząc ją w takim towarzystwie, nie była zachwycona.
- Czy nie możesz sobie znaleźć lepszych przyjaciół- spytała, gdy jej córka po raz kolejny wróciła z obdartymi kolanami i brudna od błota- Ten chłopiec nie jest odpowiednim kompanem dla ciebie, kochanie.
Jej mniejsza kopia po raz kolejny spojrzała na nią jak na wariatkę.
- Naru jest spoko, co ty chcesz. Ino też, wolę ja sto razy bardziej od sztywniaków z tych wszystkich klubów i kółek. Kto byłby lepszy?
Pani Haruno westchnęła i ściągnęła fartuch, siadając na krześle w kuchni.
- Na przykład Hinata? A jeśli wolisz chłopców, to przecież jest Kiba i najmłodszy Uchiha...
Sakura parsknęła śmiechem i uderzyła pięścią w stół, a jaj niesforne, różowe włosy opadły jej na twarz.
- Mamo, żartujesz? Ta jąkała? Ona nie potrafi powiedzieć jednego zdania normalnie i o czym ja bym z nią gadała? Inuzuka ma mózg wielkości orzeszka ziemnego, samo przez się rozumie. A Uchiha...- tu zamyśliła się chwilę, po czym uśmiechnęła się lekko- On jest...po prostu inny.
Tak naprawdę bywały momenty, kiedy intencje różowowłosej, co do Uzumakiego nie były do końca jasne. Czasami ni stąd, ni zowąd stwierdzała, że słodko wyglądałby w sukience. Widząc jego przerażone spojrzenie rezygnowała z prób przekonania go do swoich racji, ale przedstawiała je Ino. Zarumieniona blondynka podziała jej entuzjazm i obie zgodnie uznały, że Naruto musi być gejem. Samo to określenie wywoływało w dziewczynach dreszcz podniecenia i ciekawości, dlatego to odkrycie niesamowicie im się spodobało. Nie do końca wiedziały, co to słowo oznacza, ale brzmiało bardzo ekscytująco. Pewnego sierpniowego wieczora postanowiły spełnić ich najdzikszą jak do tej pory fantazję, czyli obejrzeć blondyna w jakieś żeńskiej części garderoby. Podstępem zaprosiły go do domu różowowłosej i nie przejmując się kopniakami i ugryzieniami, ubrały go w okropną spódniczkę jej mamy. Sakura z zasady nie wkładała nic bardziej dziewczęcego niż pseudo sukienka wiec o pożyczeniu od niej ciuchów nie było mowy. Naruto wyglądał rozbrajająco, związany na łóżku i wierzgający nagimi nogami w powietrzu. Na długo stracił do nich zaufanie, w końcu jednak z właściwą sobie naiwnością wybaczył. Nadszedł czas pójścia do szkoły. Z chwilą, gdy przekroczyła próg Akademii już wiedziano, że shinobi będzie z niej raczej marna. Niska, leniwa i wybuchowa. Szkoła miała to nieszczęście, że trafiła do klasy z równie głośnym, męczącym i nerwowym dzieckiem jak ona, czyli Naruto. Ino na ich tle była właściwie spokojna i nie wyrządzała znacznych szkód. Nie mogła jednak wpłynąć na tą dwójkę zwłaszcza, że część jej zainteresowania poszła w stronę Sasuke Uchihy. Tak naprawdę jednak i Sakurę i Naruto zainteresował ten chłopak, w bardzo odmienny sposób. Yamanaka uznała, że jest niesamowicie przystojny, Uzumaki, że to palant i kujon, a Sakura, że idealnie pasowałby do Naruto. Co myślał Sasuke nie wiedzieli, mogli domyślać się tego tylko z rozdrażnionych prychnięć i ciosów wymierzanych w jasną głowę Uzumakiego.
- Hej, Sasuke- szept Naruto przerwał ciszę panującą na lekcji historii- pokażę ci brzydala, okej?
Haruno obudziła się z lekkiej drzemki, po czym spojrzała kątem oka na bruneta starającego się z zaciętą miną nie reagować na zaczepki.
- No Sasuke...Tylko uważaj, bo pewnie się zrzygasz. Ja tak miałem na początku, więc lepiej przygotuj wiadro.
Blondyn uśmiechnął się jeszcze szerzej, trzymając coś w dłoni. Uchiha prychnął lekceważąco, po czym odwrócił się w jego kierunku. Spojrzał na swoje odbicie w trzymanym przez Uzumakiego lusterku.
- Ohydny, nie? A ja musze go oglądać codziennie- powiedział na pozór poważnym tonem niebieskooki.
Twarz Sasuke przeszedł grymas udawanej złości, po czym uderzył jasną czuprynę złośliwie uśmiechniętego głupka.
Sakura z rozmarzonym uśmiechem szturchnęła Ino. Musiała powiedzieć jej o postępach w związku tych dwóch. Właśnie teraz było widać, jak bardzo do siebie pasują.
Ku nadziei młodej Haruno, brunet faktycznie zdawał się bardziej ożywiony przy blondynie, niż przy innych. Teraz pozostawało jedynie przekonać ich, ze są sobie przeznaczeni. Nie mogła niestety skupić się jedynie na uświadamianiu, gdyż pojawiły się nowe problemy. Z chwilą, gdy dziewczynka poszła do szkoły, nieco uśpiony i zrezygnowany upór jej matki obudził się ponownie do życia. Pomyślała, ze może teraz, gdy pozna smak wiedzy nareszcie będzie chciała umieć coś więcej. Zapisała ją na kurs pływacki, ale po tym, jak po jej skoku przez kilkanaście sekund było widać jedynie bąbelki, a sama dziewczyna opadła na dno jak kłoda, zrezygnowała. Takim samym fiaskiem skończyły się próby nauczenia jej gry na pianinie. Zaczęła nawet co nie co pojmować, póki jakaś nieznana siła nie zmusiła jej do zrzucenia klapy na palce nauczyciela. Wrzask mężczyzny był nie do opisania, ale wywołał szczery uśmiech na zaczynającej nosić ślady trądziku twarzy.
- Sakura, dlaczego znowu muszę płacić odszkodowanie? Po co to zrobiłaś, pan Omori był bardzo miły!
Dziewczynka westchnęła i wróciła do trącania palcem pływającego w wannie karpia.
- Bo był starym kutasem bez poczucia humoru.
Jej mama zachłysnęła się powietrzem i ujęła pod boki. Jej córka miała niewybredne słownictwo, jednak nigdy nie powiedziała czegoś takiego. Czasami naprawdę ją przerażała.
- Jak ty mówisz!? Zabroniłam ci przeklinać, czy ja kiedykolwiek powiedziałam coś takiego? Czy twoi koledzy tak mówią?
Różowowłosa przewróciła oczami i odwróciła się w stronę rozgniewanej matki.
- Myślisz, że nie słyszę, jak kłócisz się z babcią? Zawsze tak nazywasz tatę. Poza tym, moi koledzy mówią o wiele gorzej niż sobie wyobrażasz, mamo- stwierdziła, odwracając się do przerażonych ryb miotających się w wodzie- Zabij je wreszcie, bo mam ochotę na kawałek smażonego karpia.
Postawa córki bardzo martwiła Kumiko. Co można było zrobić z upartą, złośliwą chłopczycą z brakiem jakiegokolwiek talentu? Trzeba było zmusić ją wszystkimi możliwymi sposobami, by zrozumiała, co może stracić. Tylko w jakim zawodzie mogłaby się spełnić? Shinobi? Na zajęciach fizycznych miała słabe czasy w biegach, czasami przeganiał ją nawet Choji Akimichi. Głównie przez lenistwo, zwyczajnie nie chciało jej się biegać szybciej i wyglądało to bardziej na przyśpieszony chód. Każdy przewrót wykonywała krzywo i niedokładnie, a odgłosy wydawane przez nią przy podnoszeniu ciężarów były wręcz nieludzkie. Jeśli chodzi o naukę jutsu, szło jej lepiej. Bywało, że nie umiała wymówić niektórych nazw, a wtedy porzucała naukę na rzecz czegoś innego. Bezstresowo, co niekiedy irytowało jej matkę. Nie bała się kary ani konsekwencji, co właściwie było słusznym rozumowaniem, bo Kumiko nie potrafiłaby wymierzyć jej żadnej. Jeden, jedyny raz, gdy straciła panowanie nad sobą zapamięta do końca życia. Pięcioletnia Sakura napluła na jej oczach do herbaty jej babki. Ta niczego nie podejrzewając wypiła łyk napoju, nim kobieta zdążyła zainterweniować. Zła, zaciągnęła córkę do pokoju i wymierzyła jej trzy porządne klapsy. Wtedy załzawione, zielone oczy spojrzały na nią z żalem i powiedziała: ale ona była dla ciebie niedobra, mamo. Te kilka słów rozmiękczyły jej serce i sprawiły, że od tej pory za każdym razem, gdy miała jej przyłożyć, widziała te zapłakane ślepka. W szkole było różnie, dopóki nie podzielono ich na grupy. Sakura w głębi duszy, jak i na zewnątrz trzymała kciuki, by być razem z przyjaciółmi. Ino zadawała się być lekko niezdecydowana miedzy nimi a Sasuke. Siedziała zarumieniona i zdenerwowana, oczekując na swoją kolej. Haruno wiedziała, że nastąpi koniec beztroskiego życia. Koniec wypadów po szkole (lub w jej trakcie), koniec beztroski i taplania się w błocie. Teraz nadejdą czasy misji i obowiązków. Zdawała sobie także sprawę, że będzie musiała się podporządkować komuś innemu, a tego znieść nie mogła. Gdy nadeszła kolej drużyny siódmej i padło nazwisko Naruto, wstrzymała oddech. Wypuściła go ze świstem, gdy trafili do tego samego składu. I zostało odczytane imię Sasuke. Nie pamiętała za bardzo, co działo się potem, bo jej umysł zagłuszył tysiące myśli o jednym zabarwieniu: Sasuke i Naruto w jednej drużynie...Razem! To dawało wiele nowych możliwości i z pewnością było bardzo podniecające. Wszyscy pamiętali jej głośny, nieco zwierzęcy okrzyk szczęścia.
- Co sądzisz o swoim nowym sensei?- spytała Kumiko, głaszcząc kota - Jest miły dla ciebie?
Dziewczynka zamyśliła się, że powagą żując winogrono.
- Jest nawet spoko, chociaż trochę dziwny. Nazywa się Kakashi i chyba jest tym sławnym Kakashi'm.
Kobieta wzięła zwierzaka na ręce i uśmiechnęła się lekko.
- A ci chłopcy? Podoba ci się któryś?- spytała z chytrym uśmiechem, który widnieje na twarzy każdej matki, zdającej takie pytanie- Ten Sasuke wydaje się być porządnym chłopcem.
Sakura ponownie spojrzała na mamę jak na kogoś niespełna rozumu, plując pestką na trawę.
- Mamo, czy ty nie wiesz, jakie te pytania są żałosne? Każdy rodzić myśli, że dziecko się zawstydzi i zarumieni, a tu klops. Tak było kiedyś, teraz, to ja ci powiem szczerze. Sasuke i Naruto są gejami. A mnie bardzo się to podoba.
Osłupienie na twarzy Kumiko zostało całkowicie zignorowane.
Wbrew smutnym przewidywaniom Sakury, nie został im odebrany cały wolny czas. Nadal w każdy weekend wybierali się we trójkę na stary plac zabaw i biegali jak dzieciaki. Gdy znudziło im się w końcu celowanie do bezdomnych kotów, szli bliżej miasta. Chociaż dostawali symboliczne wynagrodzenia za misje, nadal zdarzało im się podkradać jabłka lub cukierki ze stoisk. Tak dla adrenaliny i z przyzwyczajenia. Ino miała mały żal, że to nie ona jest w drużynie z Uchihą, ale wkrótce pogodziła się z zaistniałą sytuacją. Tak naprawdę po podzieleniu na drużyny odetchnęli z ulgą, od kartkówek, sprawdzianów i zmiennego obuwia. No, pomijając fakt, że ich nowy sensei był bardzo wymagający i napisanie składu krwi na kartce było przy tym bułką z masłem. Mimo wszystko jednak była to nowość, zwłaszcza przebywanie ze swoją dwadzieścia cztery godziny na dobre. To zacieśniało więzy i pozwalało zadawać pewne pytania.
- Chciałbyś go pieprzyć? - Sakura zadała to pytanie spokojnym, rzeczowym głosem.
I może właśnie dlatego Sasuke był tak zaskoczony.
- Znów się czegoś nawdychałaś? spytał chłodno, trochę za szybko odwracając głowę- Lepiej połóż się spać, zaczynasz gadać głupoty.
Haruno zmarszczyła gniewnie brwi i bardziej naciągnęła na siebie koc.
- I ty to wiesz i ja to wiem. Tylko on nie, ale myślę, że też chciałby. No wiesz...żebyś go wychędożył czy coś.
Uchiha po raz pierwszy zaprezentował swój tik nerwowy- delikatne drganie policzka połączone z dziwnym wykrzywieniem ust.
- Musisz być taka dosłowna?- spytał, odsuwając się lekko.
Wzruszyła ramionami, kładąc się ponownie.
- Ktoś musi.
Atmosfera następnego dnia była nieco napięta i gdyby Sakura była kimś innym, zapewne chodziłaby zawstydzona. Była jednak sobą i nic nie robiła sobie z zimnych i trochę zaskoczonych spojrzeń kolegi z drużyny. Na szczęście Naruto bardzo szybko odwrócił jego uwagę i wkrótce tradycyjnie tarzali się po ziemi. Haruno kątem oka zauważyła, że Sasuke leży trochę zbyt długo na wiercącym się i krzyczącym rywalu. Uśmiechnęła się pod nosem i parsknęła śmiechem, gratulując sobie tej nocnej rozmowy. Postanowiła doprowadzić ich do finału, cokolwiek to miało oznaczać. Po powrocie z misji nic diametralnie się nie zmieniło, ale jedna uświadomiona osoba to zawsze jakiś postęp. Większy problem był z jej drugim przyjacielem, małym, kochanym, ale w gruncie rzeczy tępym Naruto. Sakura naprawdę się martwiła i nie wiedziała, jak sprawić, by także on doszedł do wniosku, że Uchiha jest jego miłością jego życia. Podjęła decyzję- porozmawia z nim w jakiś subtelny sposób.
- Gdyby Sasuke zaprosił cię na randkę...- zaczęła niewinnym tonem, siląc się na spokój- Co byś mu odpowiedział?
Uzumaki spojrzał na nią wytrzeszczonymi oczyma i odpowiedział bez namysłu:
- Dałbym mu w mordę, ten teges.
Dziewczyna zmarszczyła z irytacją brwi i wzięła się pod boki.
- Zła odpowiedź, matole- zignorowała jego zaskoczone spojrzenie- Zgodziłbyś się, a on niczym Książe zapakowałby cię do kabrioletu i ruszylibyście w romantyczną podróż.
Blondyn siedział na murku z głupią miną, wciąż trzymając kamyk. Nie zauważył nawet, gdy gruby, rudy kocur, w którego celował znikł za rogiem.
- Co? -spytał inteligentnie, patrząc na nią jak na wariatkę- Jaki kabriolet?
Sakura zazwyczaj była dumna, że jej przyjaciel uznaje ją za autorytet. W tym momencie jednak denerwowała ja jego niewiedza.
- Nie ważne, może być nawet różowy. W każdym razie, przygotuj się na wielką miłość.
Chwyciła kamień i rzuciła w kota, który w bardzo złym momencie postanowił wrócić na zrujnowany plac zabaw.
Rozmowa odniosła dziwny skutek. Teraz to Sasuke pragnął walczyć z blondynem, ale wynikało to bardziej z pragnienia macania niż rywalizacji. Naruto zaś uciekał od niego, kiedy tylko mógł, czerwieniąc się i tylko rzadko reagując na zaczepki przyjaciela. Czasami były naprawdę kretyńskie i Haruno zrozumiała, że miłość i pożądanie zmieniają ludzi. Kiedyś Uchiha nie pozwoliłby sobie na tak prostackie wypowiedzi, ale najwidoczniej uczucia były silniejsze. Podczas jednej z takich prowokowanych walk, ich usta złączyły się w gwałtownym pocałunku, a dłonie bruneta niemal na stale przylgnęły do tyłka przeciwnika. Sakura żałowała, że shinobi i szpieg z niej marne. Trudno było śledzić poczynania jej gruchających gołąbków i nie zostać odkrytą.
- Macie za sobą pierwszy raz?- spytała pewnego wieczora, gdy wszyscy we trójkę siedzieli w namiocie- Jestem ciekawa, czy stosowaliście jakieś zabezpieczenia.
Naruto wrzasnął coś niezrozumiałego, zakopał się pod kołdrę, po czym uznał jednak, że nie zostanie w tak szurniętym towarzystwie. Wypadł z namiotu w samych spodniach i jednej skarpetce, mamrocząc coś o walniętych zboczeńcach. Sasuke za to spojrzał na nią całkiem poważnie.
- Żartujesz? Miną wieki, zanim on mi na cokolwiek pozwoli- powiedział zrezygnowanym tonem i opadł na poduszki- Przynajmniej czasami mogę pocałować go trochę niżej.
Haruno myślała przez chwilę, po czym powiedziała z namysłem:
- Zwiąż go. I zrób zdjęcia, dasz mi kilka kopii.
I wszystko był piękne, cudowne i puszyste, dopóki w wiosce nie pojawił się Orochimaru. Tak bywa często, że sprawy układają się dobrze, aż przyjdzie jeden palant i wszystko zniszczy. Tak naprawdę Sakura z całą swoją wiedzą i umiejętnościami nie miała jak zatrzymać Uchihy tamtej nocy i zdołała wykrzyknąć jedynie parę słów. Najprawdopodobniej krzyczała coś o zostaniu dla Naruto i ich więzi, dopóki nie upadła od silnego ciosu. Po raz pierwszy jej wiara w siebie została zachwiana i nawet natłok zdarzeń nie wytrącił jej z dziwnej melancholii. Dopiero obietnica Naruto, że sprawdzi Sasuke do wioski dodała jej życia. Jej przyjaciel odszedł na trzy długie lata a ona żyła z nadzieją w sercu. Nadzieją, że wszystko jakoś się ułoży. To, co początkowo było jedynie szeptami dwóch spragnionych czegoś ekscytującego dziewczyn, ich małą fascynacją, okazało się być prawdą. Prawdziwym uczuciem, które trzeba było ratować. Haruno żyła, wciąż musząc znosić nadopiekuńczość matki. Co prawda nie zmuszała jej do ciągłego uczestnictwa w wszelkiego rodzaju szkoleniach ani konkursach, ale jej troskliwość była deprymująca. Jednak było coś gorszego niż mama, mianowicie jej własna babcia. Każdy widząc to słowo wyobraża sobie starszą panią w siwym koku i okularach, podczas gdy jej babcia miała krótkie blond włosy, pomalowane paznokcie i zimne spojrzenie. Sakura jej nienawidziła.
- Dlaczego ścinasz te włosy, na miłość boską! Wyglądasz jak czupiradło- skrzekliwy głos dochodził znad filiżanki parującej kawy i irytował niemiłosiernie- Na dodatek nie potrafisz się ubrać, dlaczego ta koszulka jest czerwona?
Sakura wywróciła oczami, kładąc nogi na stół.
- Wszystko dla ciebie, babciu- odparła, nie przejmując się oburzonym spojrzeniem- Ciasteczka?
Starsza kobieta prychnęła i spojrzała na nią uważnie.
- Masz piętnaście lat, prawda? Mam nadzieję, że nie popełnisz tego samego błędu, co twoja nierozsądna matka.
Dziewczyna roześmiała się, gryząc kakaowe ciasteczko.
- Nie ma się o co martwić, jestem lesbijką. Z Ino raczej mi to nie grozi- nie wiedziała, czemu powiedziała akurat to, ale efekt był znakomity. Filiżanka spadła na biały dywan a pomalowane tanią pomadką usta rozszerzył się w szoku- Nie jesteś zła, babuniu?
Po tamtym dziwnym zdarzeniu zaczęła rozmyślać nad swoją relacją z Yamanaką i doszła do spokojnego wniosku, że to chyba prawda. Lubiła ją, była ładna i znały się jak łyse konie. Czego chcieć więcej? Gdyby była kimś innym, rozwodziłaby się nad poprawnością uczuć i tego, co pomyślą inni. Ale była sobą, wiec przyjęła to z właściwą sobie obojętnością. Wiedziała jednak, że taka bezpośredniość jest nie na miejscu i mogłaby tylko spłoszyć dziewczynę. Do takiej konkluzji doszła, spoglądając w lustro. Myślała intensywnie, czy nie pozbyć się małej warstwy tłuszczu z ud i brzucha. Oraz zmienić fryzury. Kolejnym postanowieniem było wzięcie się za trening, by zgubić sadło spokojnie spoczywające na jej ciele. Nie była gruba, ale do doskonałości trochę jej brakowało.
- Cholernie tęsknię za tym debilem- stwierdziła kiedyś Ino, gdy obie siedziały na huśtawce- Totalna nuda.
Sakura podzielała jej uczucia, jednak nie odezwała się głośno. Blondynka miała na sobie starą, wymiętą koszule, ale jak dla zielonookiej, mogłaby mieć na sobie nawet szmatkę, a wyglądałaby idealnie.
- Tak bardzo było mi go szkoda, gdy ten drań odszedł. Żal mi tego związku, tak ładnie razem wyglądali.
- Racja, nawet się jeszcze nie pieprzyli- stwierdziła Sakura z jeszcze większym żalem, po czym spojrzała na towarzyszkę roziskrzonymi oczyma- Dlatego my powinnyśmy zrobić coś w tym kierunku, zawsze któraś z nas może zginąć na jakiejś misji.
Ino zdołała wydać jedynie zdziwione sapniecie, zanim ich usta się połączyły.
Wszystko było trochę niepełne, dopóki nie wrócił Naruto. Jeszcze słodszy, z jeszcze bardziej błękitnymi oczami. Od razu zdobył jej serce po raz kolejny, tylko się uśmiechając. Co prawda nie mieli już czasu biegać po placach zabaw i dokuczać dzieciom, ale jeden uścisk wystarczył za lata rozłąki. Rozmawiali wiele i dopiero wtedy zrozumiała, jak bardzo jej go brakowało. Z Ino trudno jej było rozmawiać tak jak dawniej, po małym, miłosnym wyznaniu. Naruto wypełnił ta lukę w ich gronie i wprowadził sporo humoru. Do ich drużyny dołączył nowy członek, Sai. Tak naprawdę Sakura nawet go lubiła, pomimo całej fasady sztuczności i wrednych tekstów. Nie można zapominać, że ona również była złośliwa i niewiele odbiegała od jego poziomu. Ich słowne potyczki poprawiały jej humor, mimo, iż często miała ochotę mu przyłożyć. A jak wiadomo, Sakura zawsze robi to, na co ma ochotę. Około miesiąc po powrocie chłopaka wyruszyli odzyskać Sasuke. Prawie im się to udało. Prawie robi wielką różnicę, tak? Wrócili z niczym, a Sakura nie mogła patrzeć, jak blondynowi serce pęka z bólu. Najwidoczniej podczas nieobecności zaznajomił się dokładniej ze swoimi uczuciami. Przychodziła do niego wieczorami i rozmawiali, pocieszając się nawzajem i zachowują się trochę jak stare przyjaciółki z komedii romantycznych. Niedługo później doszła wiadomość, że Sasuke zabił Orochimaru. Postanowili ponowić próbę sprawdzenia go do wioski, co tym razem odniosło skutek. Zaciągnęli go z powrotem, chociaż nie opierał się szczególnie mocno. Próbował patrzeć w niebieskie oczy chłodno, jednak Sakura widziała coś dziwnego w czarnych tęczówkach. Coś, co dawało jej nadzieję na szczęśliwe zakończenie tej miłosnej historii. W wiosce udało mu się opanować i przyjął nieco inną postawę. Zimny, opanowany i obojętny, czyli standard. Teraz jednak wyczuwało się w nim pewien chłód, który...Zaraz. Mowa tu przecież o Sakurze Haruno, a ona nie należała do osób, które przejmują się czymś takim. Wiedziała, jak zachwiać idealna postawę Uchihy.
- Ty nadal chcesz go pieprzyć- stwierdziła dziewczyna, po raz kolejny odnotowując drgnięcie policzka chłopaka- Nawet bardziej niż kiedyś, bo teraz to tak na poważnie.
Spojrzał na nią zimno i zignorował jej słowa, powracając do picia herbaty.
- No co, zatkało kakao? Przyznaj wreszcie, że wcale ci się nie odwidziało kochanie go- nie zwróciła uwagi na zszokowane spojrzenie przechodzącej obok dziewczyny- No dalej, idź do niego z kwiatkiem, może cię trochę uszkodzić, ale nie wytrzyma bez ciebie.
Czarne oczy spojrzały na nią z chłodnym zainteresowaniem, po czym wstał bez słowa, oddając naczynie.
- Powodzenia i wielu wrażeń życzę!- zawołała, nie przejmując się tego, ze słucha jej trzy czwarte wioski.
Niestety, ta próba nie zakończyła się dobrze. Uchiha został wygoniony z mieszkania wrzaskami i kopniakami. Zachował pewną godność, wychodząc sam, lecz ze spuszczoną głową. Chwilę później Naruto leżał skulony w ramionach Sakury, płacząc i mówiąc coś nieskładnie. Dziewczyna podejrzewała, że nie będzie łatwo. Głaszcząc mokre od łez policzki postanowiła doprowadzić, by tych dwoje zaznało szczęścia we własnych ramionach. Choćby blondyn miał się bronić rękami i nogami. Na początek postanowiła zastosować delikatne aluzje. Uzumaki uspokoił się nieco po pierwszym ataku złości, dlatego postanowiła zaatakować.
- Zauważyłeś, że Sasuke naprawdę wyprzystojniał?- spytała niewinnym tonem, gdy obierali ziemniaki- Jest od ciebie sporo wyższy.
Naruto spojrzał na nią zirytowanym wzrokiem, pełnym skrzywdzonej męskiej dumy. Zawsze posiadał kompleks mniejszości, nawet Sakura przez większą ilość czasu przerastała go o pół głowy. Teraz było już lepiej, bo jedynie o półtorej centymetra.
- E tam...był pasztet i będzie- powiedział obojętnie, wrzucając kartofla do wody- I wcale nie sporo, bo tylko z dziesięć centymetrów.
Dziewczyna wzruszyła ramionami, ale postanowiła drążyć dalej.
- Myślisz, że jest dobry w tych sprawach?- kontynuowała, nie zwracając uwagi na rumieniec przyjaciela- Pewnie ma dużego, myślę, że to może być rodzinne. Ja tam nie wiem, ale chyba wszyscy potomkowie jakiś klanów są lepiej wyposażeni niż...
- Przestań!- wrzasnął, cały czerwony na twarzy- Co mnie obchodzi jego fujara!? Drugi Sai się znalazł, kurde! Idź do tego idioty i sobie z nim pogadaj, jak dużego ma Uchiha, na pewno się porozumiecie!
Uśmiechnęła się szeroko, chwytając kolejną bulwę i zaczynając ja obierać.
- Nie, to ty mi powiesz. Staraj się zapamiętać wszystkie szczegóły, to bardzo ekscytujące.
Nie pozostało mu nic, oprócz siedzenia z rozdziawioną buzią i wpatrywanie się w twarz przyjaciółki.
Te i inne delikatne sugestie zaczynały powoli skutkować. Ponadto, Sasuke nie wydawał się już być tak bardzo spięty i zaczynał działać. To wszystko sprawiło, że Sakura zapałała jeszcze większym entuzjazmem. Cieszyło to niezmiernie jej matkę, która martwiła się osowiałym ostatnimi czasy charakterem córki. Nie wszystkie jednak troski odeszły w niepamięć. Nastolatka nadal posiadała niechlubny stopień genina i wcale nie zamierzała tego zmieniać. Ambicja Kumiko, co do jej latorośli była naprawdę duża, a Sakura najwidoczniej miała inne plany. Pozostało jej tylko załamać ręce. Wszystko zaczęło się uspokajać a do tej pory skłóceni chłopcy zaczęli się do siebie zbliżać. Chociaż „skłóceni" to niedobre określenie. Powtórzyła się sytuacja sprzed kilku lat, gdy to Naruto uciekał przed zalotami Uchihy a ten próbował go prowokować. Tym razem jednak miało to wyraźny kontekst erotyczny, co jeszcze bardziej denerwowało nadpobudliwego chłopaka. Haruno również nie próżnowała, komentując różne sytuacje (najczęściej były to niewybredne wypowiedzi w rodzaju „zobacz, jak on się z tym męczy" i doprowadzały Naruto do szału). Po niektórych jej wypowiedziach możnaby było dojść do wniosku, ze jest bardzo doświadczona. Błąd. Sakura mimo swojej arogancji, bezczelności i pewności siebie była bardzo nieśmiała, jeśli chodzi o swoje osobiste życie „seksualne". Tak naprawdę żadne nie istniało, nie licząc grzecznych pocałunków i trochę mniej grzecznego macania. Ino z nieprawdopodobną dla jej charakteru nieśmiałością reagowała na ciche propozycje podjęcia kroku w przód. Ich związek nadal był niepewny i nie całkiem realny. Gdyby Naruto był dostatecznie wnikliwym obserwatorem, wykorzystałby to i mógłby odeprzeć zarzuty dotyczące swojego żelaznego dziewictwa. Jednak nie był i pozycja Haruno jako dręczyciela pozostawała niezachwiana.
- Naruto, jesteś beznadziejnie skretyniałym idiotą- stwierdziła uprzejmie Sakura, gdy blondyn po raz kolejny zignorował próby podrywu- Pozwoliłbyś wreszcie dotrzeć do siebie, o co ci chodzi? Przecież go kochasz.
Chłopak spojrzał na nią urażony, po czym wzruszył ramionami.
- Ale po tym, co zrobił...Nie wiem, czy mogę mu zaufać- rzekł cicho, patrząc w nieokreślonym kierunku- Przyjdzie drugi Orochimaru, a on zaraz za nim polezie, tak?
Dziewczyna wiedziała, że powinna jakoś rozładować sytuację. Znała ten nastrój, odbywali już podobne rozmowy, tym razem nie chciała, by płakał.
- Daj spokój. Zawsze możecie zgodzić się na układ bez zobowiązań. Czysty, wyuzdany seks bez uczuć, to jest właśnie to- powiedziała poważnym tonem, klepiąc go po ramieniu- Naprawdę, wyglądasz, jakbyś potrzebował porządnego pieprzenia.
Uzumaki zmarszczył brwi, po czym powiedział wyraźnie zły:
- Ej, a dlaczego zawsze stawiasz mnie jako dziewczynę?- złożył ręce na piersi z buntowniczą miną- Sasuke to już nie może być na dole?
Zielonooka zaśmiała się szczerze, nie mogąc nadziwić się jego głupocie.
- Głupiś? No nie żartuj, ty na górze? Chyba zapomniałeś, kto jest mężczyzną w waszym związku.
Wrzask wściekłości blondyna słychać było nawet na krańcach wioski.
Takie dziwne rozmowy zdawały się jednak odnosić jakiś skutek, bo Naruto w końcu zgodził się odwiedzić rezydencję Uchihy. Co prawda do niczego nie doszło (Sakura widziała wszystko z jednego z drzew, póki nie została zauważona) ale zawsze był to jakiś sukces. Nadeszły święta, czyli słodki czas miłości i prezentów. Długo zastanawiała się, co kupić przyjaciołom, w końcu zdecydowała. Wigilia odbyła się w domu Ino i zaproszonych zostało paru najbliższych znajomych z Akademii. Haruno nie była ani trochę zawstydzona, wręczając Sasuke dmuchaną lalę (oczywiście blondynkę z niebieskimi oczami) a Naruto...Długo myślała, co dać temu nadpobudliwemu blondynowi. Po prezent dla jego „ukochanego" ruszyła do sex shopu. Zachwycona przechadzała się wśród kolorowych półek, pełnych rozmaitych gadżetów. Wtedy właśnie pomyślała, czy nie kupić tutaj także czegoś dla blondyna. Upiekłaby trzy pieczenie na jednym ogniu: dałaby oryginalny prezent, pomogłaby przyjacielowi w samotności i wkurzyłaby Naruto. Na początku pomyślała o porno filmach, lecz zrezygnowała. Uznała, że to zbyt wulgarne dla tego niewinnego w gruncie rzeczy chłopca. Odłożyła kasetę z jednoznacznym tytułem „Igraszki w pustej klasie" i ruszyła dalej. Nie pasowały do niego także żadne wibratory, po prostu nie mogła go sobie wyobrazić w takiej sytuacji. Kajdanki były oklepane, więc zostały...stroje. Co prawda większość bardziej pasowała na kobietę (nie była aż tak okrutna, nie kupiłaby mu gorsetu i strugów) ale można było znaleźć coś odpowiedniego. Długo była niezdecydowana między kostiumem seksownej pielęgniarki a mundurem policjantki. Już miała chwycić ten drugi, gdy zobaczyła sukienkę w zestawie z lisimi uszami i ogonkiem. Nie mogła uwierzyć, że spotkał ją tak szczęśliwy traf. Wręczając paczkę szepnęła blondynowi do ucha, że to prezent także dla Sasuke. Spojrzał na nią lekko urażony, ale po wyjęciu zrozumiał. Rumieniec chłopaka i głodny wzrok Uchihy były bezcenne.
- Jesteś zboczoną jedzą, ale to fajne wdzianko- powiedział później blondyn, udobruchany sporą ilością alkoholu- Tylko gdzie ja to założę?
Dziewczyna roześmiała się, głaszcząc głowę śpiącej na jej ramieniu Ino.
- Możesz na najbliższe spotkanie u Hokage, jeśli chcesz- powiedziała wesoło- Ale polecam ci wrzucić to na siebie w obecności Sasuke. Zobacz, jak się ślini.
Co prawda Uchiha wcale się nie ślinił, ale wyglądał, jakby niewiele do tego brakowało. Czarne oczy wpijały się w Naruto łapczywie. Ten tylko spuścił wzrok i odłożył szklankę.
- Kurczę, miała być wigilia bez alkoholu a wszyscy się schlali- zauważyła dziewczyna, marszcząc brwi- Z resztą, kogo to obchodzi. Myślę, że teraz- tu schyliła się w stronę bruneta i szepnęła tak, że tylko on słyszał- czas byś wreszcie go przekonał, że jesteście dla siebie stworzeni. Jest pijany i naprawdę gorący, nie czekaj.
Tym razem jego policzek nie zadrgał konwulsyjnie, ale o dziwo, na twarz wpłynął uśmiech.
Widocznie rada Haruno okazała się skuteczna, bo gdy rano wdrapała się na drzewo rosnące naprzeciw rezydencji Uchiha, zobaczyła uroczy obrazek. Naruto spał zmaltretowany i wykończony na brzuchu, a Sasuke z miną zwycięzcy leżał rozwalony na drugiej połowie łóżka. Widok ten psuła nieco nadmuchana lala, leżąca miedzy nimi spokojnie. Mimo wszystko, wyglądało to na pozostałości gorącej nocy, co bardzo cieszyło Sakurę. Niestety, następnego dnia okazało się, że cała interpretacja tej sceny była błędna. Po przybyciu do domu, Naruto padł na łóżko i zasnął, dając kres marzeniom o upojnej przygodzie. Właściwie jednak nie do końca, bo i tak był macany, całowany i przytulany całą noc, więc w zasadzie wyszło na jedno. Obecność lalki nie została wyjaśniona, ale Haruno wolała nie pytać. Dzięki temu zdarzeniu ponownie utworzył się związek Uzumaki-Uchiha. Ponownie odżył w niej entuzjazm i szczerze mówiąc, coś na kształt zazdrości. Jak dotąd z Ino nie posunęły się nigdzie dalej a ona dość miała samego wyobrażania sobie...pewnych...sytuacji. Nie mogła jednak nic zrobić, póki jej partnerka balansowała na granicy, tego co chce, a tego co myślą inni. Zielonooka nigdy nie miała z tym problemów, jak coś nie pasowało, mówiła zwyczajne „spieprzaj" i było po sprawie. By zaspokoić nieco swoją łaknącą uczucia duszę, postanowiła wybadać Naruto o ich życiu erotycznym.
- Zrobiliście to wreszcie?- zaplanowała dokładnie, kiedy o to spyta. Ten wieczór był idealną porą- czy nadal zgrywasz cnotkę?
Uzumaki spojrzał na nią zrezygnowany, ale też po części zadowolony. Rozsiadł się na kanapie i z rozmarzoną miną spojrzał w sufit.
- Raz...zrobiliśmy sobie nawzajem...no wiesz- zarumienił się schował twarz w poduszkę- Kiedyś myślałem, że to ohydne, ale tak naprawdę było...
- Jak!? Sześć na dziewięć czy zwyczajnie?- spytała, odstawiając kubek z sokiem i siadając naprzeciw niego- Ma dużego?
Naruto skrzywił się lekko na ostatnie pytanie, po czym rzekł z wolna:
- Rany, musisz być taka dosłowna? No...najpierw on zrobił mi, a potem ja jemu- wzruszył ramionami i zagryzł wargę- A ma...Nie, Sakura, tego ci nie powiem.
- A co, może jakiś korniszon z niego? - spytała sceptycznie, nie tracąc jednak entuzjazmu- No powiedz, nie musi być przecież w centymetrach.
- A co ty tak interesujesz się jego ptaszkiem, co? -spytał nieco agresywnie.
Nie zawstydziła się, jak pewnie zrobiłaby każda dziewczyna na jej miejscu, po prostu wzruszyła ramionami. Już miała zmienić temat, gdy blondyn dodał ciszej:
- Jest naprawdę wielki,...Ale nie mów mu, że coś takiego powiedziałem, okej?
Często spotykali się na takie rozmowy i nie przeszkadzał im fakt, że to trochę babskie. Mama Sakury martwiła się, gdy jej córka nie wracała na noc do domu, a w jej umyśle pojawiał się nieprzyjemne wizje. Każdego wieczora starała się nakłonić ją do wzięcia udziału w egzaminie na chuunina lub chociaż w treningu. Na nic się to jednak zdawało, bo uparta dziewucha nie zamierzała walczyć ani tym bardziej biegać z jakimiś pacanami po polu treningowym. Miała dużo lepsze zajęcia, lecz jej matka nie wiedziała, jakie. Co można robić, nie będąc ninja, tancerką, śpiewaczką czy choćby aktorką? Ktoś kto nie ma żadnych zajęć siedzi w domu i czyta książki, podczas, gdy ona znikała na całe dnie, a czasem i noce! Kiedyś latała z tymi okropnymi dzieciakami po wiosce i rujnowali ją doszczętnie, ale teraz? Tak często wierciła jej dziurę w brzuchu, że sama Sakura zaczęła się zastanawiać, co chce robić w życiu.
- Kim chcecie zostać w przyszłości?- spytała pozornie obojętnie, gdy siedzieli we trójkę na brzegu jeziora.
Naruto spojrzał na nią zamyślony, po czym odparł z wolna:
- Chciałbym być Hokage...Albo shinobi w ostateczności- zrzucił spodnie, ukazując kąpielówki w kaczuszki- Na pewno będę kimś ważnym.
Dziewczyna prychnęła, po czym również ściągnęła sukienkę.
- Nie mów „na pewno". Ojciec Ino też chciał być shinobi, a teraz tańczy w babskich ciuchach w barach dla napalonych facetów- powiedziała wesoło, wskakując do wody- Nigdy nie wiadomo, kim się zostanie. A ty, Sasuke?
- Ej, sugerujesz, że mogę zostać Drag Queen?- brunet nie zdążył odpowiedzieć, bo przerwał mu głos Uzumakiego- Sasuke, co ty na to? Przyłączysz się? Będziemy gwiazdami gej klubów, czy to nie cudowne?
Chłopak spojrzał na niego sceptycznie, ale uśmiechnął się lekko.
- Taa, ty najbardziej nadawałbyś się na striptizerkę, kotku- powiedział zalotnie, ściągając bluzkę- A jeśli chodzi o przyszłość...Na razie zamierzam porządnie cię wykorzystać, młotku.
Szczere mówiąc, Sakura miała powoli dość. Tego, jak wolno rozwijał się jej związek z Ino. Chciała czegoś więcej, po raz pierwszy w życiu zachciała głębszego uczucia, takiego, jakie łączyło jej kolegów z drużyny. Miała dylemat, nie mogła się zdecydować między kandydaturami Sai'a i Ino na potencjalnych partnerów. Sai był dziwny. Ponadto, niezbyt tolerowała mężczyzn (pomijając oczywiście przyjaciół). Denerwowała ją ich głupota, niezdarność i brawura, ale byli przydatni. Zawsze mogli zrobić coś za nią, myśląc jednocześnie, że są potrzebni. Oprócz tego, nie uważał jej za ładną, co podkreślał niemal przy każdym spotkaniu. Sakura w złości mówiła, że gdyby wyglądała tak jak on, to rzuciłaby się z mostu. Tak naprawdę jednak nie sądziła, że jest aż tak źle. Sai był przystojny na swój sposób, nawet podobny do Sasuke. Tu zaczynały się niewątpliwe plusy związku z Sai'em. Był silny, więc mógł ją obronić i zrobić wszystko za nią. Lubiła droczyć się z nim, obrażać go i uderzać w twarz. Sądziła też, że seks z mężczyzną jest o wiele bardziej satysfakcjonujący. Z drugiej jednak strony Ino była jej przyjaciółką, znały się od zawsze. Miała ją zostawić dla palanta z obsesją na punkcie penisów? Postanowiła nie zaprzątać sobie tym myśli i skupić się na rozwijającym się związku Naruto i Sasuke.
- Wtedy jakoś tak zawarczał i powalił mnie na ten stół- powiedział z ekscytacją Naruto- i pochylił się nade mną.
Zrobił pauzę, co dla spragnionej wiadomości dziewczyny było udręką. Ponagliła go ruchem głowy i chwyciła chodzącego przed kanapą kota.
- I wtedy...wpadł Kiba
Sakura na te słowa jakby oklapła, by za chwilę przybrać pełen wściekłości wyraz twarzy.
- Inuzuka nie żyje, przysięgam, zabiję tego bezmózga!- warknęła, trochę za mocno głaszcząc zwierzaka. Kot rzucił Naruto zrozpaczone spojrzenie.
- No, ale to nie koniec. Sasuke tak się wkurzył, że wyrzucił go nawet nie pytając, o co chodzi. No dosłownie, wziął go za kołnierz i za drzwi!- blondyn zaśmiał się głośno- I potem wrócił do mnie...i nowieszcosięstałopotem.
Wymamrotał niezrozumiale, nie patrząc jej w oczy. Oczekiwał pewnie zmiany tematu, ale zapomniał, z kim ma do czynienia.
- Fajnie było?- zadała standardowe pytanie.
- Myślałem, że nasapie mi do ucha i skończy, ale było nawet okej. Pod koniec nawet bardzo okej.
- Robiliście to od tyłu czy od przodu?- spytała, zrzucając zniecierpliwionego kota na podłogę- Bolało cię?
Uzumaki otworzył szeroko oczy pod takim natłokiem pytań, po czym westchnął.
- Jakby mnie nie bolało, to bym nie jęczał przy każdym ruchu- przyznał cicho- Najpierw od przodu, potem od tyłu i znowu to samo.
- Trzy razy? Zerżnął cię aż trzy razy?
Ta rozmowa trochę ją zmartwiła, albowiem tylko ona i kilka innych osób z jej rocznika pozostawało dziewicami. Nie, żeby czuła się przez to gorsza (Sakura nigdy nie czuła się od nikogo gorsza) ale miło by było, gdyby także ona stała się w pełni kobietą. Znała życie erotyczne co niektórych, więc zdawała sobie sprawę, że jest w mniejszości. Wiedziała, że Kiba Inuzuka puści się z każdą, że Shikamaru dawno ma już a sobą ten „egzamin" a o postępach Sasuke i Naruto słyszała z pierwszej ręki. Jedynymi nietkniętymi eksponatami były ona, Ino oraz Hinata. No, może akurat sytuacja Hyuugi ją nie dziwiła, dziewczyna nie potrafiła radzić sobie z mężczyznami. Ale Sakura? Pewna siebie i nie taka brzydka. Właśnie z tych powodów chciało jej się płakać, zwłaszcza, że wybierając związek z Yamanaką na zawsze pozostałaby nietknięta. A to nie byłoby miłe ani ekscytujące. Pozostawała jedna, jedyna opcja: prześpi się z Sai'em i zobaczy, jak to jest. Haruno nie miała zahamować moralnych, co już zresztą pokazują jej poprzednie losy. Dlatego właśnie taki pomysł nie był w jej mniemaniu niczym złym ani zdrożnym. Trzeba było tylko jakoś zachęcić tego dziwaka do działania. Nie znała się na tajnikach uwodzenia, więc zdała się na intuicję. Jednak gdy po raz kolejny na jej kusą spódniczkę zareagował jedynie złośliwym komentarzem, postawiła być szczera.
- Przeleciałbyś mnie?
Na jej twarzy nie było cienia zawstydzenia czy jakiegokolwiek rumieńca. On spojrzał na nią z niezrozumieniem.
- Co masz na myśli, Sakura-san?- spytał spokojnie, powracając do malowania.
Dziewczyna poznała, że faktycznie nie udaje i nie ma o niczym pojęcia. Uśmiechnęła się, podchodząc bliżej.
- Chcę, żebyś się ze mną przespał. Chodzi o seks. Rozumiesz teraz? - spytała nieco zirytowana.
To było bardzo zabawne, jak odwrócił się z głośnym „Co?!", przewracając farby i sztalugę.
- Tak reaguje człowiek, który mówi w kółko tylko o penisach?- powiedziała zdziwiona, po czym wzruszyła ramionami- A może...
Spojrzała na niego intensywnym wzrokiem, przewiercając go na wylot. Zarumienił się lekko.
- Prawiczek? Jak ja mogłam się nie domyśleć, to stąd ta obsesja!- zaśmiała się głośno, po czym wyszła z pokoju.
Nie zrobiła postępów w żadnym ze związków. Za każdym razem, gdy widziała Sai'a przypominało jej się to dziwne zdarzenie. Jakoś teraz nie mogła się przemóc, by poprosić go o coś podobnego. Nigdy nie podejrzewałaby, ze akurat on nigdy nie był z dziewczyną. Taki pewny siebie i arogancki, o tekstach zwalających z nóg. I proszę, wyszło szydło z worka. Sakura o dziwo miała znakomity humor, tryskała energią i chęcią życia. Nie przeszkadzały jej nawet żale Naruto a propo jego nieznośnego, wrednego partnera. Jakby szczęścia było mało, podczas jednej z misji Sai podszedł do niej i gorączkowo poprosił, by nikomu nie mówiła o jego sekrecie. Zgodziła się łaskawie, myślami będąc zupełnie gdzie indziej. W maju odbyło się urodzinowe przyjęcie Sakury, na które zebrało się tylko kilkanaście najbliższych osób. W sumie, z rodziny była tylko mama (babcia była śmiertelnie obrażona za pewien incydent z porysowanymi drzwiami jej samochodu). W końcu jednak rodzicielka zrozumiała, ze młodzież chce się wyszaleć, zostawiła ich samych. Alkohol przeszmuglowany przez Kibę poszedł w ogólny ruch. Po północy pijany byli już wszyscy. Lee całował jej ukochaną poduszkę w baranki, Choji po raz pierwszy w życiu tańczył, a reszta robiła jeszcze dziwniejsze rzeczy. Kiba chyba przez chwilę wisiał na żyrandolu, ale nie mogła tego dokładnie stwierdzić, bo zasłonił jej Sai radośnie podrygujący w rytm muzyki. Właściwie obmacujący się na kanapie Sasuke i Naruto wyglądali w miarę normalnie. Sakura siedziała na stole razem z Ino, obserwując chłopaków. Jej dłoń delikatnie zahaczyła o tą należącą do blondynki.
- Wyjdź za mnie, kotku- powiedział brunet, lekko drążącym od nadmiaru alkoholu głosem.
Naruto zmarszczył brwi i spojrzał na niego nie kontaktując.
- No, ale my jesteśmy gejami. Nie dadzą nam ślubu - Uzumaki o dziwo był trochę bardziej trzeźwy- Ej, a jakbyśmy jednak dostali, to kto byłby w sukience?
- Oczywiście, że ty- powiedział powoli Sasuke, ponownie całując ukochanego- Takiej czerwonej, ze znakiem klanu.
Patrzyły na nich z uśmiechem. Na szczęście Ino pozbyła się zauroczenia Uchihą, więc teraz mogła cieszyć się szczęściem przyjaciół. Przysunęły się lekko do siebie i mocniej chwyciły za dłonie.
- Cholera, chyba po raz pierwszy nie umiem czegoś powiedzieć- stwierdziła zdziwiona Sakura.
Yamanaka uśmiechnęła się lekko, odgarniając jej niesforne włosy z czoła.
- Ja wiem, wariatko. I myślę, że czuję to samo- stwierdziła lekko blondynka, całując przyjaciółkę w usta.
Kumiko Haruno miała problem. Jej córka nie spotykała się z żadnym chłopcem, co było niepokojące. Mogło to oznaczać, że ma kogoś na boku, kogoś, kto ma dość jasne zamiary...Na to pozwolić nie mogła, zwłaszcza po własnych doświadczeniach. Jej podejrzenia padły najpierw na Naruto Uzumakiego, jednak doszła do wniosku, że to raczej niemożliwe. Chłopak zdawał się być nadal dzieckiem, mimo swoich szesnastu lat i nie okazywał zainteresowania płcią przeciwną. Sai, nowy członek jej drużyny był antypatyczny i dziwaczny, więc jego kandydatury nie brała pod uwagę. Pozostawał jeszcze Sasuke Uchiha, zdrajca i niebezpieczny shinobi. Mógł w każdej chwili zgwałcić bezbronną dziewczynę, a spotykali się dość często. Postanowiła porozmawiać z córką.
- Czy ty i Uchiha jesteście ze sobą? - spytała, biorąc głęboki oddech i patrząc Sakurze prosto w oczy- Powiedz, jeśli to prawda. Nie będę zła.
Dziewczyna obdarzyła ją jednym ze swoich standardowych spojrzeń typu „oszalałaś czy tylko żartujesz?".
- Ja i on? Mamo, po pierwsze, to on jest gejem. Po drugie, nie lubię brunetów. Po trzecie, nie lubię facetów- stwierdziła, powracając do czytania kolorowej gazety- Wiedziałaś, że Paris Hilton chce zmienić płeć? Przeczytaj ten artykuł, na serio tak tu jest napisane.
Kumiko opadła na krzesło, ukrywając twarz w dłoniach. Po chwili jednak zmarszczyła ze zdziwieniem brwi i ponownie spojrzała na córkę.
- Jak to: nie lubisz facetów? Co to ma znaczyć?- zapytała zdenerwowana- Proszę cię...
- Nie chciałam ci tego mówić tak wcześnie, ale skoro nalegasz...- westchnęła z udawanym żalem- Ciąża mi nie zagraża, Ino raczej nie posiada takich zdolności, droga mamo.
Mylił się ten, kto uważał, że Sakura nie posiada talentu. Owszem, miała. Do zadziwiania wszystkich dookoła swoją bezczelnością i dziwacznymi pomysłami, które niekiedy przyczyniał się do czegoś dobrego. Może nie była niezwykła, nie miała szóstego zmysłu ani nie była dobrą shinobi, ale był w niej coś takiego, co niezaprzeczalnie pociągało. Z czymś takim trzeba się urodzić, jak mawiają niektórzy.
Tym razem trochę bardziej na poważnie. Miałam zamiar napisać coś o Hebi, ale nie wyszło. Tak bywa, że inne zamiary a efekt jeszcze inny. Być może ten pomysł zostanie wykorzystany w kolejnym fanfiction, na razie jednak zapraszam na ten tekst.
Zakończenie tego ff może być właściwie odebrane według intencji czytelnika i od niego zależy interpretacja. Taki trochę otwarty koniec, bo nigdy nic nie wiadomo...Skupiłam się na tu bardziej na relacjach braci Uchiha (żadne ItaSasu!) niż na paringach, ale o to właśnie mi chodziło^^. Postać Naruto raczej niekannonicza. Itachiego też. Chyba tylko Sasuke jest tu miarę sobą ;D
To, czy uznacie poszczególnych bohaterów za dobrych czy złych zależy od was ;D. Ja właściwie nic nie narzucam. Dlatego prosze podzielić się wrażeniami na temat tych trzech osób. Najbardziej ciekawi mnie wasza reakcja na Naruto^^.
Tytuł: Urok.
Paring: SasuNaru, ItaTsu, ItaNaru
Wyobraź sobie, że prowadzisz spokojne życie. Mieszkasz w bezpiecznej, pełnej uroczych domków okolicy. Wszędzie dominują pastelowe barwy, w oknach wielu widnieją kolorowe kwiaty a w prawie każdym ogródku biega pies. Twoje poranki w tym miejscu przypominają te z reklam. Jesteś budzony przez dzieci radośnie wskakujące do łóżka i wołające na śniadanie. Siedzisz przy stole, a pociechy z uśmiechem zjadają płatki kukurydziane. Uśmiechasz się jak zawsze do swojej pięknej żony, wymieniając z nią czułe uwagi. Następnie każdy wychodzi do swoich zajęć, żegnany pocałunkiem w policzek. O piętnastej zwracasz z pracy, równie uporządkowanej i spokojnej jak twoje życie. Witasz się z żoną i jesz zwyczajny obiad. Wieczorem wszyscy zbierają się w pastelowym jak cały dom salonie i śmieją się, ciesząc się swoją obecnością. Prawie tak wyglądało moje dotychczasowe życie. Pomijając oczywiście fakt, że „prawie" robi wielką różnicę. Zacznijmy od tego, że mój (właściwie "nasz") dom mieścił się z dala od innych. Wielki i ponury, nosił w sobie wspomnienie dawnych czasów. Drewniane parkiety, duże okna i ciemne barwy dominowały w całym budynku. Jedynie kilka pokoi, dobudowanych później, było bardziej nowoczesne i przyjazne. Wokół roztaczał się mały las, więc o sympatycznych sąsiadach z labradorem nie mogło być mowy. Wstawałem codziennie rano, zawsze o piątej. Schodziłem po stromych, drewnianych schodach, wciąż w piżamie i na boso. Nie raz czułem małą potrzebę, by wejść do łóżka rodziców, ale wizja srogiej twarzy ojca skutecznie mnie od tego powstrzymywała. Z wiekiem to pragnienie zniknęło, tak samo jak obecność rodziców w moim życiu. To była pierwsza rzecz, która zaburzyła rutynę. Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, to ich śmierć była o wiele mniej groźna w skutkach i nie aż tak bolesna. W każdym razie po tej stracie musiałem dorosnąć, pójść do pracy i zająć się moim bratem. Wstawałem, robiłem śniadanie i wychodziłem na powolnego papierosa. Nawet nie zauważałem, kiedy wchodził do kuchni i jadł w milczeniu. Potem wychodził z domu, nawet się nie żegnając. Żadnych całusów na pożegnanie, czasem tylko zdawkowe „wracam wieczorem" lub „nie czekaj z obiadem". I wychodził, znikał na całe dnie i często nie było go ani o piętnastej, ani później. Wieczorem siedziałem sam, czekając na zbawienne szczęknięcie zamka oznaczające powrót. Dopiero wtedy mogłem odetchnąć. Z pewnym żalem wspominałem, jak tulił się do mnie jako mały chłopiec i prosił o bajkę. Teraz nie jesteśmy wstanie wartykować do siebie kilku słów ponad to, co konieczne. Nawet nie zauważyłem, kiedy przestawiliśmy się na nową rutynę, bez rodziców. Właśnie wtedy, gdy zdałem sobie z tego sprawę, w moim życiu pojawiła się pewna kobieta. Sądzę, że to była jedna z tych miłości od pierwszego wejrzenia, o ile istnieją. Byłem początkującym pedagogiem, a ona dyrektorką gimnazjum, w którym uczuł się mój brat. Szczerze mówiąc, bałem się nieco jego reakcji na wiadomości, że zamierzam objąć posadę nauczyciela. Na początku rozmowy kwalifikacyjnej spojrzałem w jej oczy i zobaczyłem silną, twardą kobietę. Potem mój wzrok zszedł na jej pokaźny biust i tam wracał przez większą cześć naszego spotkania. Imponowała mi, choć ja byłem dla niej jedynie młodzieniaszkiem, z którym można się zabawić i poczuć młodziej. Pogrążyliśmy się w rozmowie i szczerze mówiąc, miałem gdzieś, że mnie nie przyjmie. Wiedziałem, że albo ona, albo praca, była w końcu profesjonalistką. Przystałem na te warunki i dałem się ponieść temu gorącemu, zakazanemu romansowi. To był pierwszy raz, kiedy robiłem coś niewłaściwego i ostatni, kiedy nie czułem wyrzutów sumienia. Czułem wszystko poza nimi, od szczęścia i satysfakcji do żalu, że nie widzi tego mój ojciec, który zapewne dostałby zawału na taki obrót spraw. Śmiałem się w myślach do niego, czując zaciskające się wokół mnie jej silne ramiona. Nasz związek był intensywny i pozbawiony czułości jak ona sama, pełen dzikiego seksu i ostrych kłótni. Gdy mój brat nakrył nas na stole w jadalni byłem przerażony. Czułem się częściowo upokorzony, stojąc tak między jej rozchylonymi udami, ze spuszczonymi spodniami i koszulą walającą się po podłodze. On prychnął tylko lekceważąco i powiedział spokojnie:
-Dzień dobry, pani dyrektor. Miło, że poznała pani mojego brata.
Przez kilka dni nie odezwał się do mnie ani słowem, co właściwie nie powinno mi przeszkadzać, skoro wcześniej mówił z częstotliwością dwóch słów na kilka godzin. Bardziej irytowało mnie przeczucie, że się na mnie zawiódł. Nastał czas kolejnej rutyny, w której rzadko wracałem do domu wcześniej niż po kolacji. Wstawałem, robiłem śniadanie, którego on już nie jadł. Zostawało tak na stole, nietknięte. Kiedyś wywołało to kłótnię, w której spytałem się go wprost, o co mu chodzi. Gdy powoli odwrócił twarz w moją stronę widziałem wyraźnie, że więcej ma z zimnego i surowego ojca niż ze spokojnej mamy. Spodziewałem się okrutnych słów, on jednak nie powiedział nic, pozwalając wyczytać odpowiedź z jego oczu. Nigdy nie wróciliśmy do tego tematu, mimo to nadal robiłem mu te nieszczęsne kanapki, czekając aż kiedyś w końcu zapomni o tamtej sytuacji. Wychodziłem do swojej starej pracy w pobliskim barze, przez cały dzień podawałem drinki i napoje bardziej lub mniej pijanym klientom. Czasem ona przyjeżdżała pod koniec pracy swoim drogim autem i jechaliśmy gdzieś, czasem do jej domu lub po prostu do kina. Czułem, że bawiła się doskonale z dużo młodszym, przystojnym mężczyzną. Być może trwałbym tak, na wpół zakochany, na wpół zwyczajnie zafascynowany. Nadszedł jednak czas kolejnej zmiany. Właściwie to ta ostatnia rzecz wywróciła moje życie do góry nogami. Dziś sam nie mogę się zdecydować, czy żałuję tego, co się wtedy stało, czy wręcz przeciwnie.
Było już ciemno, gdy wróciłem do domu. Pociągnęła mnie do agresywnego pocałunku i po raz tysięczny poczułem zapach jej intensywnych perfum. Chwilę potem schowała się w samochodzie i pomachała mi swoją wypielęgnowaną dłonią. Zapaliłem papierosa i usiadłem na schodkach werandy. Szczerze mówiąc, wcale nie miałem ochoty wracać do domu, bez znaczenia czy pustego czy nie. W pustym było ciemno i chłodno, zaś milcząca, pełna złości obecność mojego brata wcale nie była lepsza. Wiele razy próbowałem do niego dotrzeć, chociaż sam nie miałem w sobie zbyt wiele empatii. Nie nadawałbym się na nauczyciela, skoro nie potrafiłem nawet porozmawiać z bratem. Wciąż blokowało mnie wspomnienie tej żenującej sytuacji. Dotknąłem palcami swoich ust, gdy zorientowałem się, że zostało na nich trochę czerwonej szminki. Powolnym ruchem otarłem ją i skończyłem palić. Wszedłem i zrzuciłem z siebie marynarkę, zostawiając ją równie nieporządnie jak buty. Miałem lekko chwiejny krok, kilka kieliszków wina robi swoje. Mimo, iż byłem pijany pamiętam każdy szczegół ze sceny, która rozegrała się później. Nie mam pojęcia, jak po ciemku trafiłem do kuchni i zdołałem nalać sobie szklankę wody. Oparłem się o blat i zmęczony przymknąłem oczy, gdy ciszę przerwał krzyk. Dobiegał wyraźnie z salonu, choć nieco przytłumiony. Po nim nastąpiło kilka głośniejszych westchnień i kolejny, tym razem cichszy. W tej chwili poczułem, jakby coś ostrego przebiło mi pierś. Nigdy nie wyobrażałem sobie mojego małego brata w roli kochanka. Zapewne jak każdy, nie mogłem uświadomić sobie, że rodzeństwo kiedyś dorośnie. Że także młodszy brat może mieć dziewczynę. Zawsze jawił mi się jako złośliwy, naburmuszony dzieciak. Nie potrafiłem nawet wyobrazić sobie go w związku z kimś. Owszem, wychodził na całe dnie i nie wydawał się speszony wizją seksu, ale...Był dzieckiem. Miał szesnaście lat i wciąż był dzieckiem. Odstawiłem szklankę na stół i ostrożnie ruszyłem w kierunku salonu. To, co zobaczyłem wryło mi się w pamięć, nie chcąc jej opuścić. Mój brat leżał na niskiej ławie, zlany potem, ze zmarszczonymi brwiami i nieobecnym wyrazem twarzy. Na jego biodrach siedział całkiem nagi chłopak, poruszający się na moim bracie żywo i agresywnie. W górę i w dół, mocno, z pasją. Zagapiłem się na ten ruch, na jego skupioną twarz i zaciśnięte zęby. Na rozrzucone w nieładzie blond włosy, na zaciśnięte kurczowo powieki i zroszoną potem skórę. Był tak piękny, jak nigdy nie była ona. Krzyczał i jęczał już głośno, czasem odrzucając głowę do tyłu i zaciskając dłonie na koszuli mojego brata. Ten wił się pod nim i dyszał. Dla nich byli tylko oni sami i nic poza tym, w tej chwili nie liczył się bierny świadek tego zdarzenia. Do czasu, gdy niebieskie oczy nieznajomego spotkały się z moimi. Zamglone, piękne i przerażająco niebieskie. Serce stanęło mi na ten krótki kontakt, tak gorący i niepokojący, jak nic w moim dotychczasowym erotycznym życiu. W ostatnim, przerwanym krzyku chłopak wygiął się w piękny łuk. Mój brat zacisnął dłonie na jego biodrach i docisnął go lekko by także skończyć. Blondyn oddychał głośno, po czym pochylił się nad swoim kochankiem i szepnął mu coś do ucha. Brat drgnął i delikatnie ściągnął go z siebie, wychodząc z niego powoli. Wyraźnie widziałem stróżkę białego płynu spływającą po wnętrzu nóg blondyna. Odwrócił się i właśnie to jego spojrzenie obudziło mnie z szoku. Było obojętne i spokojne, może lekko drwiące. Blondyn chwycił leżącą na ziemi koszule i opatulił się w nią, czekając na jakąś reakcję. Wyglądał na zmieszanego, ale ze pewnym spokojem wtulił się w mojego brata. Wyglądali razem dziwacznie, jak dwa negatywy.
- Dobry wieczór, Itachi- głos brata był wyraźnie kpiący i wyzywający- Coś nie tak?
Oparłem się o próg i bez słowa wpatrywałem się w osobę, której jak się okazało, nie znałem w ogóle. Nie wiedziałem nawet, z kim sypia, czy jest szczęśliwy. Tak, jakbym żył ze wspomnieniem a nie z prawdziwym człowiekiem. W tej chwili jednak większą część moich myśli zajmował jego towarzysz. Wpatrywał się we mnie nieprzerwanie, przylegając do pleców mojego brata i kładąc mu głowę na ramieniu. Widziałem go po raz pierwszy, tego byłem pewien. Nie zapomniałbym o takich oczach. I nawet nie chodziło o to, że były szczególnie piękne, po prostu ich wyraz miał w sobie więcej namiętności niż cokolwiek innego.
- No tak, wy się nie znacie- tu uśmiechnął się krzywo- to jest Naruto, mój...partner.
Dziwnie było słyszeć to imię i znosić jego uporczywe spojrzenie. Chłopak uśmiechnął się, jednocześnie przerywając kontakt wzrokowy.
- Sasuke, musimy porozmawiać na osobności.
To były moje pierwsze słowa odkąd wszedłem do domu, pierwsze, jakie udało mi się w ogóle wykrztusić. Sam w tej chwili nie wiedziałem, co właściwie mógłbym mu powiedzieć. Nie miałem prawa głosić mu pouczających kazań, wyrzucać niczego, w końcu sam nie byłem święty. Zdawałem sobie doskonale sprawę, że szybko wykorzystałby moje słowa przeciw mnie.
- A co jest aż tak prywatne, że nie możesz powiedzieć mi tego teraz?- Sasuke zaśmiał się lekko, uwalniając się z uścisku blondyna i wstając powoli- No dalej, braciszku.
Stał przede mną nagi, jedynie w samej koszuli. Nie wyglądał na skrępowanego czy zażenowanego, że widziałem jak ujeżdża go jego chłopak. Nie znałem go takiego, tak spokojnego i pewnego siebie. Zawsze jawił mi się jako zakompleksiony i zamknięty w sobie a nie arogancki.
- Ta twoja stara skończyła się bawić ze swoim pieskiem? Jaka szkoda, na pewno jest ci przykro- stwierdził z fałszywym smutkiem i chwycił spodnie- Może powinienem cię jakoś pocieszyć?
Nie zagregowałem na tą zaczepkę i przeniosłem uwagę na Naruto, który w ciszy zdążył już się ubrać. Rzucił ostatnie spojrzenie na Sasuke i wyminął go. Wychodząc otarł się o mnie i sam nie wiedziałem w tym momencie, czy specjalnie, czy przypadkowo. Czułem jedynie, że ten dotyk posłał przez moje ciało elektryczne prądy i dał wyraźną...obietnicę. Gdy zamknęły się za nim drzwi uspokoiłem się nieco i opadłem na fotel stojący naprzeciwko.
- Co to miało znaczyć, Sasuke?- spytałem zmęczonym tonem, czując, że mam dość wrażeń jak na ten wieczór.
Mój brat przez chwilę nie odpowiadał, ale niemal widziałem, jak zaczyna się wokół niego zbierać złość. Atmosfera się zagęściła i wiedziałem już, że to nie skończy się polubownie.
- Co to miało znaczyć? Myślałem, że masz w tym spore doświadczenie, o ile pamiętam- powiedział przez zaciśnięte zęby- Ty jakoś mogłeś sobie pieprzyć tą starą dziwkę na naszym stole, więc co się jeszcze pytasz.
- Ja jestem dorosły, nie zapominaj o tym. Ty jesteś jeszcze dzieckiem i jak mniemam, on także- starałem się być spokojny, jednak głos mi drżał. Nadal nie mogłem dojść do siebie po tym dziwacznym obrazku, jaki ujrzałem przez przypadek. Zawiodłem jako opiekun. Zawiodłem jako brat.
- Ach tak? Chyba sam przed chwilą widziałeś, że już nie jestem dzieckiem- powiedział z przekąsem i wyraźnie czułem jego spojrzenie na sobie- A o niego się nie martw.
- Kim on jest? Kolega ze szkoły? Przyjaciel? Dziwka?
Sasuke uśmiechnął się niepokojąco i przeczesał nonszalanckim ruchem spocone włosy.
- Wszystko po trochu, braciszku. Znam go ze szkoły, jest moim przyjacielem i pieprzy się jak zawodowa dziwka. Tyle wystarczy?
Mówiąc szczerze, odebrało mi mowę. Całkowicie. Nie ważne, kiedy by mi to powiedział, zawsze zareagowałbym tak samo. Siedziałem na tym starym, pamiętający czasy moich dziadków fotelu i nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Sasuke uśmiechnął się ponownie tym samym sarkastycznym uśmiechem. Gdy wychodził, dodał jeszcze cicho:
- Aha, zapomniałbym. Spojrzysz choć raz w jego stronę, w ten sposób, a zabiję cię.
Powiedział to tak zimnym i zdecydowanym tonem, że byłem pewny, iż nie żartuje. Siedziałem tam całą noc.
Atmosfera po tym zdarzeniu była gęsta i nieprzyjemna, co działało mi na nerwy. Nigdy nie było tak źle. Dawniej po prostu milczeliśmy, czasem w powietrzu zawisł jakiś milczący wyrzut i na tym się kończyło. Teraz nie mogłem odpędzić się od ostrego spojrzenia brata i jego zimnego wyrachowania. Myślę, że sprawiało mu przyjemność patrzenie, jak się męczę. Na porządku dziennym były drobne, nic nieznaczące złośliwości i lekceważenie. Zdarzało się, że uciekałem w ramiona mojej kochanki, jednak to przestało mnie zadowalać. Denerwował mnie jej ostry, piżmowy zapach, jej krwistoczerwona szminka i wypielęgnowane paznokcie. Zaciskałem oczy, wchodząc w nią i nie otwierałem ich aż do końca, gdy opadałem na poduszki. Ona za to zrobiła się coraz bardziej nachalna. Kiedyś po całej zabawie całowała mnie tylko zdawkowo, wstając i ubierając się. Teraz każdy jej pocałunek był długi i przeciągał się w nieskończoność, chociaż kilka miesięcy temu dałbym się za to pokroić, teraz miałem ochotę ją odepchnąć. Coś wyraźnie przestało mi w niej pasować. Zacząłem się na tym głębiej zastanawiać i znalazłem kilka nieprzyjemnych faktów. Kiedyś bardzo odpowiadała mi jej fizyczność. Odzwierciedlała jej charakter- silna i twarda kobieta. Pełne kształty i szybkie, zdecydowane ruchy. Jedynie długie, jasne włosy nieco łagodziły ten wizerunek Jak na swój wiek była piękna i trzymała się znakomicie. W sferze erotycznej była dominująca i miała spore doświadczenie, co wprawiało mnie w niemałe zawstydzenie. Dziwaczne, perwersyjne pozycje i zabawki często pojawiały się w naszej alkowie. Nie nudziłem się z nią, tego nie mogłem powiedzieć. Czasem śmiałem się, że gdyby miała wybór, byłaby facetem. Mimo to nauczyłem się od niej wiele i byłem jej za to wdzięczny. Lubiłem ją, byłem nią zafascynowany. I tyle. To, co zdawało się być miłością było jedynie fascynacją i poszukiwaniem czegoś innego. Zacząłem się zastanawiać, czego tak naprawdę poszukuję. To jawiło się gdzieś w oddali tunelu, zamazane i niepewne. Przestała mi odpowiadać masywność jej ud, wielkość jej piersi i chropowatość skóry. Cóż, tłumaczyłem to sobie potrzebą każdego faceta, by mieć coraz to młodsze partnerki. Jakby tego było mało, pozostawała kwestia jej uczuć. Na samym początku znajomości to ona podkreślała, że to tylko seks, raniąc moje uczucia. Teraz zaczynała się zachowywać jak zakochana nastolatka, sprawiając mi kosztowne i zawstydzające prezenty. Zacząłem się dusić w tym związku i jedynie z sympatii do niej nie mówiłem nic. Nadal nurtowało mnie jednak pytanie, dlaczego tak nagle? Dostałem na nie odpowiedź dopiero, gdy w naszym domu ponownie zjawił się Naruto. Mojego brata nie było w domu, a on spokojnym, wdzierającym mi się w najdalsze zakątki mózgu głosem stwierdził, że na niego poczeka. Doskonale pamiętam jak usiadł na stole w kuchni i spojrzał na mnie wyzywająco, jakby czegoś oczekiwał. Ja po prostu stałem, nie umiejąc nawet zaproponować mu herbaty czy czegokolwiek innego. Czułem się przy tym chłopcu skrępowany jak przy nikim innym.
- Jeśli chodzi o tamten wieczór, to mam nadzieję, że pan się nie gniewa- stwierdził swobodnym tonem i zamachał nogami w powietrzu- Sasuke mówił, że wróci pan dopiero następnego dnia.
Zdaję sobie sprawę, że powinienem w tym momencie powiedzieć mu wiele rzeczy. Począwszy od tego, że on i mój brat to jeszcze dzieci, że nie powinni robić tego tak wcześnie i nie w taki sposób. Wystarczyło jednak jedno moje spojrzenie na krótkie, odsłaniające szczupłe uda szorty, bym zaniemówił. Naruto wpatrywał się w mnie z zadziornym uśmiechem, wymacując nogami. Obserwowałem przez chwilę jego delikatne łydki i stopy odziane w brudne tenisówki.
- Nie mów do mnie „pan", tylko Itachi- powiedziałem tylko tyle, po czym podszedłem do stołu i odwróciłem się do niego plecami, bezgłośnie modląc się o przyjście Sasuke- Chcesz czegoś do picia?
- Jasne, masz sok pomarańczowy?- spytał, zsuwając się z stołu i po chwili siadając na blacie szafki, tuż obok mnie- A może masz coś słodkiego?
Spojrzałem w jego stronę, starając się odczytać te dziwne intencje. Jego uśmiech był nieodgadniony i niósł w sobie coś niepokojącego. Dopiero teraz przyjrzałem się dziwnym bliznom na jego policzkach. W przytłumionym przez zasłony świetle nadawały mu jeszcze niebezpieczniejszy wygląd.
- Jak się poznaliście z moim bratem?- spytałem, chociaż wcale nie chciałem tego słuchać. Mimowolnie zerknąłem na jego dłonie spoczywające na niebieskim blacie.
- Normalnie, jak zwykle. Chodzimy to tej samej klasy, jeśli nie wiesz. Zaprzyjaźniliśmy się i zostaliśmy parą. Tyle- stwierdził i podrapał się po nodze, nieświadomie znów zwracając na nią moją uwagę.
- Naprawdę? - spytałem obojętnie, wyciągając z lodówki galaretkę- Ładna historia.
- Tyle, że to gówno prawda- spojrzałem na niego zdziwiony a on tylko z uśmiechem wzruszył ramionami- Nienawidziliśmy się, jak pies i kot. Nie ma, o czym gadać- zsunął się z blatu i podszedł do stołu.
Nie miałem odwagi zerknąć na jego pośladki, choć nie wiem jak bardzo miałem ochotę. Każda część tego chłopaka była dla mnie idealna, począwszy od zakrytych stóp do ostatniego kosmyka jasnych włosów. Z westchnieniem chwyciłem pucharek z deserem i położyłem go na stole. On wybrał akurat ten moment, by chwycić łyżeczkę i drugi raz poczułem jego skórę na swojej. Tym razem dreszcz byli intensywniejszy i spotęgowany jego spojrzeniem. Szybko odsunąłem rękę i usiadłem naprzeciw niego, czując, że od dawna nie stałem się twardy od samego patrzenia. Na dodatek tak ukradkowego i niepewnego. Naruto uśmiechnął się ponownie, po czym zanurzył łyżkę w deserze i zaczął jeść. Znalazłem dogodną pozycję, by z niczym się nie zdradzić i starałem się nie patrzeć na niego. Na jego język, usta i wzrok. Sam nie wiedziałem, czy to była prowokacja czy robił to nieświadomie, ale szczerze mówiąc, nie mogłem jasno myśleć w tej sytuacji.
- Muszę do toalety, wybacz- wiedział, że brzmi to żałośnie, ale nie miał wyjścia.
Chwilę później szczytując, wiedziałem, że pożądam tego chłopca bardziej niż kogokolwiek innego. Zaczarował mnie spojrzeniem niebieskich oczu, wtedy, tego przeklętego wieczora. Mogłem zgodzić się na jej propozycję i zostać w hotelowym pokoju, z dala od tego wszystkiego. Spędziłbym noc w jej silnych objęciach i nadal latałbym za nią jak zakochany szczeniak. Wtedy być może poznałbym go w innych okolicznościach i nie zdołałby rzucić na mnie tego przeklętego uroku. Wiedziałem jednak, że co się stało, to się nie odstanie i musiałem to zaakceptować. Czułem się brudny, przecież to było jeszcze dziecko. Ja byłem dorosłym mężczyzną. To nie mogło się dobrze skończyć.
Oczywiście, gdy się myśli, że nic więcej nie może się zdarzyć, pojawia się kolejny problem. W pewnym sensie powinienem się tego spodziewać, w końcu zachowanie mojej kochanki mogło wskazywać na coś podobnego. Mimo to byłem zaskoczony i przerażony.
Pewnego wieczoru odwiedziliśmy uroczą kawiarenkę i usiedliśmy przy witrynie, tak, jak lubiła. Ja wolałem bardziej ustronne miejsca, ale jak zwykle ustąpiłem. Była dziwnie ożywiona a jej oczy błyszczały niepokojąco. Zamówiła zestaw dla zakochanych, czyli dwie obrzydliwie słodkie kawy i kawałek czekoladowego torciku. Po raz pierwszy rozumiałem zniesmaczone spojrzenie kelnera i miałem ochotę stamtąd uciec. Nie pasowała mi do niej ta atmosfera słodkości i patosu, coś zdecydowanie się szykowało. W końcu uniosła zarumienioną dziewczęco twarz znad filiżanki.
- Itachi...Jesteśmy ze sobą sporo czasu i stanowimy zgodną parę- zaczęła, chwytając moją dłoń w swoją- Dlatego zamierzam jakoś to utrwalić- wypaliła, uśmiechając się lekko.
- S-słucham?- wyszarpnąłem rękę z jej uścisku i spojrzałem na nią zaskoczony- Co masz na myśli?
- Jeszcze pytasz, kotku? Zamierzam rozwieść się z Jiraiy'ą i wyjść za ciebie- westchnęła głośno- Od dawna o tym myślałam.
- Tsunade...- nie miałem pojęcia, co powiedzieć.
- Co ty o tym myślisz- spytała z nadzieją i nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że widzę nastolatkę a nie dorosłą, rozsądną kobietę.
- Ja...-czułem, jak wzbiera się w nim panika i złość. Doskonale wiedziałem, że to niehonorowe, ale nie miałem wyboru- Oszalałaś? Sama mówiłaś, że to układ bez zobowiązań a teraz nagle chcesz się wiązać? Małżeństwo? Nie, nie ma mowy.
Spojrzała na niego zaskoczona po czym na jej twarz wstąpiła wściekłość.
- A wiec to tak? Zależało ci tylko na pieprzeniu, na niczym więcej!? A może masz inną?- spytała, nie zwracając uwagi na ludzi wokół- Ładniejsza? Młodsza?
- Nie chcę tego słuchać- stwierdziłem sucho i wstałem, zastanawiając się, gdzie podziała się ta silna, zrównoważona kobieta.
Jeszcze w drzwiach słyszałem szloch i głośne przekleństwa. Kilkoro ludzi kręciło z dezaprobatą głowami, za plecami usłyszałem „skurwysyn". Zignorowałem to i wyszedłem, czując zapach wolności.
Życie toczyło się swoim rytmem. Ignorowałem telefony od mojej byłej kochanki i starałem się nie walczyć na każdym kroku z bratem. Zmieniłem pracę, bo w starej odwiedzała mnie Tsunade, przepraszając i prosząc o nową szansę. Chciałem tylko spokoju i odpoczynku, choćby za cenę samotności. Wiedziałem, że kiedyś jej przejdzie i być może zostaniemy przyjaciółmi, jednak teraz ta sprawa była zbyt delikatna. Naruto nie przyszedł więcej po tamtej pamiętnej wizycie, ale wiedziałem, że on i Sasuke są razem. Przychodziłem do domu prosto po pracy, jak dawniej i siadywałem na kanapie. On wracał późno, czasem pijany, w różnych humorach. Zazwyczaj nosił na sobie ślady ostrego seksu. Wymiętoszona koszula, zadrapania na szyi i zagubiony pasek od spodni- wtedy wiedziałem, że był z Naruto. W chwilach, gdy moje myśli biegały luźno i nie panowałem nad nimi, chciałem być na jego miejscu. Chciałem posiadać tego niepokojącego blondyna i pragnąłem go coraz bardziej, mimo, iż spotkałem go zaledwie dwa razy. Te spotkania tak wryły mi się w pamięć, że pojawiały się w snach, w coraz to nowszych wydaniach. Kiedyś z takiej sennej mary obudził mnie potężny cios w twarz a potem w brzuch.
- Czy ja ci skurwielu nie mówiłem, że on jest mój!?- lekko drżący, pijany krzyk Sasuke wyciągnął mnie z kolejnego erotycznego snu- Powiedziałem, spojrzysz na niego jeszcze raz, to cię zabiję- wysyczał, wstając ze mnie i prostując się na podłodze.
Był wściekły, pijany i nienawistny. Przez mgiełkę bólu widziałem jego błyszczące żądzą mordu i obsesją oczy. Na ręce miał moją krew, co jeszcze bardziej spotęgowało dziwny obraz. Dysząc ciężko podniosłem się i zgiąłem w pół, nadal na niego patrząc.
- Wybacz, Sasuke- nie wiedziałem, co powiedzieć w tej sytuacji, doskonale zdawałem sobie sprawę, że byłby zdolny mnie wtedy zabić. Za jedno, wyszeptane w gorączce zmysłów imię.
- Zapamiętaj, psie. Dotkniesz go choćby palcem, to nie zawaham się przed niczym- stwierdził po chwili cicho, złowieszczym tonem- Nic dla mnie nie znaczysz.
To bolało. Wyszedł, trzaskając drzwiami a ja zostałem tam sam, cały we krwi i złamany przez własnego brata. Całkiem sam.
Napięcie w domu nie powiększyło się znacznie, wyglądało na to, że Sasuke nie pamięta wiele ze swojego pijanego amoku. Ale ja pamiętałem doskonale te nienawistne słowa, które na stałe wryły mi się w pamięć. Nic nie znaczę dla własnego brata. Starałem się o tym nie myśleć, gdy siedziałem z poranną kawą i patrzyłem jak on krząta się po kuchni, przygotowując śniadanie. Spojrzał tylko dziwnym wzrokiem na moje opatrunki i wrócił do robienia kawy. Przymknąłem powieki i mimowolnie nasunął mi się obraz niebieskich oczu, patrzących na mnie z tą erotyczną siłą jak wtedy, podczas naszego pierwszego spotkania. Siedziałem tak ze stygnącym napojem w dłoniach i czując, że nie mogę przestać o nim myśleć, choćbym chciał.
- Mówiłem poważnie.
Cichy szept Sasuke był jak zimny prysznic. Rzucił mi ostatnie, ostrzegawcze spojrzenie, po czym skierował się do wyjścia.
- To przecież tylko zwykła dziwka- sam nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Zatrzymał się w progu. Widziałem, jak jego sylwetka jeszcze bardziej zesztywniała- prowokował mnie, powinieneś o tym wiedzieć.
Sasuke odwrócił się powoli z zimnym wyrazem twarzy, którego ja nigdy nie potrafiłem opanować tak dobrze jak on. Uśmiechnął się szyderczo.
- Wiem o tym. On po prostu się tobą bawi, nie rozumiesz? Dla niego jesteś niczym, dla wszystkich jesteś zerem. Nawet ta twoja stara suka ma cię tylko za zabawkę do łóżka- stwierdził, uśmiechając się kpiąco i ponownie kierując się do wyjścia- i nie próbuj znowu nazywać go dziwką, bo z was dwóch to ty nią jesteś.
Wyszedł, ponownie zostawiając mnie ze swoimi myślami i obrazem sprawcy całego tego zamieszania.
Godzinę później żałowałem, że nie powstrzymałem języka za zębami. Wiedziałem, że sytuacja nigdy nie była tak napięta i pełna złości, na jaką zapowiadało się po powrocie. Nie powinienem był mówić tego wszystkiego. Nigdy nie traciłem nad sobą kontroli, z drugiej jednak strony wcześniej nie spotkałem się z czymś takim. Gdy wróciłem z pracy i chciałem swoim zwyczajem zapalić na werandzie coś mnie powstrzymało. Mianowicie na ławce czekała na mnie niespodzianka. Miałem wrażenie, że z każdym naszym spotkaniem jest coraz bardziej pociągający i niebezpieczny. Był ubrany w żółty płaszcz przeciwdeszczowy i swoje zniszczone trampki. Uśmiechał się w ten swój zadziorny sposób.
- Cześć- powiedział głosem, który w snach doprowadzał mnie do granic podniecenia- Sasuke jeszcze nie ma, więc czekam.
Wszystko, co usłyszałem od Sasuke, że Naruto jedynie się mną bawi, że nic dla niego nie znaczę, odeszło w niepamięć na widok tych oczu. Mógłbym usłyszeć sto takich nienawistnych wypowiedzi, a chwilę potem gotów byłbym oddać życie za noc w tych drobnych ramionach.
- Tak, rozumiem- powiedziałem, chowając papierosy z powrotem do kieszeni- Chcesz wejść?
Kiwnął głową i podążył za mną, ściągając płaszcz. Nieomal nie zachłysnąłbym się powietrzem ni widok tego, co pod nim miał. Odwróciłem się, by dokładnie widzieć czarną, rozkloszowaną sukienkę z czerwoną kokardą. Była urocza i...pasowała do niego w pewnie dziwaczny sposób. Uśmiechnął się zadziornie.
- Podoba ci się? Sasuke lub, gdy ja zakładam- powiedział, okręcając się dookoła.
- Jest ładna- stwierdziłem sucho, po czym zaprosiłem go do kuchni.
Usiadł na blacie, tak jakby nie uznawał obecności krzeseł. Starałem nie patrzeć się na jego nogi. Nie minęła chwila, gdy usłyszeliśmy szczęknięcie zamka i do pokoju wszedł mój brat. Rzucił klucze na szafkę i zmarszczył brwi, spoglądając to na mnie, to na Naruto. Chłopak roześmiał się głośno i podbiegł do Sasuke. Objął go nogami w pasie a ramionami za szyję, namiętnie całując. Ten odwzajemnił uścisk i pogładził go po plecach. Odwróciłem wzrok, nie mogłem na to patrzeć.
- Co ty tu robisz...w tym?- spytał mój brat, wskazując ruchem głowy na sukienkę- I z nim?
Naruto nachmurzył się lekko i złożył ręce na piersi.
- No fajnie, ja ci tu szykuje niespodziankę, ten teges, a ty to olewasz- stwierdził udając obrażonego, po czym ponownie usiadł na stole- Draniu, chyba dzwoni ci dzwoni telefon.
Sasuke wywrócił oczami i rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie, po czym wyszedł z pokoju. Spojrzenia moje i Naruto od razu się spotkały, jakby doskonale wiedziały, gdzie i kiedy. Chłopak gestem ręki pokazał, że chce, bym do niego podszedł. Zupełnie bezwiednie wykonałem nieme polecenie. Podszedłem na tyle blisko, by czuć jego oszałamiający zapach i na tyle daleko, by jeszcze utrzymywać nad sobą kontrolę.
- Zamierzam tu dzisiaj nocować- stwierdził poważnym tonem, łapiąc mnie za kołnierz koszuli. Dreszcz przebiegł wzdłuż mojego ciała- O pierwszej w nocy, tutaj. Sami- ostatnie wyszeptał, łapiąc mnie za krawat i owiewając mi ciepłym oddechem twarz. Odepchnął mnie lekko i wyszedł, zostawiając z masą wątpliwości, pytań i pulsująca erekcją.
Z bijącym sercem spoglądałem na zegarek, jednocześnie słysząc jednoznaczne hałasy z pokoju Sasuke. Nie mogłem myśleć o tym spotkaniu i jednocześnie słuchać jego krzyków, dlatego zacisnąłem poduszkę na głowie i próbowałem zasnąć na krótko. Z pół snu obudziłem się samoistnie, wstając niepewnie i zakładając szlafrok. Schodziłem po tak dobrze mi znanych schodach podniecony, jakby to miał być mój pierwszy raz. Oczywistym dla mnie było, że to była obietnica seksu, niczego innego. Nie kochałem go, jedyne czego pragnąłem to jego ciało. Sasuke go kochał, a on odwzajemniał to uczucie. Ja po prostu chciałem ze wszystkich sił się w nim znaleźć i zostać tam, na wieczność. Przekroczyłem próg z bijącym sercem, które stanęło na chwilę. Nie było go tam, nie siedział na stole, nonszalancko oparty i wyzywający. Na jasnym blacie leżały jedynie dwie puste filiżanki. Nic poza tym. Westchnąłem rozczarowany i usiadłem na krześle. Oparłem się o blat i czułem się całkiem pokonany. Wszystko co mówił mój brat okazało się prawdą, być może nawet teraz się z niego naśmiewają. Przybrałem zimną minę i wyprostowałem się na krześle, gdy usłyszałem kroki bosych stóp. Dreszcz ponownie tego dnia przeszedł moje ciało. Stał w progu, w uroczej, damskiej halce sięgającej do połowy ud. Przechylił głowę uśmiechając się zachęcająco. Chwilę potem leżał już na stole przyciśnięty przez moje rozgrzane ciało.
- Co tak ostro, Itachi?- zaśmiał się, przegryzając w podniecającym geście wargę- Mamy czas.
Warknąłem coś cicho i pocałowałem go po raz pierwszy. Jego usta był tak delikatne, jak sobie wyobrażałem za każdym razem. Oplótł mnie nogami a ja westchnąłem mimowolnie.
- Sasuke śpi? - spytałem, gdy schodziłem ustami na jego ciepłą, promieniującą zapachem skórę- jesteś pewien?
- Nie przyjdzie, nie stresuj się tak- wyszeptał, gładząc go po plecach- teraz masz się zająć tylko mną, nie nim.
Zapatrzyłem się na jego figlarny uśmiech, po czym pochyliłem się ponownie nad jego ustami.
- Postarasz się być cicho?
- Tak. Będę cichutki jak mysz pod miotłą- wyszeptał oblizując wargi.
Uśmiechnąłem się lekko i podwinąłem jego halkę. Nie miałem zamiaru się z nim teraz bawić, po prostu chciałem być w nim, teraz.
- SAAAASSSUKE!
W pierwszej chwili nie miałem pojęcia, co tak właściwie się stało. Dopiero pełen dziwnej, złośliwej satysfakcji uśmiech Naruto otrzeźwił mnie i mój umysł. W oddali słyszałem tupot nóg na schodach. Poczułem przerażenie i chciałem się wycofać, gdy silne nogi oplotły mnie w zabójczym uścisku.
- Mam cię, kotku- wysyczał i w jednej chwili zmienił wyraz twarzy na zrozpaczony, z jego oczu pociekły fałszywe łzy.
Do kuchni wpadł Sasuke, wciąż w piżamie i z lekko zaspanym spojrzeniem. Jego wzrok omiótł całą scenę, włącznie ze mną między nogami Naruto. To była chwila i już leżałem na ziemi, atakowany jego pięściami. Tym razem próbowałem się bronić, zaciskając dłonie na jego ramionach i szarpiąc się z nim. Naruto mówił coś, byśmy przestali, ale cała złość i rozczarowanie wypłynęło ze mnie w tej chwili. Rozgoryczenie, że moje starania co do odbudowania naszych więzi zawsze spotykały się z lekceważeniem i agresją. Że tak bardzo mnie nienawidził, za jego raniące słowa. Biliśmy się, dopóki on nie wyciągnął znikąd noża. Potem zapadła ciemność.
Obudziłem się w jasnym, przyjaznym pokoju. W szpitalnym łóżku, z brzęczącą aparaturą tuż przy szafce nocnej. Nie wołałem pielęgniarki, po prostu wpatrywałem się w sufit, próbując jakoś ogarnąć cały bałagan w mojej głowie. Przypominałem sobie wszystko po kolei, każdą minutę wczorajszego dnia. Kłótnia z Sasuke rano, praca, powrót, Naruto w sukience, prośba o spotkanie, gorące pocałunki i...Ciosy na twarzy, w brzuch, gdziekolwiek. Własny brat. Zacisnąłem powieki i pokręciłem głową, starając się o tym nie myśleć. Dopiero po chwili zauważyłem, że kolo mojego łóżka ktoś siedzi. Spodziewałem się tam każdego, tylko nie jego. Naruto z chłodną, obojętną miną obserwował moją reakcję.
- Nic ci nie jest, wyjdziesz z tego- powiedział wzruszając ramionami- Pewnie chcesz wiedzieć, po co to zrobiłem.
Nie odpowiedziałem, ale z łatwością można było się tego domyślić z mojego wzroku.
- Przeszkadzałeś. Sasuke cię nienawidził a ja wraz z nim. Dlaczego ja też? Tak jest, kiedy się kogoś kocha, stajemy się jedną duszą, prawda?- spytał, uśmiechając się nie w swoim stylu, szyderczo- Zwyczajnie chciałem się ciebie pozbyć, a wykorzystanie twojej...słabości do mnie było bardzo łatwe. Nie chciałem cie zabić, nie jestem mordercą. Myślę, że takie coś wystarczy byś dał nam spokój.
Przymknąłem powieki, zmęczony wszystkimi wrażeniami. Nie bardzo dochodziły do mnie jego słowa, pragnąłem spokoju, jednak była jeszcze jedna rzecz, która mnie męczyła.
- Dlaczego on mnie nienawidzi..?- spytałem, siląc się na spokój.
Po raz pierwszy zobaczyłem Naruto wściekłego. Zmarszczył gniewnie brwi i powiedział:
- A gdzie ty byłeś, gdy Sasuke cię potrzebował? Wiesz, że po szkole nie mógł sobie znaleźć miejsca i chodził po najgorszych dzielnicach? Zdajesz sobie sprawę, ile razy płakał za rodzicami? Dlaczego nie robił tego w ramionach brata tylko w moich? - powiedział wpatrując się w mnie ze złością- Gdybyś wtedy nie zajął się tą starą wiedźmą, może byś go zauważył.
Ostanie wypowiedział ciszej i na powrót stał się spokojnym, delikatnym blondynem, którego znałem.
- Wyjeżdżamy stąd, dom zostawiamy tobie- powiedział, po czym wstał szybko i miał wyjść, gdy chwyciłem machinalnie jego rękę.
- Pocałuj mnie ostatni raz- wyszeptałem, nie myśląc wcale nad sensem swoich słów, płynących prosto z serca.
Spojrzał zaskoczony i stał tak przez chwilę, jakby bił się z swoimi myślami. W końcu jednak pochylił się nade mną i złożył na moich wysuszonych ustach powolny pocałunek. Wieczność później wstał i z niewyraźną miną otworzył drzwi. Wyszedł, zostawiając mnie sam na sam z moimi dziwnie spokojnymi myślami. Płynęły powoli i zrezygnowałem wtedy z mobilizowania ich, by ułożyły się w spójną całość. W tej chwili nie miałem ochoty na rozstrzyganie tego, czy owe dziwne spotkanie w pewnie lipcowy wieczór było dobre, czy nie. Teraz czułem tylko ślad miękkich warg i wiedziałem, że czar niebieskich oczu wciąż na mnie działa.
Koniec.
Uwaga!
Mam nowego bloga, na którym tłumaczę doju ;D Taki eksperyment.
Oto on: tłumaczenia by mangekyo
Witam (po długiej przerwie)!
W tym tekście przyjrzałam się Iruce i jego matczynym skłonnościom^^. Nigdy jakoś nie pociągało mnie KakaIru, ale lubię postać Umino, to taki fajny wujaszek, który zawsze pomoże i choć trochę nadopiekuńczy, to jednak kochany. Wiem, że w tym fanfiku trochę za dużo jeżdżą taksówkami i skąd taki nauczyciel ma na to pieniądze, ale co tam ;P. Musiałam się trochę rozruszać po długiej przerwie, wybaczcie małe tempo i lekki cukier ziejący od tego tekst. Nie raz już tak pisałam, prawda?
*wybaczcie, mój word bywa dziwny, powtarza bez powodu wyrazy i potem wychodzą jakieś bzdety w stylu: Sasuke poszedł Sasuke. Ech...
Zapraszam serdecznie na mój nowy tekst ;D.
Tytuł: Kaprys
Paring: Iruka+ postać moja, KakaIru, SasuNaru
Rodzaj: Raczej komedia.
Iruka postanowił mieć dziecko.
Idea ta przyszła mu na myśl niespodziewanie i jak to z takimi pomysłami bywa, wymagała szybkiego zrealizowania. Zawitała do jego umysłu nagle, między jednym łykiem herbaty a drugim. Tak naprawdę jednak to dojrzewało w nim od pewnego czasu, powoli i stopniowo. Codziennie rano, idąc do pracy przechodził przez park, w którym już zaczynały się schodzić mamy z wózkami. Gdy wchodził do szkoły, otaczało go mnóstwo dzieci i choć zdarzały się takie, które miał ochotę wysłać na najbliższe drzewo, to kochał je. Ich radosne buźki, nierzadko skrywające poczwarze oblicza, ich cienkie głosy i nieskoordynowane ruchy. To go rozczulało i upodabniało do panny w średnim wieku. Niestety, to prowadziło do częstych kpin jego szefowej, a nawet zdarzały się oskarżenia o...niezdrową miłość do dzieci. T ostatnie okazało się bolesne nie tylko psychicznie ale i fizycznie, gdy jedna z babć zaatakowała jego głowę torebką, widząc go przytulającego jej wnuka. Cóż, Iruka mimo wszystko nie zaliczał się do tej grupy a jego uczucia były czysto niewinne. A dzieci, jak to dzieci potrafią to wykorzystać. Wśród uczniów został ochrzczony na milion zabawnych sposobów, od Kwoki do zwyczajnego Wujaszka. Sam Umino nie komentował tego, choć zdążało mu się „niechcący" trafić winowajcę zeszytem. Jednak wróćmy do powodów, z których Iruka postanowił sprawić sobie nowego członka rodziny. Kiedy wracał z pracy siadywał na ławce i obserwował płaczące maluchy w piaskownicy i starszych, jeżdżących na rowerach i rzucających patykami w dziewczynki. Iruka patrzył na to wszystko z uśmiechem godnym aktorów w reklamach i rozmarzonym wyrazem twarzy. Ale nigdy nie pomyślał, by sam zatroszczyć się o taki skarb. Tak naprawdę, jego szanse na posiadanie małego urwisa były znikome. Bardzo znikome. Po pierwsze, jedyną kobietą z jaką był była jego koleżanka z pracy, twarda i autorytatywna kobieta, co poniekąd zniechęciło go do tej strasznej płci. Już jako dziecko bał się dziewczyn, które jak na złość twierdziły, że jest wyjątkowo słodki. Iruka nie raz dziękował Bogu, że tak szybko biega. Aktualnie znajdował się w nieformalnym związku z mężczyzną. Sam nie przyznawał się do tego, ale nie czuł się komfortowo w tym partnerstwie. Właściwie został w to wrobiony, a on, jak to Iruka, bał się zaprotestować. Jednak tutaj rodził się kolejny problem, mianowicie nie potrafił wyobrazić sobie swojego teraźniejszego partnera jako ojca dziecka. Kolejnym problemem było nietolerancyjność ludzi. Co będzie, gdy dziecko spytane o tatę odpowie: ale który tatuś? Irukę bardzo to martwiło i osłabiało nieco entuzjazm. Zaraz jednak przypominał sobie o wszystkich tych sierotkach, bez środków do życia, domu i wiedział, że się nie podda, choćby miał wyrzucić swojego kochanka z domu! Siedząc tak nad wystygłą filiżanką herbaty układał plan działania. Otóż wiedział już, że na zostanie biologicznym ojcem nie ma zbyt wielkich szans. Zostawała tylko adopcja. A tu pojawiała się lawina problemów, takich jak prawo, kontrole. Obawiał się także reakcji swojego lekko zbyt miękkiego serca na samotne dzieci w sierocińcu. Bal się, że żadnemu z nich nie będzie umiał odmówić, tak jak wszystkim urwisom w akademii. A co, jeśli trafi na trudne dziecko? Iruka może i kochał wszystkich milusińskich, ale miał słabe nerwy i to raczej by mu się nie udało. Przykładem jest ilość razy, gdy podnosiło mu się ciśnienie, podczas jednej tylko lekcji z Naruto Uzumakim, najbardziej żywym (aż za żywym, jak na gust niektórych) dzieckiem w szkole. To było jedyne czterdzieści pięć minut, w którym niestarannie myślał o oddzielaniu czyjejś głowy od tułowia Nie, Iruka zdecydowanie nie mógłby wziąć kogoś pokroju blondyna, nawet jeśli kochał go równie mocno jak inne. Niektórzy mówią, że czasem bardziej kocha się to, co sprawia kłopoty i Umino zgadzał się z tym. Jednak ta opcja odpadała na starcie. Dlatego postanowił wybrać się do domu dziecka najpierw sam, by rozeznać się w tamtejszych realiach. Wylał zimną herbatę i z tym jasnym postanowieniem poszedł spać. Jutro czekała go ciężka praca.
Specjalnie wziął wolne na ten dzień, by móc spokojnie dojechać na miejsce. Wyszedł z taksówki i rozejrzał się po podwórku. Było schludne i skromne, nie było widać ani biedy, ani przepychu. Przystrzyżony trawnik, kilka ławek a w oddali kolorowy plac zabaw. To zdaniem Iruki było zdecydowanym plusem, dlatego z uśmiechem udał się do drzwi. Zadzwonił i odczekał chwilę, oglądając zdobienia na budynku. Po chwili drzwi się otworzył i stanął w nich nie kto inny, tylko Uzumaki Naruto. Najpierw wybałuszył oczy a potem z radosnym wrzaskiem przytulił się do nauczyciela. Zdezorientowany Iruka delikatnie odwzajemnił uścisk, a potem odsunął od siebie chłopca.
- Naruto, co ty wyprawiasz?- spytał, klęcząc przy nim i patrząc w radosne oczy- Co ty w tutaj w ogóle robisz? To w tym sierocińcu mieszkasz?
Blondyn uśmiechnął się jeszcze szerzej, po czym wskazał na walizkę w swojej dłoni. Iruka nie zauważył jej wcześniej. Była mała, dziecinna, w szkocką kratę z gdzieniegdzie przylepionymi naklejkami.
- No mieszkałem, ale mnie kupili, ten teges- potrząsnął bagażem i przybrał poważną minę- znaczy prawie, bo jeszcze mają się zastanowić, ale ja już wolałem na nich poczekać gotowy!
Umino odwzajemnił uśmiech i poczochrał włosy podopiecznego. Ten chłopak go rozbrajał, bez względu na to, jak starał się być poważny.
- A ty co tu robisz? Chcesz kogoś kupić?
- Naruto...- zaczął poważnym, mentorskim tonem- dzieci się nie kupuje, tylko adoptuje. Poza tym, jestem tu w sprawach służbowych...
Sam nie wiedział, czemu nie mówi prawdy. Może zwyczajnie się wstydził. Jedyną osobą, której przedstawił pomysł adopcji była jego matka. Ta stwierdziła, że padło mu na mózg i ogólnie dostał szajby. Gdy mięła już pierwsza złość, stwierdziła, że andropauzę można leczyć oraz, że ten pomysł jest jeszcze głupszy od wszystkich jego poprzednich. Oraz że jest taki sam jak ojciec, i wiele, wiele innych. Po tej rozmowie Umino był naprawdę załamany i tylko pokrzepiające, choć nieco kąśliwe słowa Kakaschiego, kolegi z pracy, pomogły mu dojść do siebie.
- Aha. Szkoda, bo kilka osób by się ucieszyło mając takiego miękkiego tatuśka- powiedział Naruto z wrednym uśmieszkiem i dotknął krawata nauczyciela- ale się wyeleganciłeś, nie powiem, no, no.
Iruka zmarszczył gniewnie brwi i pokręcił głową.
- Ty lepiej powiedz mi, gdzie jest sekretariat, mały urwisie.
Naruto zrobił minę, jakby się zastanawiał, po czym przesunął sobie ręką po włosach. Umino dopiero teraz zauważył, że nie tylko on postarał się dobrze dziś wyglądać. Chłopiec miał na sobie białą koszulę, ciemne spodnie i nieudolnie nałożony na włosy żel. Jego zawsze roztrzepana fryzura wyglądała dziwnie, poskromiona i uległa, gładko przylegająca, choć i tak kilka kosmyków nie poddał się mocy kosmetyku. Uzumaki zauważając spojrzenie skrzywił się.
- Wiem, wyglądam jak debil, ale ta wredna staruch kazała mi się tak ubrać i w ogóle. Ten kretyn Sasuke mało się nie posikał jak mnie zobaczył, też coś, zazdrości po prostu, sam by chciał tak wygląda...
- Naruto!- zagrzmiał Iruka, przerywając bezsensowną paplaninę- Pokażesz mi ten sekretariat czy nie?
Naburmuszony Uzumaki odwrócił się na pięcie i wszedł z powrotem, zapominając nawet o swojej walizce.
- Przez ciebie przyjadą tu moi przyszli rodzice a mnie tam nie będzie, a wtedy co? Będziesz miał mnie na su...- nie skończył, bo Iruka wcisnęła mu w dłoń jego zgubę. Mruknął coś jeszcze pod nosem, po czym ruszyli korytarzem.
Żaden z nich się nie odzywał. Nie tylko dlatego, że Naruto zdawał się być śmiertelnie obrażony, ale także z powodu coraz większego stresu Umino. Czuł, jak w gardle rośnie mu gula, większa i większa. Co odpowie na trudne pytania, takie jak o partnera życiowego? Ja ma powiedzieć, że żyje z mężczyzną? Nie martwił się o to, jak przyjmą go dzieci. Był osobą kontaktową i nie sprawiało mu problemów zjednywanie sobie małych serc. Ach, gdyby tylko nie było tych wszystkich formalności! Gdyby dzieci, jak to określił Naruto, po prostu się kupowało. Gdy pomyślał jednak o zboczeńcach i psychopatach i o tym jak łatwo byłoby takiemu komuś dostać dziecko, uznał to za kiepski pomysł.
- To tutaj- powiedział Uzumaki burkliwie, po czym odwrócił się plecami do mężczyzny.
Iruka zaśmiał się na taką reakcję. Wziął głęboki oddech i zapukał w pomalowane zielona farbą drzwi.
- Słucham?- chwilę później pojawiła się w nich miło wyglądająca, krótkowłosa brunetka- Jest pan od tych z firmy remontowej?
- Nie...- zaprzeczył, spoglądając nerwowo na chłopca stojącego nieopodal i mając nadzieję, że nie usłyszy- jestem tutaj w sprawie dziecka.
Kobieta machnęła dłonią i uśmiechnęła się.
- Przepraszam, mieli pojawić się dzisiaj i ciągle ich nie ma. Był pan umówiony z panią Tsunade?
Iruka kiwnął głową i obserwował, jak jego rozmówczyni znika z powrotem w pokoju.
- Ha! Czyli jednak pan tu jest po jakiegoś bachora, tak?! Ja nie mogę, nie można było tak od razu- Naruto zaśmiał się i złośliwie zagrał na nosie- teraz będziesz prawdziwą mamusią normalnie. Jak ma na imię tatuś? Kakashi?
Umino już miał krzyknąć, że jest bezczelny, że Kakashi to tylko kolega z pracy oraz wiele innych rzeczy, gdy z pokoju wyłoniła się postawna blondynka. Spojrzała na Irukę a potem na blondyna i złożyła ręce na biodrach.
- Gdzieś ty miał być, smarku?! Powiedziałam, siedź cicho w pokoju i jak cie zawołam to dopiero wyjdź- krzyknęła, a Umino był pod wrażeniem siły jej głosu i autorytetu.
Były jednak osoby, które lekceważyły autorytety i ogólnie nie robiły one na nich wrażenia i takim kimś był Naruto. Wystawił kobiecie język i potrząsnął walizką.
- Mam nadzieję, że moi RODZICE przyjadą jak najszybciej i mnie stąd uwolnią!
I już go nie było.
Blondynka pokręciła głową i zwróciła się do mężczyzny.
- Ach, znam pana. Jesteś nauczycielem w Akademii, prawda?
Nie zdążył nic odpowiedzieć, bo kobieta pociągnęła go za ramię i wprowadziła do pokoju. Był urządzony ładnie jak reszta budynku, nie zaśmiecały go żadne osobiste rzeczy w rodzaju zdjęć czy okropnych figurek wydawanych często w gabinetach. Dyrektorka usiadła na obrotowym krześle przy biurku i rozsunęła jakieś papiery. Wskazała mu drugie siedzenie, a mężczyzna zauważył czerwony, ładnie nałożony lakier na jej paznokciach. Usiadł, czując przed nią niemały respekt i przypominając sobie swoją byłą partnerkę.
- Więc jest pan kolejnym nieszczęśnikiem pragnącym zmarnować sobie życie z małym potworkiem?- uniosła zadbane brwi i spojrzała na niego rozbawionym wzrokiem. Zaśmiał się nerwowo i odchrząknął.
- Zaraz tam zmarnować...Przecież wszystkie dzieci są kochane...- kobieta powiedziała coś cicho, coś, co brzmiało zupełnie jak „Uzumaki"- W każdym razie dość długo o tym myślałem i doszedłem do wniosku, że czas mieć kogoś takiego.
- Rozumiem....Każdy tak myśli póki nie dostanie w łeb pieluszką lub piłką do koszykówki.
Iruka nie skomentował jej uwag, tylko wziął po raz kolejny głęboki oddech i postanowił powiedzieć, co go dręczy.
- Jest pewien problem...To znaczy, ja jestem w pewnej sytuacji...
- Jest pan karany? Ma pan żółte papiery, uciekł pan z wariatkowa, ma pan epilepsję czy AIDS?- wymieniała, patrząc na niego uważnie.
- Nie!- krzyknął, oburzony na takie insynuacje.
- Więc co?- spytała lekko zirytowana.
- Jestem w związku z mężczyzną- powiedział cicho- jestem homoseksualistą.
- O. Cóż.
Zapadła cisza, a on starał się coś odczytać z jej twarzy. Uniosła brwi i odchrząknęła.
- No, nie widać tego po panu...Czy wie pan, jaki to może mieć wypływ na wychowanie dziecka, jego pozycję wśród rówieśników i inne tego typu?
- Tak...-odparł z wolna, doskonale wiedząc, ile myślał o tych rzeczach, o tym, jak on sam by się czuł będąc synem takiej osoby- ale uznałem, że jeśli dam temu dziecku szczęście, to nie ważne, z kim chodzę spać. Tak pomyślałem.
Tsunade przypatrywała mu się wciąż tym samym, badawczym wzrokiem, aż w końcu wypuściła ze świstem powietrze.
- Dobrze, skontaktuje się z panem, dziś nie mam czasu. Ma przyjechać ekipa remontowa, nowi rodzice Uzumakiego i jeszcze pod wieczór wraca wycieczka...Matko, a było tak spokojnie.
Iruka kiwnął głową i pożegnał się grzecznie, odprowadzany bacznym spojrzeniem. Gdy wychodził, zastał Naruto siedzącego na schodach, wpatrującego się smętnie w drogę. Miał nadzieje, że ten samotny chłopiec wreszcie spotka szczęście, na jakie zasługuje.
Zachowanie Iruki było godne panny tuż przed ślubem. Od samego rana był dziwnie, niezdrowo podniecony. Wstawał o nieludzkich porach, budząc swojego partnera i doprowadzając go do powolnej depresji. Na jego pytania, czy jest w ciąży odpowiadał jedynie pełnym entuzjazmu uśmiechem. Przechodząc koło sklepów z zabawkami zatrzymywał się, oglądając pieski, kotki i misie. Zastanawiał się, co spodobałoby się jego...ich przyszłemu dziecku. Bo nie znał płci dziecka (jego samego także nie, ale to tylko nieistotny szczegół). Wiedział, że dziewczynki uwielbiają lalki, chociaż on sam nie wzgardziliby taką w dzieciństwie. Nie raz dostał za to w nos od o wiele bardziej męskiej od niego siostry. Chłopcy za to lubują się w autkach i piłkach. Neutralne wydawały się być tylko puzzle, gry planszowe i miśki. Z doświadczenia jednak wiedział, że te dwa pierwsze dzieci uznają za nudziarskie i do kitu. Dlatego gdy po raz kolejny zatrzymał się przed witryną, wszedł i kupił małego niedźwiadka z uroczym napisem: kocham cię. Długo potem jeszcze siedział w fotelu i gładził miękkie futro i pewnie siedziałby tak do rana, gdyby nie jego partner, który zaciągnął go do łóżka. Właśnie. Sprawa jego i jego kochanka. Wkrótce to drugie słowo miało pójść w zapomnienie. W końcu jak mieli zabawiać się ze sobą, gdy za ścianą spało ich dziecko..? Przykrą i zawstydzając prawdą było jednak, że jego partner nadal nie wiedział o planach Iruki. I w tym problem. Umino bał się tego nieuchronnie zbliżającego się momentu, gdy będzie musiał wyjawić wszystko. Ten człowiek nie należał do osób spokojnych. Oda Agawa, bo tak właśnie było mu na imię, był prawnikiem. Typowy amant po trzydziestce, w nienagannym garniturze, niemal całkowite przeciwieństwo Iruki. Tak naprawdę nie mógł go sobie wyobrazić z dzieckiem wcale a wcale, a to nie pomagało. Poznali się na jednej z imprez organizowanych przez Anko, swoją byłą. Był jej dalekim kuzynem czy kimś w tym rodzaju, w każdym razie jej krewnym. Różnili się od siebie bardzo, ona była spontaniczna i szalona, on perfekcjonista i co tu dużo mówić, sztywniak.. Naruto za pierwszym razem, gdy tylko go spotkał stwierdził, że „kolo chyba połknął kij od szczotki, normalnie większa kłoda niż Uchiha". Mimo, iż wtedy go skarcił, teraz niepewnie mógł przyznać mu rację. Jednak częściej skupiał swoje myśli na przyjemniejszych rzeczach, takich ja urządzanie pokoju dziecięcego. Wiedział, że chce dziecko w wieku mniej więcej siedmiu lat, więc trzeba było kupić większe łóżko. Nie mógł jednak liczyć, że wniesie coś takiego do domu i Oda tego nie zauważy. Na razie wszystkie rzeczy, które mógł schować wkładał do kartonu leżącego pod łóżkiem i zaglądał tam co jakiś czas, gładząc swoje skarby. Była tam ramka na zdjęcia z pieskiem, którą Iruka wypatrzył w sklepie z pamiątkami na jednej z wycieczek klasowych i nie mógł się oprzeć by jej nie kupić. Schował tam także zabrane od mamy jego własne pluszaki (skomentowała to krótkim stwierdzeniem, że skoro już jest starym durniem to niech bierze i się cieszy). Honorowe miejsca zajmowały kupiony przez niego miś i poduszka w baranki. Był całkiem zadowolony ze zdobytych fantów i pilnie strzegł, by nie zostały odkryte. I prawdopodobnie trwałby w ty dziwnym stanie jeszcze dłużej, gdyby nie telefon pewnego wieczora. Tsunade zwięźle wytłumaczyła, że może przyjechać i poznać niektóre dzieci. Wypuścił słuchawkę z rak i spojrzał na swojego partnera. Agawa uniósł brwi bardzo wysoko. Iruka zaczął spokojnie, jednak wskórał niewiele, bo chwilę potem usłyszał nową wersję słów swojej matki, tylko troszkę bardziej dosadną i ubraną w inne słowa. Dowiedział się, że jego partner nie jest gotowy, że to jego kolejny wybryk i że nie zgadza się na to oraz, że ma poprzewracane we łbie. Czyli wszystko to, czego Umino się spodziewał i na co był przygotowany. Śpiąc na kanapie starał się przekonać samego siebie, że ma rację. Następnego dnia w pracy wyżalił się przy kawie ze wszystkiego Kakashiemu, który skomentował to zwięźle. Umino wyszedł z pokoju nauczycielskiego nową energią, dziwnie pokrzepiony. Zazwyczaj czuł się tak po rozmowie z tym dziwnym, ekscentrycznym człowiekiem. Poza Anko, był osobą, z którą najlepiej się dogadywał. Wychodząc ze szkoły miał już jasne postanowienie: wróci do domu z dzieckiem, czy jego partner tego chce, czy nie!
Po raz kolejny siedział w tym samym, ładnym gabinecie. Tsunade jak na razie nie zwracała na niego większej uwagi, zapisując coś w dokumentach i przekładając papiery. Poprawił elegancka, białą koszulę i odchrząknął, starając się zwrócić na siebie uwagę. P raz kolejny został zignorowany.
- Przepraszam...dzwoniła pani-zaczął, czując po raz kolejny gulę stresu w okolicy gardła- przedwczoraj.
- Wiem, że dzwoniłam- powiedziała, że nie odrywając się od pracy- bałam się przez chwilę, że pan zemdlał. Wszystko w porządku?- spytała, podnosząc głowę i odsuwając papiery.
- Tak, po prostu się zdziwiłem, nic takiego- uśmiechnął się wymuszenie - Naprawdę mogę kogoś...adaptować?
Spojrzała na niego z dziwnym uśmiechem i odchyliła się na krześle.
- A pana partner? Jakimś cudem zdobył nasz numer i zdenerwowany powiedział, że jest pan niespełna rozumu i nie można powierzać panu dzieci.
Szczerze mówiąc, Iruka spodziewał się, że Oda wytnie mu taki numer. I zaczynało go to denerwować
- Naprawdę to zrobił?- spytał niepotrzebnie.
- Tak. Wiem, że to nieprawda, bo są ludzie gorsi, choć tak naprawdę wydają się w porządku. Na przykład takie bogate małżeństwa- prychnęła, zła- przychodzą tu, myślą, jakie mają dobre serca, robią nadzieję tym dzieciakom i potem się rozmyślają...
Umino przytaknął, wiedząc doskonale o takich przypadkach.
- A pan, taki niepozorny, z wyglądu raczej pichcący pantoflarz...-stwierdziła z przekąsem.
-...
- A jest o wiele lepszym człowiekiem niż ci niby wyżej ustawieni. Wie pan, co ostatnio zrobili małemu Uzumakiemu? Strasznie mi go żal.
Mężczyzna drgnął i porzucił chęć zripostowania uwagi o „pichcącym pantoflarzu" i nachylił się w stronę kobiety. Faktycznie, Naruto jakoś przycichł na lekcjach, nie śmiał się prawie w ogóle. Nawet Sasuke zdawał się zauważyć tą zmianę i starał się jakoś ożywić „swojego: młotka, jednak na nic się to zdawało.
- Nie wie pan, tak jak sądziłam. Z resztą, nie ma się czym chwalić. Ta rodzina, co niby miała go wziąć, rozmyśliła się i znów jest sam. Ech...
Umino zrobiło się strasznie żal tego rozbrykanego chłopca, który dzień w dzień rozwalał mu lekcję, rozpraszał najlepszego ucznia, Sasuke i nie raz wrzucał zdechłe żaby do teczki. Ale był tylko małym chłopcem. I miał taką nadzieję na normalny dom...Nagle przeszło mu przez myśl, że może...To było tak oczywiste! Naruto zawsze był najbliższym uczniem, czul się z ni związany. Często zostawał za karę po lekcjach, zdążyli się poznać. Iruka wiedział, co blondyn lubi, czego nie, co go przeraża. Wiedział o nim naprawdę wiele. I kochał go jak wszystkie dzieci. A może nawet bardziej. I nie ważne, że był trudnym dzieckiem! Będzie jego dzieckiem!
- Pani Tsunade...Czy mógłbym wsiąść na wychowanie Naruto?
Spojrzała na niego zdziwiona i zmarszczyła brwi.
- Polubiłam pana, naprawdę nie chcę dawać panu do domu wszystkich klęsk żywiołowych w jednej osobie- chciała powiedzieć coś więcej, jednak widząc jego zdecydowane spojrzenie uśmiechnęła się lekko- To strasznie wredny smark, ale da ci wiele radości. Bierz go, obyś tylko sprawił, że znów się uśmiechnie.
Iruka obiecał.
Naruto przyjechał do ich małego mieszkania w centrum Konochy miesiąc po pamiętnej rozmowie w gabinecie Tsunade. Wysiadł z taksówki, rozglądając się wokół i widać było, że jest zachwycony. Stwierdził, że trochę tu sztywniacko, ale wytrzyma. Zachwyt w jego oczach mówił jednak co innego. Iruka dziwił się, że można mieć aż tak niebieskie oczy. Porównał je do nieba, a radosne błyski co i rusz się w nich pojawiające za promienie słońca. Niebieskooki Naruto wkroczył przez próg domu. Jego synek. W pokoju powitał ich chłodno Oda, wychylając się znad gazety i mierząc krytycznym wzrokiem załatane nie raz, pomarańczowe spodnie Uzumakiego oraz jego pobrudzone błotem trampki. Nawet nie zauważył, że pismo, które czyta jest odwrócone do góry nogami. Nie odzywał się potem już do końca wieczora, podczas gdy Naruto i Iruka bawili się w najlepsze. Ustawiali szafki, co jakiś czas zrzucając którąś niechcący sobie nawzajem na stopy. Wieszali zasłony, poprawiając pracę kilka razy. Układali miski, zajączki i inne pluszowe zwierzątka na łóżku i półkach. W ramkę wstawili zdjęcie idiotycznie uśmiechniętego blondyna zrobione na wycieczce szkolnej w Tokio. W tle widać było kawałek Iruki, a właściwie jego tylnią cześć pleców. Blondyna niesamowicie bawiło to zdjęcie, co innego mężczyznę, który po pięciu minutach wysłuchiwania szaleńczego rechotu zagroził spaleniem fotografii. Ostatnim elementem dekoracji była odciśnięta dłoń chłopca, który niepostrzeżenie zamoczył ją w pozostawionej po malowaniu puszcze farby i zostawił ślad na ścianie. Umino długo krzyczał, zanim Naruto łaskawie przeprosił. Gdy wieczorem kładł go do łóżka, po raz pierwszy poczuł ten zapach. Szczęśliwego, zmęczonego dziecka. I pokochał go. Został z nim, dopóki jego oddech się nie uspokoił. Gdy wrócił do własnej sypialni Oba udawał, że śpi jednak parę razy nie dało mu się zachrapać do rytmu. Następnego dnia opowiedział o pierwszym dniu rozochoconemu i pękającemu z ciekawości ciału pedagogicznemu. Anko stwierdziła, że to słodkie i żałuje, że nie została z im dłużej. Gai uderzył go parę razy po plecach w wyrazie gratulacji po czym wybiegł z pokoju nauczycielskiego by przygotowywać apel na dzień sportu. Reszta wyszła i jakoś znów się złożyło, że został sam z Kakashi. Ten pogratulował mu swoim spokojnym głosem i zaczęli rozmawiać o błahych rzeczach. Tak bardzo wciągnął się w ta rozmowę, że obaj spóźnili się na lekcje. Naruto, widząc jak Kakashi niechcący wszedł do klasy razem z Iruką zaśmiał się wrednie i zmrużył oczy. Po lekcjach mężczyzna dowiedział się, co mały uknuł. Stwierdził prosto z mostu, że skoro Umino jest gejem, to czemu nie zamieni tego zgreda Odę na Kakaschiego? Został zasypany lawiną krzyków i zaprzeczeń, ale z twarzy blondyna nie znikł ten sam złośliwy wyraz. Jedynym minusem ich nowego życia (pomijając wybryki chłopca) była niechęć Naruto do jego partnera. Wzajemna. Uzumaki na nim wypróbował numer, który stosował wcześniej na Iruce, czyli podrzucenie zdechłej żaby do kieszeni płaszcza. Z początku Agawa reagował na to krzykiem, potem po prostu metodycznie wyrzucał płazy do śmieci, nie reagując. Czasem bywał u nich Sasuke i Umino z zadowoleniem stwierdził, że chłopcy zdecydowanie lepiej się do siebie odnoszą niż dawniej. Nie minęło dużo czasu, a rzadkie wizyty Uchihy stały się niemal normą, co widocznie złościło Odę. Uważał, że niedługo założą tu przytułek dla sierot, jak każdego będzie tak zapraszał z ulicy. Jak zwykle jego słowa pozostawały bez większego odzewu. Może jedynie Naruto czasem wycelował w niego kawałkiem kotleta przy kolacji, ale ogólnie większych incydentów między tym dwojgiem nie było. Może dla tego, że wiedzieli, że pobyt chłopca tutaj zależy także od woli Ody. Wszystko było by sielanką, przerywaną jedynie małymi kłótniami i spaniem na kanapie, gdyby nie zmiana zachowania Naruto. Nie było to nic szczególnego, nie płakał, nie żalił się, nie stał się zbyt spokojny. Jednak kochające oko zawsze wyłapie smutek. Jego uśmiech nie był już tak szczery, Naruto cichł z dnia na dzień. Zaczęło się od małej prośby, by Iruka został na noc. Zdziwiło go to, bo Uzumaki nie należał do strachliwych dzieci, nie prosił nigdy o palenie lampki. Błagalne spojrzenie niebieskich oczu było zbyt przykre, by mógł odmówić. Jednak następnej nocy spał już u siebie, mając na sumieniu strach własnego dziecka. Z jednej strony wiedział, że chodzi tu tylko o potwory z szafy, ale intuicja mówiła mu, że to coś innego. Zaczął zauważać, że Naruto nie chce, by go dotykano, nawet przy zakładaniu kurtki. Umino żebrał te wszystkie fakty, starając się połączyć to w jedno. I spadł na niego niewymowny strach, że ktoś tak krzywdzi jego synka. Gdy po raz kolejny poczuł, jak materac ugina się, gdy jego partner wstaje w nocy, pojawiła się w jego umyśle wątpliwość. Po prostu wstał i poszedł do pokoju Naruto. To, co zobaczył odcisnęło pewien ślad, niezmazalne piętno jego pamięci. Jego mały synek w objęciach dorosłego mężczyzny, zapłakany i drżący. Może Iruka Umino był człowiekiem spokojny, zdarzało mu się krzyknąć, lecz nigdy nie posuwał się dalej. Jednak w tej chwili nic się nie liczyło i Oda Agawa chwilę potem leżał na ziemi z złamanym nosem, a pół godziny później siedział na komisariacie. To były ciężkie dni i szczerze mówiąc, gdyby nie Sasuke Umino nie poradziłby sobie z roztrzęsionym emocjonalnie blondynem. Mężczyzna wyjaśnił wszystko chłopcu, wiedząc, że to zostanie między nimi. Widząc, jak na delikatny uścisk Uchihy Naruto nie reaguje już wzdrygnięciem czul, że powierzył swojego synka w dobre ręce.
Iruka wrócił do pracy po kilku dniach wolnego, które dał sobie po ostatnich wydarzeniach. Nadal był dziwnie osowiały i zrezygnowany, mimo iż Naruto wyraźnie wracał do siebie po koszmarze jaki przeżył. Umino czuł się odpowiedzialny, w końcu to jego partner tak poczynał sobie z chłopcem, tak jakby był współwinny. Nie wiedział czemu, ale opowiedział to wszystko Kakashiemu na jednej z przerw. Siedzieli w pokoju nauczycielskim sami, popijając tradycyjnie kawę. Iruka wypłakał mu się w ramię, niespodziewanie słysząc w swojej głowie słowa Naruto. Chłopak wyraźnie sugerował mu związanie się z ekscentrycznym nauczycielem, ale mężczyzna odrzucał te insynuacje. Teraz jednak, słysząc jego kojący głos i czując głaszczącą go po głowie rękę...To stało się szybo, sekunda i ich usta były złączone. Gorący, powolny i najcudowniejszy, jaki Iruka przeżył. Z Anko było szybko i gwałtownie, ale brakowało czułości a z Odą...brakowało wszystkiego. Trwali by tak pewnie dłużej, gdyby nie nagle wtargnięcie Gai'a i jego wesołej gromadki w postaci Rocka Lee, Ten Ten i Neji'ego, który jako jedyny zdawał się posiadać coś takiego jak zdrowy rozsądek. Miesiąc później Kakashi, niewidomo zupełnie jak i kiedy, wprowadził się do ich małego mieszkania. Minęło trochę czasu, zanim Naruto, z pomocą Sasuke i Iruki, stanął na nogi. Jego uśmiech był najlepszą nagrodą za wszystkie starania. Jednak minęło już trochę czasu, a oni nie posunęli się dalej niż zaawansowane pieszczoty. Kiedy Iruka przyszedł pewnego wieczoru do domu, czekała na niego skromna kolacja i nowa pościel. To ostatnie było wystarczającą aluzją co do zamiarów Hatake Umino nie miał szans na ucieczkę, gdy tylko ją zrozumiał. Oczywiście, ta „rodzina" nie była by ta sama, gdyby coś nie wyszło. W trakcie ich dzikiego tańca do pokoju wtargnęli Naruto ze swoim nowym chłopakiem. Oczywiście, ostatnią osoba która dowiedziała się o tym związku był nie kto inny jak Iruka, który zawsze z opóźnieniem wiedział o wszystkim. Z początku krytycznie patrzył na Sasuke i jego rękę leżącą na ramieniu blondyna oraz skromne pocałunki na skroni i (o zgrozo!) na ustach. Wracając jednak do naszej sytuacji, Naruto z uśmiechem stwierdził, że mogą się pierzyć dalej i oni nie będą przeszkadzać. Umino miał już zareagować, gdy został zagłuszony pocałunkiem. W oddali słychać było tylko trzask drzwi i stłumiony śmiech. Potem Iruka niewiele już kontaktował. W pracy zostali ochrzczeni jedną wielka rodziną. Niestety, niechlubna rola matki i córki w żartach przypadła oczywiście Iruce i Naruto, co raniło ich męską dumę. Życie było sielanką. Prawie, pomijając wrzaski, kolejne zdechłe żaby i potłuczone wazony.
Iruka, patrząc na to wszystko z perspektywy czasu doszedł do wniosku, że czasem warto ulegać kaprysom.
Koniec.
Wróciłam. Chyba...;D
Witam!
Podjęłam pewną decyzję i wątpię, by cokolwiek ją zmieniło. Otóż od dłuższego czasu męczył mnie temat tego bloga. Widziałam, że ostatni wpis zdobył niewiele komentarzy i coraz mniej osób odwiedza aoi-ame. To zrozumiałe, bo bardzo zaniedbałam stosunki z innymi blogami, rzadko pisałam notki i nie odpowiadałam na komentarze. Nie wiedziałam, co z tym fantem zrobić. Wtedy wpadł mi do głowy pewien pomysł i skoro o tym piszę, to znaczy, że doszliśmy do sedna sprawy.
Kończę działalność aktywną mojego bloga.
To oznacza, że przechodzi on w stan uśpienia. Ale zanim to się stanie, posprzątam niezły bałagan. Pousuwam informacyjne notki, wstępy i inne niepotrzebne rzeczy. Spam, powiadomienia itd. Zostaną teksty i wartościowe komentarze, które cenię najbardziej. No właśnie. Chcę wam podziękować, za komentowanie, rozmowy i ogólnie, za wsparcie.
Dziękuję wam, Sasame, Elbereht, Maniek, Aris, Pauli.
I wszyscy inni. Wierzcie mi, że przy każdym waszym pozytywnym komentarzu czułam ogromną wdzięczność.
Teraz bardziej aktywna będę na youtube, więc jeśli chcecie mnie znaleźć, to właśnie tam.
Na koniec promyk nadziei. Być może napisze coś jeszcze, a może wrócę do regularnego pisania? Nie wiem. W końcu „nigdy nie mów nigdy" :D.
Pozdrawiam!
Witam!
Wierzcie mi, spędziłam sporo czasu starając się dobrać słowa do przedmowy. Trudno mi w tej chwili wyrazić wszystko to, co chcę powiedzieć. Ale spróbuję, mam nadzieję, że będzie to brzmiało zrozumiale xD Mianowicie, jeśli chodzi o pisanie na bloga mam dwie postawy: tupiącą nogą dziewczynkę i pokorną małą sierotkę. Cóż, starałam się plastycznie to przedstawić. Ta pierwsza, jako zbuntowana zaciekle broni moich tekstów, choćby komentujący mieli najszczerszą rację. To może być tylko lojalność z jej strony, w końcu mam sentyment do wszystkiego, co napiszę. Druga to ta, która przyjmuje krytykę, choćby była bezsensowna. Nawet tą nieistniejącą krytykę. Bo ona już się boi, że grom złych słów spadnie na mój najnowszy ff. I cóż, teraz zamykam naszą sierotkę w skrzynce i postanawiam powiedzieć: ten tekst był pisany wyłącznie dla mnie. Oczywiście, nie ma tutaj żadnej złości, po prostu pisałam to z serca. I wiem, że jest słodki, nierealisyczny, ale wybaczcie...każdy potrzebuje czasem troszkę słodkości, zwłaszcza jeśli jest na diecie (czyli ja^^)
Ostatnio pokochałam szczerze alternatywę. Wywracanie fabuły do góry nogami, i jeszcze przekrzywianie o 180 stopni. Ale tutaj nie jest to tak drastyczne, jak w „Dzień, w którym". Ale jest. Jeśli ktoś tego nie lubi, niech poczeka sobie do sierpnia. Prawdopodobnie napiszę wtedy coś w realiach Hebi, bo to też lubię^^
Niedługo moje urodziny (20 lipiec) więc ten ff to taki prezent dla mnie. Ciepły, miły i słodki..
Uwagi na marginesie:
a) coś dzieje się z klawiszem „t", więc ewentualne braki tej literki mogą się zdarzyć.
b) Sytuacja z Sasuke z drugiego akapitu zdarzyła się mnie, ale w troszkę innej wersji...Mój kolega zachował całkiem w jego stylu. W mojej sytuacji chodziło o prezent mikołajkowy. Miałam wtedy może z 8 lat xD Uwaga bez znaczenia dla tekstu.
c) początek wcale nie określa całego tekstu, to nie jest ff o psychopacie.
d) czy sikorka (ptak oczywiście) występuje w Japonii? Byłabym wdzięczna za odpowiedź. Wybaczcie niewiedzę, ja po prostu nie wiedziałam, co na ichnym niebie może latać i dałam naszą sikoreczkę.
Dla mnie xD I dla niewielu, którym się to spodoba.
Tytuł: Słoneczniki
Paring: GaaNaru, SasuNaru
Ograniczenie: leciutkie xD Żadnej lekcji anatomii jak w OroNaru xD
Niewielki ptak wylądował, strzepując z piór krople wody. Zatańczył chwilę w jasnej kałuży, wydając ciche dźwięki. Gaara obserwował go ze spokojem, nie wykonując żadnego ruchu. Nie zachęcał, nie przywoływał. Jednak zwierze powoli zbliżyło się do niego, przekręcając z ciekawością łepek. Biedna, nieświadoma ofiara. Jej niewinne, paciorkowate oczy wpatrywały się w większą, silniejszą istotę z ufnością. Podskoczył jeszcze parę razy, by wydać zaskoczony okrzyk. Blada dłoń powoli wysunęła się do przodu. Długie place rozwarły się, by ukazać ukryte w niej ziarno. Zwierzę było rozdarte miedzy głodem a panicznym, pierwotnym strachem przed czymś większym i nieznanym. Gaara z wrodzoną sobie cierpliwością czekał, wpatrując się w czarne oczka. W końcu zwyciężyła ufność i ptak podskoczył o kilka własnych, niewielkich kroków. Chłopiec poczuł na swojej skórze delikatny dotyk dzioba i po chwili zwierze znów się oddaliło, strachliwie połykając zdobycz. Obserwował jego reakcję z tym samym obojętnym wyrazem twarzy, po czym wyciągnął kolejne ziarno i położył na swoim kolanie. Było to oczywiste wyzwanie i chłopiec był ciekawy, jak tym razem zareaguje ta bezmózga w gruncie rzeczy istota. Ptak przechylił nerwowo głowę. Teraz, gdy poczuł smak pożywienia trudno mu było opanować głód. Gaara doskonale wiedział, co robi wypuszczając go za pierwszym razem. Psychika tego niewielkiego rozumku była łatwa do przewidzenia. Zupełnie, jak z niektórymi ludźmi. Ptak zbliżył się ponownie, lecz zawahał się, jakby wyczuwając, czym zakończy się ta próba. Jednak było już za późno, gdy blada dłoń pochwyciła w swój uścisk drobne ciało. Zwierzę zaczęło się szarpać, wydając rozpaczliwe odgłosy. Twarz chłopca nadal była nieruchoma, tak jakby nie cieszył się z udanego podstępu. Jego ofiara wiła się i skrzeczała, co zaczynało go denerwować. Zacisnął mocniej dłonie, chcąc uciszyć jej żałosne prośby. Dyszał ciężko, nie próbując opanować wściekłości. Zapadła cisza. Słychać było tylko jego przyspieszony oddech. Pióra powoli, bezszelestnie spadały na ziemię, wirując lekko. Martwy ptak już się nie szamotał.
Głośny trzask pękającej gałęzi uświadomił go, że nie jest sam. I jego obserwator najwyraźniej wcale nie przejmował się swoim ujawnieniem. Być może chciał, by go odkryto. Gaara zmarszczył się ze złością i odwrócił głowę, szukając źródła hałasu. Tuż obok drzewa stał chłopiec. Podpierał się na lasce, a jego wzrok skierowany był na martwe zwierze.
- Co mu jest?
Nadal kurczowo zaciskał dłonie na truchle, jakby bojąc się je wypuścić. Zwiększył uścisk, nieufnie wpatrując się w osobę, która odważyła się go podglądać. Na oko był od niego wyższy, jednak jego twarz była zbyt dziecinna by mógł być starszy. Przez jego policzki przebiegały dziwaczne rysy, które przywodziły na myśl jakieś dzikie zwierze. A to z kolei kojarzyło się Gaarze tylko z jednym. Polowaniem i zabijaniem. Nadal nic nie odpowiedział, dziwiąc się, czemu natręt nadal nie spojrzał mu w oczy.
- Co mu się stało? - chłopiec zmarszczył brwi i podszedł powoli, opierając się o wysoką sosnę. Jego niebieskie spojrzenie koncentrowało się na dłoniach Gaary, jednak wciąż nie zachodziło na jego twarz. To z kolei bardzo frustrowało chłopaka.
- Zdechł. Jest martwy.
Niebieskie oczy zamrugały parokrotnie, jakby ze zdziwieniem. Gaara przypatrywał mu się z coraz większym zdumieniem. Przecież to, co powiedział było oczywiste, jednak chłopiec zdawał się być niemile zaskoczony. Westchnął i oparł się o drzewo, nie przejmując się chropowatością kory.
- Biedny. Jak to się stało?
Zachowanie obcego coraz bardziej dziwiło Gaarę. A on nie lubił, gdy coś wychodziło poza jego zdolność pojmowania. Nienawidził takich sytuacji. Pogładził lekko szare pióra zwierzęcia, jakby szukając odpowiedzi na wszystkie rodząc mu się w głowie pytania. Kim ten dzieciak do cholery jest?
- Zabiłem go.
Na jego twarzy zagościł wyraz zaskoczenia i strachu. Zacisnął dłoń na lasce, jakby chcąc jej użyć w obronie. Gaara zastanawiał się, po co mu ona, skoro nie wydawał się być kaleką. Niebieskie oczy wpatrywały się w nieokreślony punkt na ziemi, drgając nerwowo i poszukując punktu zaczepienia. Chłopiec niepewnie postawił krok do przodku, tracąc podporę w postaci drzewa. Stał zaledwie kilka merów od Gaary. Dopiero teraz zauważył, jak jasne były jego włosy. Wziął głęboki oddech.
- Czemu? Zrobił ci coś? Zaatakował cię?
Gaara parsknął cicho. Zaatakować? Jego? Chwycił martwe ciało ptaka i rzucił je pod nogi nieznajomego. Ten drgnął nerwowo, rozglądając się po ziemi ze strachem i szukając tego, co go zaatakowało. Cofnął się o krok, wciąż błądząc niewidzącym wzrokiem wokół. Jego ręka trzęsła się a on sam wydawał się być przestraszony.
- Co to było? Gdzie to jest?
Gaara zaskoczony obserwował reakcję chłopaka. Teraz wszystko ułożyło się w jego głowie. Chłopak nie zobaczył całej ej sytuacji. Nie mógł.
- Jesteś ślepy?
Niebieskooki drgnął nerwowo i skrzywił się na to określenie. Jego wzrok wciąż niepewnie błądził po ziemi, jednak zdawał się być uspokojony tym, że nic nie chce go zaatakować. Wzruszył ramionami i przystąpił z nogi na nogę. Widać było, że jest skrępowany. Zapewne zawsze się tak czuł, gdy ktoś poznawał jego sekret. Pewnie też był zasypywany słowami współczucia i czułości. Od niego nie ma co liczyć na pocieszenie. Gaara uśmiechnął się lekko, spoglądając na obcego z wyższością. Poznał jego tajemnicę, obcy jest przed nim całkiem odkryty.
- Jestem niewidomy. Co cię tak bawi, ten teges? - spytał na wpół rozdrażniony, na wpół zawstydzony.
Nie miał pojęcia, w jaki sposób odkrył jego rozbawienie. Śmiał się bezdźwięcznie, lekko wyginając usta. Skoro nie mógł, tego zobaczyć, jak to odkrył? Wykrzywił usta jeszcze bardziej, wstając powoli z pniaka. Spojrzał na truchło ptaka, nadal leżące pod stopami nieznajomego. Ten widok wywołał w nim dziwaczny dreszcz ekscytacji.
- Jesteś ślepy jak nietoperz.
Chłopiec spuścił nisko głowę, zatrzymując niewidzący wzrok na swoich butach. Widać było, że jest mu przykro.
- Jesteś strasznym dupkiem- jego glos brzmiał żałośnie i cicho w porównaniu z agresywnym tonem Gaary. A coś, co było żałosne i zdolne wydawać ciche, rozpaczliwe dźwięki wywoływało w nim agresję. Zacisnął pięści, po raz kolejny omiatając wzrokiem stojącego przed nim chłopaka.
- Po cholerę żeś tu przylazł? Kaleka powinna leżeć w domu, a nie łazić sama się po lesie.
Chłopiec po raz kolejny wzruszył ramionami, błądząc wzrokiem po leżących na ziemi liściach. Odszedł kilka kroków do tyłu, ponownie opierając się o drzewo. Gładził suchą powierzchnię kory delikatnymi ruchami, badając jej fakturę i zapewne układając sobie jej obraz w wyobraźni. Robił to z dziwną fascynacją, dokładnie i jakby na chwilę zapominając o swoim towarzyszu. Wsunął palca między drewniane zagłębienie i zmarszczył brwi.
- To sosna, prawda?
Gaara nie odpowiedział od razu. Czuł, że cała agresja w jakiś niewyjaśniony sposób odchodzi z jego umysłu, a jej kwaśny posmak znika z ust. Z dziwnym wyrazem twarzy przyjrzał się drzewu, samemu nie mając pojęcia, co to takiego jest. Dla niego każda roślina była tym samym, marnym bytem. Można było ją wyrywać, deptać i ciąć, a nie dawało to żadnej satysfakcji. Co innego mała żabka czy ptak. One wyrwały się, błagały o życie. Można było czuć ich małe, bijące w rozpaczy serduszka pod palcami. To było niesamowite uczucie.
- Poznajesz to po dotyku?- jego głos był niepewny i po raz drugi w czasie tego spotkania on sam pełen był wątpliwości. Nieznajomy budził w nim mieszane uczucia. Jednocześnie zdziwienie, złość, agresję i zaciekawienie. I wbrew pozorom, nie miał ochoty na zaciśnięcie dłoni na jego cienkiej szyi.
- Wiele rzeczy po tym poznaję. Na przykład wygląd. Dotykam czyjeś twarzy i mogę sobie wyobrazić, jak wygląda. Ten ptak to sikorka?- spytał, marszcząc brwi i nadaremnie próbując odszukać wzrokiem zwierzę.
Gaara z zaciekawieniem spojrzał w stronę swojej martwej ofiary i przyjrzał się jej dokładnie. Nie rozróżniał ich nazw, dla niego wszystkie były identyczne. Kulka mięsa otoczona piórami. Nic więcej. Lekko żółtawe piórka nastroszyły się na jej zimnym już ciele, a czarne oczka nadal wpatrywały się z przerażeniem w nadchodzącą śmierć. Teraz jednak wydawała mu się niezwykle interesująca. Wzruszył ramionami.
- Skąd mam wiedzieć- burknął lekceważąco, wpatrując się w twarz nieznajomego. Ten uśmiechnął się lekko i zatrzymał wzrok w bliżej nieokreślonym punkcie.
- To proste. Sikorka jest malutka, ma żółtawy brzuszek i czarna główkę. Wróbel zaś jest cały szary, jednak wcale nie jest...- mówił z pasją, jakby mógł to wszystko zobaczyć i zachwycać się mieszaniną barw.
- Zamknij się! Myślisz, że coś mnie obchodzą twoje głupie ptaki?- warknął, przerywając ten niewygodny monolog. Dziwna radość na twarzy chłopca była irytująca i wywoływała skurcz w żołądku. Chłopak zamilkł, cofając się po raz kolejny. Gaara zacisnął pięści i wpatrywał się ze złością w towarzysza.
- Jak masz na imię? - niebieskooki zapytał o to całkiem niespodziewanie, jednocześnie unosząc niewidzący wzrok i próbując uchwycić sylwetkę rozmówcy. Ten zmarszczył brwi i spojrzał na niego nieufnie.
- Gaara.- nie rozumiał, po co obcemu ta wiedza. Dotychczas nikt, nigdy nie pytał go imię. Nikt nie pytał go o nic. Nie wiedziałby, jak odpowiedzieć na proste pytanie o samopoczucie, bo przecież nikogo to nie interesowało. A teraz nagle ten dziwny, irytujący nieznajomy zadaje tak trywialne pytanie, które jednak było nowością.
Chłopiec przechylił z zaciekawieniem głowę i zbliżył się ponownie o krok. Jego wzrok wolno przesuwał w tą i powrotem, usiłując, wbrew logice, ujrzeć twarz stojącego przed nim chłopaka.
- Ja jestem Naruto. Ale zazwyczaj mówią na mnie inaczej. Przyzwyczaiłem się. Nazywaj mnie po imieniu, proszę- ostatnie słowo wypowiedział cicho, rezygnując z bezsensownych prób odnalezienia Gaary wzrokiem- Gaara?
Chłopak zmierzył go spojrzeniem, po czym mruknął coś, co miało oznaczać odpowiedź.
- Pomożesz mi znaleźć drogę do domu? Chyba się zgubiłem- powiedział to jeszcze ciszej i żałośniej, mocniej przytulając się do drzewa. Wyglądał w tym momencie na całkiem bezbronnego i podatnego na atak. Jednak o dziwo Gaara wcale nie poczuł napływającej agresji czy chęci złamania go całkowicie. Wzruszył ramionami.
- Mówiłem, że kaleka powinien leżeć w domu. Teraz mi tylko kłopotów narobisz. Gdzie ty w ogóle mieszkasz?- warknął, zmieniając w jedną chwilę plany i nastawienie.
- W takim niewielkim domu, na skraju wioski. Są tam takie dwa, wielkie klony, dlatego ławo go poznać. I chyba jest w tamtą stronę- wskazał ręką w głąb lasu, niepewnie gładząc rączkę laski. Widać było, że boi się zostać całkiem sam, ze swoją słabością. To mogło oznaczać śmierć, zwłaszcza, że nie mógł w porę zauważyć niebezpieczeństwa.
Jednak niespodziewanie wyciągnął dłoń i dotknął ręki Gaary. Uścisnął ją lekko, przyciągając do siebie. Nie był przyzwyczajony do kontaktu fizycznego. Nie poznał smaku pieszczot, głaskania czy przytulania. Dlatego taka otwarta chęć zawarcia bliskości wstrząsnęła nim i przestraszyła. Wyszarpnął dłoń z uścisku i odsunął się parę kroków.
- Jak masz mnie prowadzić, jeśli nie będziesz mnie trzymał za rękę? - widać było, że Naruto jest rozżalony. Jego dłoń wciąż była uniesiona, w geście zaproszenia- bądź przez chwilę moimi oczami. Podaj mi dłoń.
Był kompletnie rozbity i naprawdę nie wiedział, co robić.
- Proszę...
Przełknął ślinę i zszokowany tym, co robi pochwycił drobną dłoń w niepewny uścisk. Drgnął, czując jej ciepło i miękkość. Rzadko zdarzał się ktoś, kto odważył się go dotknąć. Czasem był to brat, jednak jego ręce były szorstkie i twarde. Druga dłoń, kurczowo trzymająca laskę rozluźniła się i oparła przedmiot o drzewo. I powoli zbliżyła się do twarzy Gaary, wprawiając go w jeszcze większe zaskoczenie. „Dotykam czyjeś twarzy i mogę sobie wyobrazić, jak wygląda". Delikatnie dotknęła policzka, zsuwając się niżej i badając linię szczęki. Musnęła nos i usta, po czym chwyciła pukiel włosów.
- Masz ładne usta. I prosty nos. Trochę odstające uszy i...Jesteś rudy? - zaśmiał się cicho, gładząc kępkę włosów.
- Skąd wiesz?- szepnął zaskoczony nie tyle tą wypowiedzą, co delikatnością dotyku i miłym wrażeniem, jakie pozostawiał. Chłopiec tylko uśmiechnął się tajemniczo i opuścił z powrotem dłoń.
- Musimy iść, zanim minie pora kolacji. Dzisiaj Iruka piecze ciastka i pewnie dostanie świeże mleko od sąsiadki.
Gaara wzruszył ramionami i niepewnie wzmocnił uścisk.
Maskotka upadła na podłogę z cichym pacnięciem. Potoczyła się powoli, aż w końcu zatrzymała pod nogami Gaary. Czarnowłosy chłopak przed nim spoglądał jeszcze na nią przez chwilę, wciąż z tym samym, kpiącym uśmiechem. Miś leżał twarzą do ziemi, z lekko przekrzywionym uchem. Jego zrobione z guzików oczy wpatrywały się przed siebie, nie rozumiejąc końca swojej pluszowej egzystencji. Wyglądał trochę jak żałosny, porzucony kotek. Gaara wpatrywał się w zabawkę, nie do końca rozumiejąc kotłujące się w nim emocje. Złość i chęć starcia uśmiechu z bladej twarzy. A to wszystko było o tyle dziwne, że sprawa wcale nie tyczyła się jego. Powinno to nie mieć dla niego znaczenia, a jednak ten gest sprawił, iż złość ponownie rozlała się po jego ciele. To było coś więcej niż tylko odtrącenie prezentu. Również wzgardzenie uniesioną ręką.
- Powiedz mu, co chcesz, mnie to nie obchodzi. Może to sobie wziąć- czarnowłosy wskazał gestem na leżący przedmiot.
Gaara nic nie odpowiedział, tylko z kamienną twarzą wpatrywał się w człowieka, o którym tyle słyszał z pełnych entuzjazmu opowieści. Przyjaciel Naruto. Były, być może. Gaara wiele słyszał o pojęciu przyjaźni. Wiedział, że przyjaciele są dla siebie mili. Że czasem dają sobie prezenty, tak jak w tej sytuacji. Ale nigdy nie słyszał, by któryś z nich w tak brutalny sposób odrzucał podarunek. Wyrzucił. Tak po prostu.
- Dlaczego tego nie weźmiesz? -to pytanie zdawało się być całkiem neutralne, jednak kryła się w nim ciekawość.
Czarnowłosy uśmiechnął się jeszcze bardziej kpiąco, ale nic nie powiedział. Obrócił się tylko i odszedł, pozostawiając Gaarę sam na sam z nic nie rozumiejącym pluszakiem. W jego głowie rodziły się wątpliwości. Nie rozumiał tej sytuacji, całkiem wymykała się spod jego zdolności rozumowania. Jak on mógł? Drzwi zaskrzypiały i rozwarły się.
- Przepraszam, że musiałeś czekać, ale wywaliłem się po drodze. Nie moja wina, że Iruka ustawił karton na środku- Naruto zdawał się jeszcze o niczym nie wiedzieć, gdy zamaszyście wkroczył do pomieszczenia. Gaara zauważył, że w miejscach, które niebieskooki dobrze znał nie wyglądał na niepewnego. I gdyby nie wzrok błądzący bez celu, prawdopodobnie nikt niczego by się nie domyślał. Chłopiec podszedł do stolika i wymacał niewielki czajnik.
- Nie lubię herbaty, ale ta jest dobra. I bardzo ładnie pachnie. Czujesz, jak zapach roznosi się po pokoju?- najwyraźniej wcale nie przejmował się milczeniem towarzysza. Delikatnie przechylił naczynie i wlał bursztynowej cieczy do małych filiżanek- to jeden z moich ulubionych zapachów. Jednak nic nie wygra z cynamonem. Mógłbym go wdychać i wdychać. A jak już jest w szarlotce...Nie mogę się oprzeć, chociaż jem za dużo cukru i Iruka ciągle mnie za to...
Gaara zazwyczaj przestawał go słuchać, gdy wpadał w fazę ciągłego mówienia. Lubił słuchać jego głosu, który jako jedyny wydawany przez ludzi dźwięk nie wydawał mu się irytujący. Blondyn zadziwiająco często, jak na osobę o swojej sytuacji, wydawał się być zadowolony z życia. Wiecznie uśmiechnięty. Jednak teraz Gaara nie słuchał go w ogóle, wpatrzony w przedmiot smętnie oklapnięty na podłodze. Naprawdę nie wiedział, czy powinien powiedzieć o wszystkim tak radosnemu tej chwili blondynowi.
- Chcesz?- chłopiec uniósł delikatne naczynie i uśmiechnął się zachęcająco- Jeszcze ciepła. Chcesz dodać trochę miodu? Będzie słodka i...Gaara?- Naruto zamilkł na chwilę, marszcząc brwi. Jego wzrok zatrzymał się gdzieś w przestrzeni.
Gaara drgnął, obracając głowę w kierunku towarzysza. Ten podszedł do niego i wręczył mu napój. Jego dłonie wciąż były ciepłe od nagrzanego naczynia. Przyjemne w dotyku, tak dobrze mu znane dłonie, które tyle razy ściskał pomagając mu dojść do celu.
- Jest zima, więc to dobrze ci zrobi- niebieskooki uśmiechnął się ponownie i odszedł parę kroków. Niestety, natrafił stopami o powód zamyślenia Gaary. Zaskoczony przeszedł nad maskotką, szukając jej wzrokiem pod podłodze.
- A to co znowu?- pochylił się i drgnął, czując znajomą miękkość materiału. Zamrugał, jakby ze zdziwieniem- To nie może być...- chwycił przedmiot w dłoń, delikatnie badając go palcami. Dotykał zielonego ubranka, twardego noska i niewielkiej łatki na uchu. Jego uśmiech bladł, aż w końcu znikł zupełnie.
Gaara nie wiedział, co powiedzieć. Nigdy nikogo nie pocieszał, nigdy nie czuł takiej potrzeby. Nie miał pojęcia, co ma robić.
-Nie chciał go?- Naruto powiedział to cicho i nawet, jeśli się starał, nie udało mu się ukryć rozczarowania. Spuścił nisko głowę, bezwiednie przytulając maskotkę do piersi.
- Po co mu to dawałeś?- Gaara starał się, by jego ton nie zawierał złości. Wpatrywał się uważnie w niebieskookiego, oczekując na jakąkolwiek odpowiedź z jego strony. Ten zawahał się, po czym wziął głęboki, drżący oddech.
- Naprawdę jest taki nieładny? Nie spodobał mu się...-mówił to cicho, wciąż przyciskając do siebie maskotkę.
I Gaara nie mógł w tej chwili nic poradzić na dziwne, rozlewające się w jego ciele uczucie. Współczucie. I nawet złość na tego drania, żeby nie powiedzieć inaczej, ustępowała.
- Dałeś mu to, bo go...lubisz?- to pytanie zawisło w powietrzu na krótką chwilę. Naruto pogładził miękkie futerko misia i zdawał się nie usłyszeć pytania. Westchnął, a jego oczy zaszkliły się dziwnie.
- Nie...nie będę płakał...- wyszeptał, kręcąc głową i zatrzymując swój niewidzący wzrok przed sobą. Jednak zaprzeczając własnym słowom z jego oczy popłynęło kilka kropel. Powoli toczył się po policzkach, zagłębiając się w blizny. Gaara sam nie wiedział, dlaczego to robi. Po prostu podszedł i objął go niezgrabnie ramionami, czując się co najmniej nieswojo. Nigdy nikogo nie przytulał, tym bardziej w formie pocieszenia. Jednak w jakiś dziwny sposób czuł, że jego ramiona znajdują się we właściwym miejscu. Naruto drgał lekko i pociągał nosem.
- Wiesz, że on jedyny nie robił mi kawałów, nie odsuwał krzeseł, gdy chciałem usiąść i zazwyczaj mówił mi po imieniu? Większość była dla mnie okropna. Zabierali mi różne rzeczy i chowali gdzieś, bym je znalazł. I Sasuke czasem znajdywał je za mnie. To było miłe. I czasem pomagał mi dojść, gdzieś, gdzie się bałem. Nigdy za dużo nie mówił, ale gdy go prosiłem, opisywał jak wyglądają drzewa wokół, jaka jest woda. I wtedy sobie przypominałem- Gaara zdziwiony spojrzał na nieobecny wyraz twarzy Naruto. Przypominał? Czyżby kiedyś widział? Nawet nie próbował sobie wyobrazić, jak to jest wiedzieć, że istnieją barwy i kształty, a nie mogąc ich zobaczyć. Zmarszczył brwi i zacieśnił uścisk.
- Ale niedawno zaczął być jakiś dziwny. Nie odzywał się do mnie i coraz rzadziej się spotykaliśmy. Wtedy pomyślałem, że może uznał, że już go nie obchodzę skoro jesteś ty. Ale to przecież nieprawda. Pokłóciliśmy się i chciałem mu to dać na przeprosiny- westchnął i wyswobodził się z uścisku- Dziękuję.
Wtedy po raz pierwszy Gaara poczuł to miękkie, ciepłe uczucie w okolicach serca.
- Co cię obchodzi ten dupek. Ja cię mogę wszędzie zaprowadzić i wszystko opowiedzieć- powiedział twardo, z całym zdecydowaniem na jakie stać dziecko- Daj mi rękę.
Naruto był zaskoczony, jednak powoli na jego twarz wstępował uśmiech. Uniósł niepewnie dłoń, a Gaara pewnie pochwycił ją w swoją.
Zima w tym roku była ciężka, więc natura z ulga powitała ciepłe dni. Drzewa na nowo kwitły, ożywiając okolicę zielenią. Gaara nie bez zdziwienia zauważył, że zaczął większą uwagę poświęcać tak błahym szczegółom. Takim, jak ptaki zataczające kręgi nad jego głową, jak maki jaśniejące w monotonnej barwie trawy. To Naruto nauczył go zwracania uwagi na te małe rzeczy, które po bliższym poznaniu zachwycały. I chociaż sam nie mógł ich zobaczyć, to zdawał się zadowolony i zachwycony samym słuchaniem o nich. A Gaara mówił chętnie, choć z początku z dużą rezerwą. Stopniowo jego opisy były coraz bardziej urozmaicone, coraz bardziej plastyczne i realistyczne. A Naruto pytał coraz więcej. Czasem prosił, by zerwać mu opisywany kwiat. Dotykał wtedy delikatnych płatków zamyślony i wsłuchany w spokojny ton Gaary. Najczęściej spotykali się właśnie u blondyna. Mieszkał w wiejskiej okolicy, więc cuda przyrody miał praktycznie za oknem. Niewielki staw, łąka i wejście do lasu. Poza tym, o wiele łatwiej było, gdy to Gaara przychodził do niego, a nie odwrotnie. Bezpieczniej. Z początku Iruka, opiekun Naruto zdawał się być nieufny wobec Gaary po niemiłych doświadczeniach z innymi dziećmi. Niebieskooki z powodu swojej inności był łatwym obiektem kpin. Ale z czasem przekonał się do tego milczącego, oschłego z pozoru chłopca. Zdawał się nie stanowić dla Naruto zagrożenia, wręcz przeciwnie. Iruka cieszył się, że jego przybrany synek odnalazł kogoś, kto będzie się o niego troszczył. Zwłaszcza po kłótni z Sasuke, którego temat nadal był dla niego bolesny.
- Co to za dźwięk?- Naruto zamrugał, koncentrując uwagę na odnalezieniu źródła szelestu.
Siedzieli na pomoście, a słońce delikatnie łaskotało ich twarze. Jeszcze nie na tyle mocno, by trzeba było chronić się w cieniu. Gaara spojrzał w jego kierunku, uśmiechając się lekko.
- Motyl. Lata ci koło głowy- obserwował delikatne zwierzątko, jak wiruje w tańcu.
Naruto również się uśmiechnął, wyciągając dłoń, jakby próbował go złapać.
- Jak wygląda?- to było standardowe pytanie, gdy rozmawiali. Jak to wygląda? Jaki ma kolor? Czy jest ładne?
Przyjrzał się owadom, starając się zauważyć każdy szczegół. Wzrok blondyna błądził wokoło, bezsensownie usiłując ujrzeć cokolwiek. Gaara sądził, iż to zwykły nawyk, i chłopak nawet nie zdaje sobie sprawy, co robi.
- Jest ciemnoniebieski. W górnej części skrzydła ma niewielkie, czarne znaczki w kształcie pestki- powiedział powoli, opierając się na dłoniach i odchylając głowę lekko do tyłu- średniej wielkości.
- Musi być ładny- stwierdził zamyślony blondyn.
Zaśmiał się, gdy delikatne skrzydełka połaskotały go w policzek. Owad usiadł mu na ramieniu, jednak zaraz odleciał, spłoszony.
- Odleciał? Szkoda- mruknął i uniósł głowę w górę- Słońce nie świeci tak mocno? Jak wygląda niebo w tej chwili?
Gaara zmarszczył brwi, czując jak promienie rażą go w oczy. Pod powiekami już zaczęły tworzyć się kolorowe plamy.
- Jest czyste- zwrócił nadal lekko rozmazane spojrzenie na blondyna. Ten wystawiał twarz do słońca, delektując się jego ciepłem i miłym uczuciem. Jasne włosy jeszcze bardziej błyszczały, opadając na przymknięte powieki.
Gaara odkrył, że Naruto jest tak ładny jak świeże, różnokolorowe kwiaty, jak woda podświetlona promieniami słońca. Może nawet ładniejszy. To było całkiem nowe odkrycie, jeszcze bardziej zaskakujące niż o, że wreszcie znalazł kogoś na wzór przyjaciela.
- Naruto- powiedział to przyciszonym głosem, niepewnie zagryzając wargi. Takie nerwowe gest nie pasowały do niego, wiecznie obojętnego. Ale prawda była taka, że przy blondynie nie umiał być obojętny. Wywoływał w nim uczucia, których się po sobie nie spodziewał. Czasem negatywne, jak irytacja i złość. Jednak najbardziej dziwiły go te pozytywne. Począwszy od zaciekawienia poprzez współczucie i podziw. To ostanie było całkiem nowym odczuciem. Szanował go i podziewał, za jego siłę. Za to, że nie użalał się nad sobą, tylko żył. Biorąc od życia to, co mógł.
Naruto oderwał „spojrzenie" od słońca i skierował je na miejsce, gdzie jak sądził, siedział jego towarzysz.
- O co chodzi?
Gaara nie wiedział, jak ubrać swoje myśli w słowa. To było irytujące, że przy Naruto zbyt wiele rzeczy było trudnych. Zbyt często Gaara po prostu nie wiedział. To było frustrujące i gdyby nie to, że blondyn działa na niego także kojąco, mogłaby powrócić jego dawna agresja. Zmarszczył brwi i odchrząknął. Naruto pokręcił zachęcająco głową.
- Wiesz, ja...- zamilkł, nie wiedząc, co właściwie chce powiedzieć. Że ładnie wygląda? Że go lubi? Czuł, że zabrzmiałoby to śmiesznie, zwłaszcza w jego ustach- chciałem powiedzieć, że musze już iść.
Stchórzył. Westchnął, po części z ulgi, po części nad własną głupotą. Ale czego innego możnaby się po nim spodziewać? Naruto oklapł lekko, wyraźnie rozczarowany.
- Odprowadzić cię?- mruknął, wstając powoli. Gaara znalazł się przy nim i pozwolił wesprzeć się na ramieniu. Czuł wyraźnie jego ciepło i widział z bliska niewyraźne, pojedyncze piegi na nosie.
- Nie trzeba, Temari uparła się, że dzisiaj po mnie wyjdzie- tym razem nie kłamał.
Jego siostra była właściwie jedyną osobą, poza Naruto, którą akceptował. Gdy był mały, broniła go przed bratem, który złośliwie szczypał go w policzki i inne bolące miejsca lub bawił się w podobny, sadystyczny sposób. Miała silny charakter, dlatego zdołała wytrzymać wyzwiska nie raz lecące w jej stronę od młodszego braciszka. Szanował ją a ona odpłacała mu się swoją typową, lekko oschłą miłością. I wbrew pozorom on także ją kochał, gdzieś tam na dnie serca.
- Czemu jesteś taki spięty?- blondyn zmarszczył brwi, zaciskając mocniej ręce na ramieniu przyjaciela.
Wiedział, że przed nim niewiele jest w stanie się ukryć. On po prostu to wyczuwał, nie wiedział tego, ale potrafił rozpoznać emocje. Ta przedziwna zdolność zawsze ciekawiła Gaarę. Czy uśmiech jest wyczuwalny w powietrzu? Czy może dla niego ma jakiś zapach? Strach pachnie potem. A radość?
Wyswobodził się z uścisku i delikatnie przeniósł swoje dłonie na jego ramiona. Naruto był drobnej budowy, ale nadal nieco lepiej zbudowany niż Gaara. Miał pełną, rumianą twarz, był niewielkiego wzrostu co nadawało mu nieco dziecinny wygląd. On sam zaś był przesadnie szczupły, z pięknymi dłońmi zakończonym szczupłymi palcami. Teraz uważnie mu się przyglądał, i wiedział, że Naruto zdaje sobie sprawę z oceniającego go spojrzenia. Gaara spojrzał na usta przyjaciela.
To wystarczyło za wszystkie słowa świata.
Pochylił się i bardzo powoli przyłożył swoje wargi do warg swojego teraz-już-więcej-niż-przyaciela. Czuł ciepło bojące z jego twarzy, oddech na swojej własnej. Trwało to krótką chwilę i odsunął się z powrotem. Uważnie obserwował każdą zmianę na twarzy blondyna, chcąc znać jego reakcję. Nadal czuł ciepło na swoich ustach i oblizał je pośpiesznie.
- Co to było? Czy ty..- Naruto nadal nie otwierał oczu, a przez jego czoło przeszła zmarszczka zastanowienia- pocałowałeś mnie?
Zapadła cisza. Nie odpowiedział, tylko powoli zsunął dłonie z jego ramion i ruszył pomostem przed siebie. Naruto stał tam nadal, w tej samej pozycji. Gaara nie odwracał się, bojąc się, że jeśli to zrobi- zawróci. A tego nie chciał. Za domem już biegł, czując ja palą go policzki, wcale nie od wysiłku. Biegł, dopóki zmęczenie nie dało mu się we znaki. Oparł się o drzewo i położył głowę na zgiętej dłoni. Oddychał ciężko i zupełnie bezwiednie objął drzewo drugą ręką. Wyobraźnia podsunęła mu wizję, w której stoi przed o ściska go, dokładnie jak teraz. Tylko, że tak naprawdę to wcale nie był Naruto. Choćby nie wiadomo, jak tego pragnął.
Strona tytułowa książki zawierała zdjęcie pszczoły w sporym powiększeniu. Owad stał przodem do obiektywu, tak, że oglądający miał wrażenie spoglądania mu w oczy. Zdjęcia na dalszych stronach albumu były naprawdę piękne. Niektóre momenty zachwycały swą prostotą, choć przedstawiały prozaiczne rzeczy. Mały pająk na skropionej rosą pajęczynie lub mysz skubiąca ziarno. Gaara trzymał pięknie oprawiony album na kolanach, powoli przewracając kartki. Dostał go z okazji urodzin. Od siostry, która święcie wierzyła, że kiedyś obudzi się jego subtelna natura. Wtedy oczywiście wzgardził podarkiem, uważając zdjęcia głupich kwiatków i pszczół za bezużyteczne. Teraz ze spokojem kartkował książkę. Lecz tak naprawdę, chciał pokazać ją Naruto. Jeśli nie może zobaczyć tego na własne oczy, to opowie mu o tym. Z zastanowieniem przesunął palcem po fotografii słonecznika. Jego jasnożółte płatki wyraźnie wybijały się z monotonnego tła, czyniąc je jeszcze bardziej niezwykłym. Naruto często mówił, że jedną z niewielu rzeczy, jakie pamiętał były właśnie te kwiaty. Przewrócił ponownie kartkę i jego oczom ukazało się zdjęcie kota o wściekle zielonych oczach. Uśmiechnął się lekko, porównując ślepia zwierzęcia ze swoimi własnymi. Jego sierść była czarna, zupełnie jak skrzydła kruka. I gdyby nie oczy, bardzo przypominałby...Nie. Gaara zdecydowanie nie chciał teraz myśleć o tym wstrętnym bufonie. Najgorsze było to, że Naruto zdawał się wybaczyć nie tylko całą nieprzyjemność z prezentem, ale całe jego zachowanie. Zmarszczył brwi i spojrzał na drugie zdjęcie. Tym razem przedstawiało ptaka z żółtym brzuszkiem. W myślach pojawiła mu się pewna scena sprzed lat.
- To co takiego mi przyniosłeś?- ciekawski głos Naruto wyrwał go z zamyślenia. Chłopiec stanął za nim, lekko stukając laską w deski pomostu- Iruka zaraz przyniesie nam jakiś sok- dodał, siadając ostrożnie i wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt na wodzie.
Gaara nic nie powiedział, tylko powoli złożył na kolanach blondyna książkę. Zaskoczony drgnął i dotknął śliskiego papieru.
- Co to? Przyniosłeś mi książkę? Mnie? - Naruto zmarszczył brwi, przesuwając poszukującymi dłońmi po kartce- przecież to nie jest pisane Brajlem. Po co mi to, ten teges?
Gaara jedynie uśmiechnął się w odpowiedzi i chwycił dłoń przyjaciela.
- To album ze zdjęciami natury- powiedział, nakierowując palce niebieskookiego na fotografię ptaka- spróbuj zgadnąć, co to jest.
Przesunął delikatnie po konturach zwierzęcia, trzymając dłoń Naruto w lekkim uścisku. Chłopiec przechylił z zaciekawienie głowę, marszcząc jednocześnie brwi w skupieniu. Gaara oderwał wzrok od książki i spojrzał na zamyśloną twarz przyjaciela. Siedzieli obok siebie, stykając się ramionami. Miał z ej pozycji doskonały widok na szyję i profil Naruto. Uśmiechnął się lekko, chuchając ciepłym powietrzem w miękką skórę. Niebieskooki nic nie zauważył, skupiony na myśleniu.
- To jakiś ptak, prawda? Mały...- wyszeptał, nie zauważając, co robi jego przyjaciel.
- Tak. A teraz przypomnij sobie nasze pierwsze spotkanie- mruknął, ciekawy, czy blondyn to pamięta.
- Zabiłeś ptaka. Sikorkę! To jest sikorka...Ha ha...I jeszcze rzuciłeś tym zdechlakiem w mnie!- zaśmiał się, zadowolony z siebie i rozbawiony wspomnieniem.
Gaara uśmiechnął się w odpowiedzi i przewrócił kartkę. Tym razem fotografia przedstawiała czerwonego tulipana. Nakierował dłoń blondyna na długą łodygę, po czym spokojnie przesuwał w górę, wzdłuż jej rozpiętości. Dotarł w końcu do kwiatu i obrysował delikatnie płatki.
- Kwiat. To na pewno kwiat. Tylko jaki?- mruczał Naruto, ponownie marszcząc brwi i koncentrując się na rozwiązaniu zagadki- Róża?
Gaara pokręcił głową i całkiem niepostrzeżenie owinął drugą ręką talię chłopca. Ten wydał głośny okrzyk i klasnął w dłonie.
- Tulipan?- wydawał się być zadowolony z siebie.
- Tak. Zgadniesz kolor?- blondyn podrapał się po głowie na taką propozycję.
- A co ja będę miał, jak mi się uda?- spytał z chytrym uśmiechem, nadal nie zauważając ręki Gaary obejmującej go lekko w pasie- Jak trafię za pierwszym razem, to może postawisz mi lody? Niedaleko jest sklepik, mają tam pyszne. Zwłaszcza te malinowe- oblizał się na samą myśl.
- Strzelaj- mruknął Gaara, ciekawy odpowiedzi.
- Mmmm...Żół...nie, czerwony! Czerwony- powiedział uśmiechając się lekko i z triumfem.
W głowie jego towarzysza coś zaświtało. Skąd wiedział, że Gaara jest rudy nigdy wcześniej go nie widząc? Zmarszczył brwi i przyjrzał się niebieskim oczom, wpatrującym się w dal.
- Naruto...ty widzisz kolory?- spytał, nie przejmując się, jak idiotycznie to brzmiało.
Blondyn miał nieodgadniony wyraz twarzy, jednak nie wyglądał na smutnego czy obrażonego. Uśmiechnął się nieco nieobecnie.
- Bardzo niewyraźnie. I tylko czasem- mruknął, przesuwając bezwiednie palcami po kartce. Dłoń Gaary nadal nie wypuszczała go z uścisku- To zawsze lepsze, niż ciemność- dodał jeszcze ciszej.
- Jak straciłeś wzrok?
Wiedział, że to może być delikatna i bolesna kwestia. Ale mimo wszystko czuł, że to właśnie ten moment. Blondyn pochylił głowę i jego głos był jeszcze cichszy.
- Byłem wtedy mały, mogłem mieć najwyżej pięć lat. Nagle, z dnia na dzień widziałem coraz gorzej. Nie rozumiałem tego, a jako dziecko nie pojmowałem znaczenia choroby. Rozumiesz, budzisz się rano i chcesz się ubrać, ale nie możesz, bo zamiast podłogi jest nicość. I tak naprawdę nie masz pojęcia, co cię w niej czeka. Nie wiedzieli, co mi jest. A ja traciłem tak zwanych przyjaciół. Śmiali się ze mnie i tylko Sasuke zdawał się być sobą. Wiesz...jedną z rzeczy, którą pamiętam doskonale jest jego twarz- Naruto zamyślił się, opierając głowę na zgiętej ręce- To mój pierwszy przyjaciel. Ale potem pojawiłeś się ty i...Zaniedbałem go. Gaara, teraz to widzę. On przy mnie został, a jak gdy tylko pojawiłeś się ty, zszedł na drugi plan. Tylko co ja poradzę, że...- zaczerwienił się lekko, może z przykrości a może ze wstydu.
Gaara słuchał tego w milczeniu, obserwując twarz przyjaciela. Po raz kolejny nie wiedział, jak ma postąpić. Czy zacząć go pocieszać czy przyznać mu rację i jednocześnie złamać jego serce.
- Chłopaki, mam dla was coś dla ochłody- głos Iruki był aż nazbyt przyziemny- Przyniosłem parę ciastek, ale ty Naruto, nie przesadzaj, wiem ile potrafisz zjeść- mężczyzna zaśmiał się dźwięcznie i położył tacę z jedzeniem na ziemi.
- Dziękujemy- Gaara skinął uprzejmie głową, uwalniając lekko nieobecnego Naruto z uścisku.
- Dobrze się bawicie?- spytał Iruka, z radością patrząc na swojego syna. Nawet, jeśli tak naprawdę nie był jego, to nie miał to znaczenia. Pokochał tego malca od pierwszego wejrzenia.
Naruto wywrócił zniecierpliwiony oczami i machnął ręką.
- Dobrze, mamusiu. A ciastek już się najadłem, gdy ukradłem ci je z kuchni - uśmiechnął się łobuzersko. Iruka najwyraźniej chciał zrobić mu reprymendę, ale Naruto tylko uśmiechnął się uroczo- Proszę, zostaw nas. Chcę pogadać.
Mężczyzna spojrzał na niego, jakby chcąc coś powiedzieć, ale w końcu machnął ręką, najwyraźniej postanawiając się nie denerwować.
- Tylko nie porozbijacie szklanek. A ty Naru uważaj, bo jak wpadniesz do wody, to będzie kiepsko. Za godzinę mi wracać- kiwnął jeszcze raz głową, po czym odszedł w stronę domu.
Gaara patrzył w ślad za nim, gdy postanowił przerwać milczenie.
- Naruto?
- Co?- mruknął, odwracając głowę w jego kierunku i zamykając książkę.
- Lubię cię.
Chłopiec wyglądał na zdezorientowanego, ale uśmiechnął się lekko.
- Ja też, w końcu jesteśmy przyjaciółmi, ten teges- powiedział, sięgając uspokojony po ciastko i poszukując po omacku talerza- Bierz, jak chcesz- powiedział, gdy odnalazł jedno i wgryzł się w słodkość.
- Nie...nie rozumiesz. Tak samo jak nie rozumiesz, dlaczego Uchiha był taki w stosunku do ciebie- Gaara powiedział to spokojnie i mimo wszystko nie było w jego tonie agresji- On czuje dokładnie to samo. Dokładnie.
- Dokładnie...co?- spytał zaskoczony chłopak, opuszczając powoli rękę w której wciąż tkwił kawałek ciasta.
- Bardzo cię lubi. Bardzo. Cholera, jak powiem to słowo na „k", to chyba się zrzygam- na chwile powrócił „stary" Gaara, bezpośredni i prostolinijny. Zmienił się, ale nie na tyle, by odsłonić się tym z pozoru niegroźnym słówkiem.
Ale Naruto najwyraźniej nie musiał usłyszeć tego wprost.
- Kocha...Kochasz...mnie?- najwyraźniej nigdy nie wyobrażał sobie czegoś takiego, nawet w dziecięcych marzeniach o byciu kochanym- A Sasuke też mnie...?- pokręcił głową. Jego twarz była pąsowa a spojrzenie błądziło po ziemi, nie mogąc znaleźć bezpiecznego punktu zaczepienia.
- Tak. Powiedziałem ci to wszystko, a co ty zrobisz z tą wiedzą...- wstał z bólem serca. Naprawdę nie chciał tego tak rozegrać. Zranił go, choć chciał tylko pomóc wyjść z tej niewygodnej dla nich sytuacji. A jak zwykle zachował się jak słoń w składzie porcelany- Przemyśl to. Poczekam, jeśli będzie trzeba.
Odwrócił się i ruszył powoli przed siebie, mając wrażenie, że zostawił część swojego życia za sobą. I zaczęła do niego dochodzi prawda. Nie tylko Naruto był ślepy. On także. Na to, co go otacza, na piękno świata i życia. A blondyn pokazał mu to wszystko, tak jak on pokazał to jemu. I zostawił go po raz drugi, tak samo rozbitego.
Słoneczniki były naprawdę piękne. Zachwycały kolorem, tak intensywnym, że każdy inny kwiat bladł w jego towarzystwie. Zebrane w bukiecie oszałamiały swą optymistyczną barwą. Jednak przy uśmiechniętej szeroko twarzy Naruto i one stawały się mniej ważne. Nie miały jak konkurować ze złotem jego włosów, ani z delikatnym odcieniem skóry. Były dodatkiem. A Naruto śmiał się, nie mając jak otrzeć łez szczęścia, które zebrały mu się w oczach. Jego własne, ściskające ślinie łodygi dłonie wyręczyły inne. Blade, o typowo arystokratycznym kształcie. Gaara patrzył na tą scenę z nikłym uśmiechem rozżalenia. I choć z całych sił pragnął znaleźć się na miejscu Uchihy, stał tylko nieruchomo. Cała nienawiść, której się spodziewał gdzieś znikła. Było tylko smętne wrażenie czegoś, co odeszło.
Siedzieli na ich pomoście, mocząc bose stopy w chłodnej wodzie. I Gaara przeczuwał, że to ostatnie z takich chwil, gdy jest tak zwyczajnie. Gdy między nimi nie ma już nieścisłości i milczenia, jedynie zrozumienie. Czuł to pod skórą i jak się okazało, nie mylił się.
- Gaara?- ciszę przerwał blondyn, nadal nie odwracający głowy od tafli wody.
Mruknął coś, co miało oznaczać zachętę do dalszej rozmowy.
- Wiesz, co wybrałem, prawda?
Gaara czuł chłodną falę zalewającą jego pierś. Nie zmuszał się do sztucznego uśmiechu, wiedział, że na Naruto to nie działa.
- Wiem. Nie mam ci tego za złe- sam nie wierzył w swoje słowa. Jego dawna cząstka siebie wyła z wściekłością, domagając się zemsty. Jednak wiedział, że to nic nie da. Że to tak naprawdę nie jest zależne od samego Naruto. To coś skomplikowanego, czego on sam nie rozumiał- Nie, nie zabiję cię, jeśli wpadniesz w jego ramiona. To twój wybór. Ale wiedz, że jeśli cię skrzywdzi już jest trupem.
Naruto zaśmiał się cicho, chwytając jego dłoń. Gaara zaskoczony spojrzał na splecione w uścisku dłonie.
- Jesteś moim przyjacielem. Zawsze będziesz. Pamiętaj- jego oczy wpatrywały się gdzieś w dal, a na ustach zagościł lekki uśmiech.
Wraz z tym dotykiem po ciele Gaary rozeszła się spokojna, ciepła fala.
Tą milczącą chwilę przerwało pojawienie się kogoś, kogo spodziewał się od jakiegoś czasu. Sasuke stanął na ich pomoście w całej swej chłodnej osobie i milcząco dał o sobie znać. I nawet gdyby chciał, Gaara nie mógł zostać. Niema prośba w niebieskich oczach była zbyt wyraźna. Wstał i odszedł w stronę domu, kątem oka widząc jak Sasuke siada koło Naruto na pomoście i wręcza mu bukiet. Bukiet jasnych, świeżych słoneczników. Ulubionych kwiatów blondyna. Teraz stał, opierając się o dom i choć wiedział, że to bez sensu, wpatrywał się w parę w oddali. Obserwował, jak brunet powolnym ruchem osusza naznaczone bliznami policzki. A potem pochyla się i składa na jego wargach pocałunek. Jest o wiele dłuższy niż ta imitacja, którą uraczył go Gaara. I z pewnością przyjemniejsza. Westchnął, wstając i idąc w kierunku wyjścia. W głębi duszy rodziła mu się pasożytnicza nadzieja, że żaden związek nie trwa wiecznie. Że być może kiedyś Naruto...
Zaśmiał się nad ta wizją, akceptując, że zawsze będzie nim coś z tego małego, agresywnego egoisty. Jednak nadzieja zawsze pozostaje. Otwierając furkę obrócił się lekko, omiatając okolicę, w której spędził najwspanialsze chwile swojego życia.
Uśmiechnął się lekko i zerwał czerwonego maka rosnącego tuż przy drewnianym płocie.
Koniec
Aoi-Ame już niedlugo zaliczy roczek xD I nie moglam się powstrzymać, by nie dodać tego obrazka.
Witajcie!
Nie będzie długich wstępów, ponieważ jestem totalnie wykończona. Pisałam niemal od trzynastej, aż do prawie w pół do dziesiątej wieczorem. Co prawda, z małymi przerwami, ale nie za długimi. Koniec.
Tytuł: Dzień, w którym...
Paring: SasuNaru, troszkę NaruNeji (chodzi o zauroczenie)
Uwagi: Bardzo duża różnica wieku bohaterów. Normalne osadzenie akcji, tzn. nie w świecie ninja.
Nie czytajcie, jeśli:
- macie mało czasu, lub nie macie ochoty na spokojne, pozbawione akcji teksty
- nie lubicie non-canon
Ważne jest także zachowanie postaci Sasuke. Potraktowałam go tu trochę doroślej, niż naprawdę zachowuje się przeciętny siedmiolatek. Przymknijcie na to oko.
Zapomnialam, jak miała na imię siostra Kiby. Wybaczcie, wymyśliłam jej xD
Tu wszystko jest powoli, jeśli masz ochotę na porywającą akcję, obejrzyj sobie kryminał : )
I takie małe pytanie. Czy wiedzielibyście, kto jest kim, gdybym nie użyła imion?
Zapraszam.
Trzynasty lipca, w którym wszystko się zaczęło.
Za oknem nadal stali ludzie, spragnieni sensacji i nowych wieści. Najwidoczniej w ich pozbawionym emocji życiu takie zdarzenie wydawało się czymś ekscytującym. Wpatrywali się w okna, wymieniając między sobą bzdurne, bezsensowne teorie.
Skretyniali idioci. Wszyscy. Zaciskał pięści na krześle, nie czując już jednak tamtej złości. Emocje opadły. Nieuniknionym więc było, że powaga sytuacji spadła na niego z delikatnością i gracją worka cementu. Nawet, jeżeli cale życie uważał, że wyróżnia się inteligencją wśród otaczających go osób, to teraz ta pewność opadła. Zachował się jak idiota, czy chciał to przyznać, czy nie chciał. Może ktoś nazwałby to w inny sposób, ale „idiota", przynajmniej ładnie brzmiało. Jeszcze bardziej popsuł sobie humor tą przykrą konkluzją. Spróbował pomyśleć o czymś innym, na przykład o możliwościach ucieczki. Oczywiście, nie było to honorowe wyjście z sytuacji, ale zawsze jakieś. Jednak nie wyobrażał sobie siebie samego, skaczącego przez okno z trzeciego piętra. Takie wyczyny potrafili tylko superbohaterowie bzdurnych książek. Takich, które on sam po kryjomu czytywał, pełen podziwu dla umiejętności. Hipokryzja tego człowieka sięgała daleko, zakorzeniona w jego psychice. Odsunął plan o skoku na sytuację awaryjną, jednocześnie wpadając na kolejny pomysł. Przecież tuż przy oknie wisiała rynna, po której, niczym bohater którejś z książek, mógł zsunąć się na dół. Ta myśl tak bardzo mu się spodobała, że niemal wdrożył ją w życie. Niemal.
- A gdzie to się pan wybiera, panie Uchiha?
Omal nie krzyknął, czując dotyk tłustej dłoni na swoim nadgarstku. Odwrócił się powoli, jednocześnie spuszczając wzrok. Nie miał ochoty patrzeć w twarz tej kobiety. To z pewnością się nie wstyd, przynajmniej tak sobie wmawiał. On nigdy nie wstydził się za siebie, co to, to nie. Nie zamierza pokazywać skruchy tej „tłustej krowie", jak nazywała ją połowa szkoły. Zrobił to, co zrobił i choćby sam siebie nazywał od najgorszych kretynów, to przed nikim się do tego nie przyzna. Tak nisko nie upadł. Spróbował wyszarpnąć rękę, lecz skończyło się jedynie na zwiększeniu uścisku. Grube palce, zakończone paskudnymi, zgniłozielonymi paznokciami mocniej zacisnęły się na jego skórze.
- Nic.
- To było pytanie retoryczne, nieprawdaż?. Czy sądzi pan, że pański ojciec były zadowolony? I tak już pewnie przewraca się w grobie, nad pańska bezczelną impertynencją...
Najwyraźniej kobieta rozpoczęła pokaz umiejętności językowych. Każdy, kto choć trochę ją poznał, wiedział, że to tylko poza. Była prosta kobietą, nie raz zdążyło jej się rzucić mięsem, nawet w miejscach publicznych. Brak wykształcenia ukrywała pseudo szlacheckim zachowaniem i bogatą, przysadzistą mową. Ponadto niezmiennie używała słowa „nieprawdaż", najwyraźniej przekonana, że brzmi to poważnie i elegancko. To śmieszyło, zamiast imponować.
- Przepraszam, ale czy nie szkoda pani czasu? Ja...
- Milcz! Kiedy ja mówię dzieci milczą, nieprawdaż? Co za pozbawiona taktu i ogłady młodzież.
Pozostawił to bez komentarza, wiedzą, że i tak nic nie wskóra. Puściła jego rękę, obchodząc biurko, jej zdaniem, eleganckim krokiem. W końcu usiadła na przysadzistym, jak ona, fotelu.
- No i co ja ma z tobą zrobić, młody panie. Och, Sasuke, Sasuke. Po każdym bym się takiej rzeczy spodziewała, ale nie po panu i...
Powstrzymał się od wywrócenia oczami i wiedząc, że ma przed sobą wyjątkowo długą i nudna przemowę, przypomniał sobie ostatnie rozdziały jednej z książek. W momecie, gdy główny bohater był na skraju śmierci, gdy do jego pokoju wpadła wściekła dziewczyna. Nie pamiętał dokładnie, co nim pokierowało, ale w pierwszym odruchu rzucił w nią trzymaną w rękach książką. Niestety, jak zwykle w takich sytuacjach się to zdarza, chybił. Nie przewidział, że tak bardzo rozwścieczy dość sporych rozmiarów dziewczynę. Nie wiadomo skąd pojawił się w nim duch walki i czując się jak bohater czytanej powieści, niemal w zwolnionym tempie, wyciągając ręce przed siebie, pchnął ją na ścianę. No, taki przynajmniej miał zamiar, bo jego przeciwniczka nie dała się tak łatwo. On sam ze swoim metr dwadzieścia nie miał szans. Tak naprawdę złość tej dziewczyny nie była całkiem bez przyczyny, ale na miłość boska, żeby tak nagle atakować?
- Powinieneś okazać skruchę, a nie rzucać się na biedną Kumiko, nieprawdaż? To przecież jego siostra, zrozumiałe, że była wściekła na ciebie. Czy rozumiesz powagę sytuacji?
Uniósł brwi i niemal bezczelnie odpowiedział.
- Nie. To on mnie sprowokował, a ta kretynka nie powinna wpadać do mojego pokoju i usiłować mnie pobić!
Kobieta pokręciła głową, jakby litowała się nad jego głupotą.
- Dziecko, powiedz, coś ty zrobił temu chłopcu? Mała Ino pobiegła poza mury krzycząc, że zabiłeś Kibę!
To wyjaśniałoby tłumek przed drzwiami. Mimo woli wyobraził sobie, jak zaciska dłonie na szyi blondynki, patrząc, jak miarowo przestaje oddychać i miota się w poprzedzających śmieć drgawkach.
- Przecież go nie zabiłem. Zemdlał, wielkie rzeczy.
Kobieta westchnęła, co miało jej dodać teatralnego uroku. Spojrzał w końcu na jej twarz. Włosy miała spięte tym spinką tego samego koloru, co lakier do paznokci. Ciekawe, czy sprzedawali to w komplecie? Tego ktoś nawet z ogromną dawką dobrej woli nie mógłby nazwać nawet „znośnym". Dyrektorka najwyraźniej usiłowała dodać sobie urody i nonszalancji, spinając włosy w „wytworny" kok. Coś najwyraźniej nie wyszło. Zniesmaczony odwrócił wzrok. Miał wielkie poczucie estetyki, wciąż nadwątlane przez otaczający go świat. Jedynie on zdawał się być tutaj tak wrażliwy, reszta była irytująco obojętna. Jakże nienawidził tych ludzi. To tylko bezmózdzy, pozbawieni gustu przedstawiciele małp. W jego rozumowaniu nie zmieściło się wyjaśnienie, dlaczego wszyscy inni, oprócz niego, to kretyni. Najwyraźniej ta kwestia wydawała mu się zbyt oczywista, by ją rozwijać, czy przemyśleć.
- Dzieci opowiadały, że Kiba zaczął cię prowokować przy śniadaniu. Nie reagowałeś na te zaczepki, nieprawdaż? Dopiero kiedy powiedział ci coś na ucho, wbiłeś mu widelec w...
- Dłoń- powiedział to obojętnie, jakby to wcale go nie dotyczyło.
Kobieta zamrugała oczami, najwyraźniej zszokowana takimi wieściami.
- Słyszałam, że gdzie indziej. Ino opowiedziała w mieście, że najpierw wydłubałeś mu oczy nożem, potem wykroiłeś mu nim serce, zjadłeś je a następnie sam wbiłeś sobie widelec w pierś.
Przymknął powieki, urozmaicając wizję morderstwa jego koleżanki o kilka krwawych motywów. Bez przesady, nie był psychopatą, ani tym bardziej kanibalem. Słyszał o chłopcu, co prawda z innego kraju, który urządził małą masakrę w szkolnej klasie. Gaara, tak mu, o ile pamiętał, było na imię.
- A więc Kiba cię sprowokował, a ty wbiłeś mu widelec w rękę. Następnie, jego siostra, czując wielki gniew, zaatakowała cię, a ty, czując zagrożenie rzuciłeś się na nią, nieprawdaż?
Pomyślał, że było by prościej bez tych zbędnych określeń. Kiwnął niemrawo głową. Już miał coś powiedzieć, gdy drzwi do gabinetu otworzyły się z hukiem.
- Proszę pani, jakaś kobieta do nas przybyła! Rodzi! Dziecko! Proszę pani!
Jednak z sprzątaczek zdyszana oparła się o próg.
- Dziecko? Rodzi? Ja...za raz...już idę - najwyraźniej w sytuacjach stresu traciła swoją wątpliwą elokwencję.
Z zainteresowanie spojrzał w stronę drzwi. Obie kobiety wybiegły, zostawiając je otwarte. Powoli wyszedł za nimi, nie interesując się tym, ze powinien zostać w pokoju. Szedł korytarzem, mijany co jakiś czas przez pracowników sierocińca. Jeśli jakaś kobieta faktycznie urodzi tutaj dziecko, to będzie ono niewątpliwą atrakcją. W tym miejscu rzadko dzieje się coś bardziej ekscytującego, niż przyjazd wesołego miasteczka do pobliskiego miasta. W stołówce było słychać krzątaninę i krzyki. Zmarszczył zdziwiony brwi. Poród w takim miejscu? Bardziej odpowiedni zdawał się już gabinet pielęgniarki...
-Matko Boska, co to dzisiaj się dzieje! A to jakieś widelce, to zjadanie serc, to teraz jeszcze dziecko się rodzi! Jezusie...
Zza drzwi dobiegały krzyki dyrektorki. Podszedł cicho i zajrzał przez futrynę. W sali panował zgiełk i ogólny bałagan. Mimo, iż w był w niej tylko trzy osoby, nie licząc kobiety leżącej na stole. Miała rude, proste włosy, najpewniej jasne oczy. Z pewnością była bardzo ładna, jednak wykrzywiona w bólu, nie była do ocenienia. W głębi duszy współczuł jej dziecku, że takie osoby odbierające jego poród. Pan konserwator, znający się na naprawie cieknących umywalek, nie na dzieciach, młoda, niedoświadczona sprzątaczka i stara, gruba dyrektorka, też bez doświadczenia. Biedne dziecko.
- Kiedy ta położna ma przyjechać?
- Nie wiem, mówiła, że nie w tej chwili mają już jedno zgłoszenie.
- Kelly, podaj ręcznik, na miłość boską- mężczyzna stał nad rodzącą, wyglądając, jakby nie bardzo wiedząc, co ma robić.
Sprzątaczka pokiwała nerwowo głową i podała materiał. Konserwator stal jak zamurowany, wpatrując się w zalewającą się potami kobietę.
- No i co stoisz jak baran, mało razy twoja żona rodziła?- dyrektorka nie udawała już, że ma cokolwiek z damy. Stała z podwiniętymi rękawami, czerwona twarzą i potem zlewającym się z czoła.
- No tak, ale co ja, za nią to robiłem? Zawsze mnie wyganiali.
Sasuke nie mógł zrozumieć głupoty tych ludzi. Stali, podczas gdy ona cierpiała. Z tego stanu odrętwienia wyrwał ich głośniejszy niż poprzednie krzyk. Nie zważając na to, że powinno go tu w ogóle nie być, wszedł do środka.
- Co ty tu robisz do cholery?
- Chciałem tylko powiedzieć, że ona już niemal...
Jak na komendę dziewczyna nazwana Kelly podeszła do stołu i nachyliła się nad rodzącą dziewczyną. Odwróciła się do Sasuke.
- Podejdź tu, pomożesz mi.
Powoli zbliżył się do stołu, niepewnie spoglądając w twarz dziewczyny. Bal się, czego będzie od niego oczekiwać.
- Ocieraj jej pot z czoła, a ja zajmę się dzieckiem.
Chwycił szmatkę i wykonał polecenie, czując współczucie na widok bólu wpisanego na jej twarzy.
- Przyj...Wszystko będzie dobrze, jeszcze trochę.
Dziewczyna zmarszczyła brwi w ogromnym wysiłku. Sasuke miał wrażenie, że to kolejny rozdział książki. Zupełnie nierealne, jak wytwór wyobraźni. W pokoju wciąż słuchać było pełne bólu posapywanie. Dyrektorka i jej towarzysz patrzyli oniemieli na rozgrywającą się przed nimi scenę, Zwykła, wiejska służąca wraz z siedmioletnim chłopcem wykonują tak trudne zadanie, a dorośli nie mogą nawet się poruszyć. Czysty absurd. Rodząca po raz ostatni wykonała ogromny wysiłek i na twarzy Kelly pojawił się pełen ulgi uśmiech.
- Jest! To chyba dziewczynka...
Sasuke z fascynacją spojrzał na zakrwawione, wijące się maleństwo w rękach dziewczyny. Było brzydkie, jak każdy niemowlak, ale...Nic nie mogło się równać z widokiem nowego, całkiem malutkiego człowieka.
- Razem nam się udało- powiedziala dyrektorka, ale nikomu jakoś nie chciało się uświadamiać jej prawdy. Każdy pozwolił jej mieć własne spojrzenie na sytuację. Kelly dała dziecku niewielkiego klapsa. Wydało dzwięk, który w pewnym sensie przypominał płacz. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i otuliła łkające niemowlę w materiał. Sasuke oderwał od nie wzrok, kierując go na leżącą na stole kobietę. Zmarszczył brwi widząc, że zemdlała. Nie miał pojęcia, że nigdy nie obudzi się z tego omdlenia.
- Czy ona żyje? - dyrektorka spojrzała niepewnie w stronę stołu.
- Proszę pani...- delikatnie ją szturchnął, marszcząc brwi ze zmartwieniem- wszystko w porządku?
Nie opowiadała. Pokręcił głową i spojrzał pytająco na stojąca przed nim dziewczynę. Ona tylko pogłaskała lekko znajdujące się w jej ramionach zawiniątko, a po jej policzkach spłynęły łzy. Sasuke wiedział, że coś jest nie tak.
- Biedne dziecko...bez matki, taka kruszynka- Kelly zapłakała, kręcąc głową.
Sasuke nie rozumiał. Przecież miało matkę, ona tylko zemdlała. Jednak jego serce zalał dziwny niepokój. Linda, mała, sympatyczna dziewczynka, zaraz po tym, jak zemdlała w klasie, została wniesiona pod białym prześcieradłem. Nigdy nie wróciła. Sasuke automatycznie zrobiło się żal kobiety. Dyrektorka westchnęła i przeżegnała się szybko.
- I co my z tym maleństwem zrobimy? Musimy przygarnąć, na ulicy nie zostanie. A ta biedaczka? Przedstawiła ci się chociaż?
Płacząca dziewczyna pokręciła głową.
- Nie...nie było czasu, znalazłam ją pod drzwiami. Cos tam mamrotała, ale nie mogłam jej zrozumieć- mówiła z trudem, kołysząc nadal łkające maleństwo. Mężczyzna, cały czas milczący podszedł do stołu z posępnym wyrazem twarzy.
- Puść ją, chłopcze.
Sasuke dopiero teraz zorientował się, że nadal ściska ramię kobiety. Zrezygnowany, puścił je i odszedł, by zrobić miejsce.
- Może gdyby był przy tym lekarz...- mruknął, układając ja w pozie jak do snu- Co z dzieckiem? Może powinnyśmy ją nazwać?
Kiwnęli głowami, w zamyśleniu spoglądając na dziecko. Sasuke zamrugał, przypominając sobie imię ukochanej bohatera jednej z jego książek. Natalie. To imię spodobało mu się od kiedy je usłyszał, było miękkie i dziewczęce.
- Jeśli to dziewczynka, to może Natalie?
Spojrzeli na niego, marszcząc brwi. Konserwator pokiwał uznając, dyrektorka zaś zamyśliła się.
- Ostatni pełno tutaj europejskich imion...Na miłość boską, rozumiem, jeśli dziecko nie rodzi się tu, ale wszyscy inni? Jednak możemy pójść na kompromis i nadamy jej Naruko, równie piękne, nieprawdaż?
Nawet Sasuke kiwnął głową z aprobatą. Jednak chwilę ciszy, jaka po tym nastała, przerwał niepewny szept Kelly.
- Ależ to...to nie dziewczynka! Najprawdziwszy chłopiec!
Nikt już nie był zdziwiony, widocznie rewelacje dnia były zbyt duże.
- Więc będzie Naruto- Sasuke powiedział to pewnym siebie głosem, spoglądając na dziecko, jakby było jego własnością. Nadal mu imię, więc coś było na rzeczy.
- Skoro Sasuke tak bardzo go sobie upodobał, to może w przyszłości, gdy trochę podrośnie, zaprzyjaźnicie się? -Dyrektorka powiedziała to w formie żartu, jednak on wziął to sobie do serca. Będzie się nim opiekował, to od dzisiaj jego obowiązek.
Drugi grudnia, w którym pękły tamy.
Stał na podwórku, opierając się o mury sierocińca. Specjalnie poszedł za budynek, by móc swobodnie zapalić. Mimo swoich szesnastu lat, wciąż traktowano go jak dziecko i by spokojnie sobie pozaciągać, musiał się kryć. Tak naprawdę nie było w tym nic przyjemnego, robił to z przyzwyczajenia. Czy z nałogu, ale, co prawda, to pierwsze lepiej brzmiało. Posiadał irytującą cechę barwienia, usuwania lub przekręcania nieprzyjemnych cech swojego charakteru, czy też czynów. On nie był chamski, tylko dosadny, bo tak brzmiało lepiej. Westchnął, patrząc na biały puch skrywający niezadbaną trawę. Często tu przychodził, nie tylko, by zapalić. Także po to, by całować się z dziewczyną. No, „dziewczyna" także lepiej brzmiała od Neji'ego. To był tylko eksperyment, by sprawdzić, jak to jest. Chłopak nie należał do placówki, miał normalną rodzinę. On po prostu przychodził tu, z tylko sobie wiadomych powodów. Nawet Sasuke, który zazwyczaj nie miał zdania, uważał, że Neji jest po prostu dziwny. W swoich długich włosach, strasznych soczewkach i strojach. Był oryginałem, o którym się nie zapomina. Pewnego razu rozmawiali, to o tym, to o tamtym. W końcu weszli na tematy damsko-męskie i Sasuke bezwolnie wyznał, że jego ideałem jest blondynka o niebieskich oczach. Blondynka również lepiej brzmiało niż blondyn. Neji także w tej kwestii pozostawał oryginałem i stwierdził, że obojętne mu, jak ktoś wygląda, byle nie ubierał się na zielono. Chłopak prawdopodobnie miał jakiś uraz do tego koloru, nieodłącznie związanego z innym wychowankiem sierocińca, Rockiem Lee. I Sasuke był niemal pewien, że ten uraz pochodzi od niego. Nie wnikał jednak, z jakiego powodu. Mimo, iż Neji nie miał niebieskich oczu ani blond włosów, a Sasuke miał akurat na sobie ciemnozieloną koszulkę, to ich usta spotkały się na krótko. Było całkiem przyjemnie, ale skończyło się na wzruszeniu ramionami i powrocie do rozmowy, tym razem traktującej o orientacji. Oboje zgodnie stwierdzili, że nie wiedzą, czy ich ukochana osoba (czy też tylko partner do seksu) wchodzi do kabiny z kółkiem, czy z trójkątem. Pomijając oczywiście zboczeńców, transseksualistów, pedofilii oraz osoby ślepe, bo te grupy społeczne odpadały na starcie. Przymknął powieki, zastanawiając się, gdzie może być teraz ten nieznośny dzikus. Oczywiście, nie chodziło mu o Neji'ego, tylko o kogoś zupełnie innego. Zazwyczaj jego nieodłączny towarzysz, rzeczony blondyn vel blondynka o niebieskich oczach, stał na czatach. Pilnował, czy nikt nie idzie, a tak naprawdę często stawał się źródłem ciepła. Naruto najwyraźniej nie bał się śmierci, gdyż potrafił podejść do Sasuke i tak po prostu się przytulić. Dla wielu zdawało się być to ryzykowanym posunięciem, ale nie dla miejscowego wariata. Westchnęła ponownie, zaciągając się. Mała, niebieskooka pchła znów gdzieś się włóczy, bez niego. Mocno wziął sobie do serca słowa dyrektorki. Opiekował się nim, stał się jego przyjacielem. I może z boku nie wyglądało to jak przyjaźń, to oboje nie wyobrażali sobie bez siebie funkcjonowania. Naruto budził go swoim wstawaniem o nieludzkich porach, Sasuke zmuszał blondyna do ubrania się, Naruto znowuż ściągał go na śniadanie i prowokował do zabawy, a Sasuke zmuszał urwisa do nauki...Dzień każdego z nich był ułożony pod tego drugiego, a nieobecność zawaliłaby cały „grafik". Kłócili się niemal bez przerwy, nie chodziło tu nawet o różnice wieku, ogromną, bo aż siedem lat, tylko o charaktery. Zupełnie inne. Już miał zgasić papierosa, gdy zza rogu wybiegł zdyszany blondyn.
- Przepraszam! Musiałem posprzątać w stołówce, bo rozlałem mleko na ścianę!- krzyczał zupełnie, jakby Sasuke stał na końcu boiska do piłki nożnej.
Brunet pokręcił z politowaniem głową. Takie zachowanie było typowe dla tego narwańca. Blondyn przystanął przed nim, podskakując nerwowo w popisanych, czerwonych trampkach. Tylko on mógł założyć takie budy w środku zimy i twierdzić, że jest mu ciepło. Na policzkach wciąż miał rumieńce od biegu. Ściskał kurczowo ohydną, pomarańczową czapkę-uszankę z pomponem. Naruto nigdy nie miał gustu, przez co Sasuke musiał cierpieć, słuchając muzyki europejskich zespołów i oglądając wiszące nad łóżkiem blondyna plakaty powykrzywianych twarzy muzyków. Jednak najgorszy był okres, gdy niebieskooki fascynował się tak zwanym metalem. Sasuke rozważał wtedy możliwość samobójstwa poprzez roztrzaskanie sobie na głowie narzędzia zniszczenia, czyli radia odważającego muzykę. Na szczęście ta faza minęła i nastąpiła mniej groźna dla życia, rockowa. W chwili obecnej Naruto dyplomatycznie stwierdził, iż jest otwarty na propozycje i lubi każdy rodzaju muzyki. Uznał, że jest tolerancyjny i Sasuke nie miał ochoty wyprowadzać go z jego bezsensownej dumy.
- No i po co żeś tu biegł, mogłeś poczekać w holu.
- No ale właśnie nie!
Krzyknął, a jego oczy zabłysły chorym blaskiem. Odsunął się lekko i zaczął wykonywać jakiś dziwny, pokręcony taniec polegający na machaniu ramionami i obracaniu się powoli w kółko. To było dla niego normalne zachowanie, więc pytanie się go o samopoczucie nie miało sensu.
- Czyżbyś trafił na trop swojego mózgu?- to nie miało być złośliwe, tak w języku Sasuke brzmiało pytanie.
- Nie, nie, nie! Zgadnij, co się stało!
Blondyn tylko na chwilę zaprzestał swojego tańca, po czym powrócił do dawnej czynności. Brunet już dawno przestał się zastanawiać, czy wszystkie dziewięciolatki są takie trudne w obsłudze. Wzruszył ramionami.
- Green Day mają koncert w Japonii?
Naruto pokręcił przecząco głową, nadal się uśmiechając.
- Sakura spojrzała na ciebie dłużej niż pięć sekund?
Policzki blondyna pokrył rumieniec, ale nadal zaprzeczał.
- Ramen będzie na obiad?- naprawdę wiele rzeczy mogło uszczęśliwić tego urwisa, dlatego postanowił się poddać- Dobra, powiedz w końcu.
Chłopiec przystanął, zbierając się na odwagę.
- Zakochałem się...
Sasuke westchnął. Nie wiedział, po raz który słyszy te słowa z ust blondyna. Zazwyczaj, gdy poznawał nowy zespół, przez kilka dni chodził „zakochany" na zabój w jego wokaliście. Przez jakiś czas, możliwe, że to było pół roku, Naruto trwał w zauroczeniu ich nauczycielem, Kakashi'm. Sasuke mimo woli czuł złość, a nie wiedział, czemu. Z pewnością chodziło o to, że nie miał ochoty wysłuchiwać pieśni pochwalnych, jaki to on jest inny od innych, jaki przystojny i inteligentny. Oraz o to, że to zwykła pedofilia, tylko tak jakby odwrócona. Nie zdawał sobie sprawy, że to zwykła zazdrość. Nic innego. Potem przyszło dłuższe zauroczenie w Sakurze, która, bez używania zmiękczających określeń, miała go gdzieś. Czasami Sasuke miał ochotę chwycić ją za głowę i uderzyć o ścianę i wcale nie wtedy, kiedy naprzykrzała się jemu. On troszczył się o blondyna i nie chciał, by spotkał go kolejny zawód.
- Kto to?
Naruto spuścił wzrok, ale mimo woli się uśmiechnął.
- Pan konserwator.
Z wrażenia upuścił papierosa, jednak widząc, że blondyn się śmieje, zmrużył wściekle oczy.
- No co ty, żartuję. Takiego dziada? Ha, ha!
Sasuke nie było jednak do śmiechu. Chciał się dowiedzieć, by odpowiednio przystopować blondyna, zanim ktoś go skrzywdzi.
- No, okej, już koniec- spoważniał- to jest, ten, no...Neji.
Serce zamarło mu na moment. Nie tego się spodziewał. Doprawdy, wszystkiego. Był gotów uwierzyć nawet w jego miłość do Kiby czy jakiegokolwiek innego idioty, ale do niego? To było tak abstrakcyjne. Owszem, Neji i Naruto znali się bardzo dobrze. Bo gdzie Sasuke, tam Naruto. Czasem tylko, tak, jak w wypadku pocałunku, rozmawiali sami. Lecz zwykle towarzyszył im pełen energii chłopiec. Neji zdawał się go akceptować i nie wyrażał w stosunku do niego jakiś głębszych emocji. Właściwie, nie było osoby, do której by je przejawiał. Nawet Sasuke, który był jego „prawie" przyjacielem, nigdy nie został obdarowany głębszym uśmiechem czy choćby miłym słowem. Dlaczego ten dziwny, niemal wyprany z emocji człowiek? W dodatku o tyle starszy. Już nawet Sasuke był mu bliższy wiekiem. Jeden rok czyni ogromną różnicę! Neji, jako siedemnastolatek z pewnością inaczej myśli o seksie, niż dziewięcio czy nawet szesnasto latek. Co będzie, jeśli zostaną parą i starszy będzie nalegał?
- Słucham?- tylko tyle zdołał wydusić.
- No wiedziałem, że będziesz zdziwiony, ale...nie masz nic przeciwko?
Blondyn podszedł do niego bliżej, chwytając jego dłonie w swoje. Te niebieskie oczy wpatrywał się w niego pełne błagania. Pełne nadziei. Śliczne, niebieskie punkty, które...Nie, nie umiał sobie go wyobrazić w związku z tym chłodnym ekscentrykiem.
- Czemu on?- pokręcił głową, czując, że zaczyna go boleć.
Naruto westchnął, zaciskając dłoń mocniej.
- No...tak czasem jest, po prostu. I on jest taki mądry i zna na wszystko odpowiedź...I wyróżnia się...No i jest twoim przyjacielem, co znaczy, że go lubisz.
Roześmiał się, puszczając go i nadal patrząc pytającym wzrokiem. Sasuke zmarszczył brwi, czując bunt. Nagle wezbrała się w nim złość. Wyobraził sobie, jak chwyta nóż, i powoli, metodycznie wbija go w pierś Neji'ego. Bardzo, bardzo powoli okręcając ostrze w ciele, by sprawiło ogromny ból.
- To jest pedofilia. Nie możecie być razem- powiedział to z trudem, nie chciał na niego krzyczeć.
- Na niego, to mogę poczekać- powiedział hardo, biorąc się pod boki. Tak, jakby był już całkiem pewny swojego postanowienia.
Sasuke czuł, że coś w nim pękło. Jakaś tama. Niewidzialna bariera w mózgu. To, wcześniej to nie była troska, tylko...
- Ale...nie masz nic przeciwko?- niepewne pytanie dobiegło go jak zza ściany. Zamrugał.
- Oczywiście, że mam- zaczął zimno- on nie jest dla ciebie, z resztą, ma dziewczynę - skłamał świadomie, nie bacząc na konsekwencje- odpuść go sobie.
Pożałował swoich słów. W niebieskich oczach pojawiły się łzy.
- Ma..? Och.
Naruto pochylił głowę, a jedna z kropel spadła na kurtkę. Sasuke wyczul, że teraz pora na ten ruch. Podszedł i powoli objął go ramionami. Nie myślał, że zachował się jak rasowa świnia, wbijając przyjacielowi nóż w plecy. Teraz liczył się blondyn, który należy tylko do niego. Cholerny Neji nie jest przeszkodą. Nawet, jeżeli on sam nie wiedział, że nią był. Naruto wyswobodził się z ramion i przełknął ślinę.
- Ja...Dzięki za wszystko. Znów wyszedłbym na idiotę, tak jak z Sakurą...I przepraszam za kłopot...
Stał tam, zakłopotany i niepewny. Sasuke odwrócił wzrok. Nie zamierzał posuwać się za daleko. Jeszcze nie teraz. Ale uczynił wielki krok. Właściwie przez przypadek. Zburzył tamy, teraz wie, co to za uczucie.
Znał go od dziecka. Choć i to mało dokładne określenie. Był jedną z pierwszych osób, które go widziało i jedną z niewielu, które poznało jego matkę. Nadał mu imię. Ubierał, gdy był mały, pomagał w nauce, gdy miał problemy, bawił się z nim, bronił go przez starszymi...Niemal zawsze z nim był. Jako starszy brat, którego on prawdopodobnie nigdy nie miał. A teraz nagle okazało się, że to wcale nie braterska miłość.
Czy jego życie musi być tak skomplikowane?
Dwudziesty ósmy kwietnia, w którym przyszło rozstanie.
Leżał na łóżku, z pozoru spokojny. Tak naprawdę nie wiedział, czego się spodziewać. Naruto wyszedł, uprzednio zapewniając go, że przyniesie coś „fajnego". Naprawdę wolał nie wiedzieć, co to takiego będzie. Blondyn uważał wiele rzeczy, w tym niebezpiecznych czy obrzydliwych, za fajne. Na przykład skakanie z dachu na dach. Sasuke do dziś pamiętał swój strach, gdy jego narwaniec zaprowadził go na strych a następnie zademonstrował nowo nabytą umiejętność chodzenia po parapetach bez użycia rąk. Życie z tym kretynem często było ponad jego siły i nie było dnia, kiedy by się o jego „zabawy" nie pokłócili. Zwłaszcza o smażenie jaszczurek nad świeczką w ich pokoju, na co ochota aktywowała się w blondynie wraz z sezonem na te zwierzęta. Pokręcił głową, bojąc się, o co mogło chodzić tym razem. Poprawił guzik swojej czarnej, dopasowanej koszuli. To była jedyne ubranie, które sam sobie kupił. Reszta była fundowana przez sierociniec, a co za tym idzie, po prostu brzydka. Musiał przyznać, że wyglądał w niej świetnie. Nie ubrał jej bez powodu. Dziś miała odbyć się swego rodzaju randka. Sasuke, nawet gdyby ktoś go zapytał, nie potrafiłby określić, kiedy została przerwana tama milczenia. Możliwe, że miesiąc po usłyszeniu okropnej wiadomości o nowym „ukochanym" Naruto. Krok, po kroku zbliżał się do chłopca, nie przejmując się, że zachowuje się jak...pedofil. Jednak czasem to zajmowało jego głowę. Czy jest zboczony, skoro...zakochał się w siedem lat młodszym chłopaku? To z pewnością nie było normalne. Starał się sobie tłumaczyć, że tu nie ma pożądania cielesnego, on kocha Naruto, nie jego ciało. Miał nadzieję, że to coś zmienia. Jednak z czasem tracił jedyny dowód na swoją niewinność oraz czyste intencje. Otóż, chcąc, nie chcąc, blondyn stawał się pociągający. I to nie pozostawało przez Sasuke niezauważone. Wręcz przeciwnie. Jako siedemnastolatek, miał już za sobą najgorszą część okresu dojrzewania, więc erekcji nie mógł zrzucić na to. Zaczynało go to martwić i frustrować. Westchnął, zakładając ręce za głowę. Jeśli dzisiaj odbędzie się „randka", oznacza to całowanie. Sasuke nie chciał zaczynać tego elementu związku za wcześnie. Mimo, iż chłopiec wiedział, co starszy do niego czuje, to nie podjął tego kroku. To było chore, by dziewięciolatek już się całował. Mimo wszystko, każdy ma swój czas i nie warto zaśmiecać dzieciństwa dorosłością. Dopiero całkiem niedawno Sasuke zdecydował się to zrobić. No, może pewna część jego ciała tez na to wpłynęła. Ale mimo wszystko, zaczekał do dziesiątych urodzin. Czuł wyrzuty sumienia, jednak starał się je zagłuszyć, jak tylko mógł. Przecież nie zaszło dalej, niż niewinny buziak. Nieprawdaż? Zmarszczył brwi, słysząc kroki na korytarzu. Do pokoju wpadł Naruto, cały zarumieniony, trzymając w dłoniach jakiś kolorowy pakunek.
- Co to? Boję się spytać- powiedział, patrząc spod przymrużonych powiek na siadającego na skraju łóżka chłopca.
- Czekolada. Zwiedziłem z kuchni- zaśmiał się, dumny.
Nadal z pakunkiem w dłoniach niemal czołgając się po ciele leżącego chłopaka, dosięgnął jego ust. Złożył na nich lekki, niewinny pocałunek. Nadal nie robili nic bardziej niegrzecznego niż to, na całowanie z językiem nie przyszła jeszcze pora.
- Nieładnie...mały złodziejaszek- Sasuke bał się podświadomie, że ciepło leżącego na nim ciała, smak jego ust, mogą spowodować ożywienie pewnych partii jego ciała.
- Złaź, zanim mnie sprowokujesz- mruknął w jego usta, przegryzając lekko czerwona wargę.
Naruto zachichotał, kręcąc przecząco głową. Usiadł na nim, co starszemu skojarzyło się z...pewną pozycja seksualną. Nagle zapragnął zimnego prysznica.
- Czekaj, może najpierw zjemy czekoladę? - zaśmiał się, rozrywając papier- z bakaliami, pycha.
Odłamał kostkę i podał ją brunetowi. Ten, wciąż patrząc w niebieskie oczy wsunął ja do ust. Blondyn uśmiechnął się lekko szaleńczo.
- Weź ja ode mnie...- mówiąc to również wziął kawałek, umieszczając ją miedzy sowimi zębami, tak, że wystawała lekko. Pochylił się. Sasuke jęknął nieświadomie. Chwycił słodycz, nie mogąc uniknąć kontaktu z miękkimi ustami. Zatopił się w nich, po raz pierwszy wsuwając język w ich wnętrze. Było cieple i słodkie od czekolady. Zamruczał, rozkoszując się tym uczuciem. To było coś niesamowitego, innego. Z Neji'm, owszem, całował z „języczkiem" ale nie doświadczył żadnych z tych uczuć. Zacisnął dłonie na koszulce blondyna i przeciągnął go bliżej. Wiedział, że to zaczyna się robić niebezpieczne. Ale miał to głęboko w poważaniu, czując to ciepło, ten zapach i słodycz. Zaczął ściągać mu koszulę, a Naruto nie protestował. Powoli, gładząc nowo odkrytą skórę, zrzucił materiał na podłogę.
Być może zaszłoby to dalej. Być może zrobiłby to z nim, a może by się opamiętał. Jednak dokładnie w chwili, gdy powalił go na łóżko, przejmując kontrolę, na korytarzu zabrzmiał skrzekliwy głos.
- Nie daruję, Naruto! To trzecia czekolada w tym miesiącu, niech ja cię dorwę!
Drzwi otworzyły się na oścież. Usłyszał głośny krzyk zaskoczenia. Doskonale wiedział, jak to musi wyglądać. On, siedemnastoletni chłopak, znany z dziwnych zachowań, przyciska do łóżka drobnego, dziesięcioletniego chłopca. Bez koszulki. Nie dziwił się, że wygląda to jak...gwałt. Wiedział, że w tej chwili cały jego świat legną w gruzach.
- Ty...ty...jak śmiesz! Ty zobaczony..! - skrzekliwy głos starej kucharki zapamiętał na długo. Wstał gwałtownie, rzucając w Naruto koszulką. Ten, przestraszony, ubrał ją pospiesznie.
- Wynoś się stad, zanim zawołam policję! Wynoś się i nie wracaj! - krzyczała, emanując świtem gniewem, nie dając mu dojść do głosu. Co właściwie mogłaby powiedzieć, ona miała rację. Naruto był tylko dzieckiem.
- Przepraszam, zapomniałem zamknąć drzwi...- z niebieskich oczu ciekły łzy. Sasuke pokręcił głową, na znak, że nie jest zły.
- Nie martw się. Wyjaśnię to- Sasuke patrzył, jak kobieta podchodzi do blondyna i oplata go ramionami.
- Już w porządku, kochanie. Jego już niedługo tu nie będzie.
- Nie! Ja się zgodziłem, to nie był gwałt, proszę pani!- Naruto wyrwał się z ramion kobiety i podbiegł do Sasuke, chwytając jego rękę- proszę mi uwierzyć.
Spojrzała na nich zaskoczona.
- Matko święta, o co tu chodzi? O kiedy to ofiara tak mówi!? Chłopak chłopaka, ja już nic nie rozumiem- pokręciła niedowierzająco głową, wciąż na nich patrząc- to prawda?
- Tak, ja...my jesteśmy razem, proszę nie dzwonić po policję!
Sasuke uznał, że czas zabrać głos.
- Może faktycznie lepiej będzie, jak wyjadę na jakiś czas- Naruto już chciał przerwać, gdy uciszył go ręką- gdy skończysz szesnaście lat, wrócę. Obiecuję.
Wyswobodził się z jego uścisku i spojrzał na kobietę.
- Wiem, że mogła to pani tak odebrać. Przepraszam, to już się nie powtórzy.
Zamrugała, nie bardzo wiedząc, jak się zachować. Poprawiła fartuch i odchrząknęła.
- Cóż, powiem dyrektorce, że wyjechałeś w poszukiwaniu pracy. Zrozumie- widząc, że chce coś dodać, uciszyła go gestem- nie powiem o tej sytuacji.
Kiwnął głową z wdzięcznością. Kobieta spojrzała na niego nieco podejrzliwie i podała:
- Pożegnajcie się, ale nie za długo. Za kwadrans ma cie tu nie być.
Zostali sami. Naruto wściekły podszedł do niego i złapał za koszulę.
- Czemu? Mogła się zgodzić, byś został! - krzyczał, potrząsając nim lekko.
- Nie- zaczął powoli, chwytając jego dłonie i calując każdą z nich- tak będzie lepiej. Nie wiem, czy zdołam się powstrzymać, tak, jak dzisiaj. Tak będzie lepiej dla ciebie.
Niebieskie oczy wpatrywały się w niego, zrozpaczone. Nie dał mu jednak dojść do głosu. Pochylił się i lekko musnął ustami jego wargi. Wyminął go, powoli pąkując rzeczy do torby. Naruto nie ruszał się, stał w jednym miejscu nawet wtedy, gdy Sasuke otwierał drzwi. Dopiero gdy wychodził, usłyszał cichy szept.
- Poczekam na ciebie. Choćby te sześć lat.
Brunet spoglądał na niego chwile, po czym wyszedł, zmykając za sobą drzwi. I pewien rozdział swojego życia.
Czternasty lipca, w którym nastała wolność.
Szedł powoli, nonszalanckim krokiem. Zdawał sobie sprawę, jak wygląda. Utwierdzały go w tym pełne uznania spojrzenia przechodzących obok ludzi. Papieros u ustach, rozpięta pod szyją koszula i ciemne spodnie, nie dość obcisłe ani za szerokie. Może to były powody, dla których nie mogli oderwać od niego wzroku? Poprawił torbę wiszącą mu na ramieniu. Była ciężka, ale trudno się dziwić. Zawierała cały dobytek po sześciu latach życia w Ameryce. To był czas, kiedy się bawił. Jego czas, by się wyszaleć, popełniać głupoty, by spróbować innego, niegrzecznego życia. Jednak tylko na zewnątrz, bo w środku nadal żyła tęsknota. Mimo wszystko żył, jak każdy, tamtejszy młody człowiek. Praca, nauka, zabawa. Rytm dnia, choć wyniszczający, w pewien sposób przyjemny. Teraz przyszedł czas, by powrócić do sielskiego, spokojnego życia. Nie mógł jednak zapomnieć, po co tu przyjechał. Jeden, najważniejszy ciel. Cel, dla którego wyjechał do obcego kraju, całkiem sam. Naruto. Jego mały, kochany Naruto, którego nieomal tak skrzywdził. Bał się tego, do czego mogła doprowadzić ta feralna „randka". Teraz blondyn ma szesnaście lat i z pewnością jeszcze więcej uroku. Nie miał pojęcia, co dać mu na prezent. Dlatego uznał, że zrobi to później. Teraz trzeba się przywitać. Przeszedł przez dobrze mu znaną bramę. Idąc przez dziedziniec czuł niepokój, ale wiedział, że się nie cofnie. Nie teraz, gdy ich związek ma szanse. Jako szesnastolatek, Naruto mógł już...robić pewne rzeczy. I Sasuke zamierza z tego skorzystać. Stanął pod drzwiami, opuszczając torbę na ziemie. Zadzwonił dzwonkiem. Nie wiedział, ile czasu trwało, gdy drzwi otworzyły się z rozmachem. Nie zdążył zarejestrować, co się stało, gdy usłyszał wrzask radości. Został powalony na ziemię.
- Czekam to już od wczoraj! Wiedziałem, wiedziałem!- Naruto darł się w niebogłosy, jednocześnie płacząc i śmiejąc się.
Przytulił go mocno, mając w poważaniu, że leżą przed drzwiami, a kilka osób wystawiło głowy z okien, najpewniej przestraszeni wrzaskiem.
- Jestem, nie ekscytuj się tak- nie mówił tego poważnie. Naruto uniósł głowę, wciąż z wielkim uśmiechem na ustach. Nadal miał wielkie, niebieskie oczy, miękkie włosy i jak się miało okazać, słodkie wargi. Był tak piękny, jeszcze bardziej, niż Sasuke zapamiętał.
- Kocham cię...- mruknął, po czym ich usta złączyły się ponownie, po tylu latach.
Nie wiedział, ile czasu minęło. Może minuta? Calując te gorące wargi tracił rachubę czasu.
- Naruto...Wiesz, co chciałbym ci powiedzieć?
Uniósł głowę, patrząc z ciekawością.
- Zostań moją żoną- zaśmiał się, gładząc go po plecach. Nie wiedział, że Naruto potraktuje to aż tak poważnie.
- Naprawdę? Ja...
- Żartowałem, młotku- zmarszczył jasne brwi i już miał coś powiedzieć, gdy został zagłuszony pocałunkiem.
Leżeli tak, na tej ziemi, spleceni. Kilka osób zaczęło bić brawo, inne taktownie chowały się do pokoi. Teraz byli wolni, nie ograniczało ich nic. Ani wiek, ani ludzie. Byli razem, i tylko to się liczyło. Bez względu, jak cukierkowe to brzmiało.
Koniec.
Ważne! Do autora pewnych komentarzy w galerii.
Droga Animations, czy widzisz sens w komentowaniu bloga, którego nawet nie przeczytałaś? Nie, nie będe Cię obrażać, wyzywać od kretynek ani rzucać tekstami w stylu "spadaj, jak ci się nie podoba". Ja wolę całą sytację po prostu wyjaśnić.
Po pierwsze, jeśli doskonale wiesz, o co mi może chodzić, to nie ma sprawy. W takim wypadku jesteś tylko bezczelna, i moge z czytstym sercem powiedziec Ci spieprzaj, bo nie jesteś przez takie akcje fajnijsza ..
Jednak jesli to nie był żart, to powiem Ci tak: nie pisz czegoś, zanim się nie zastanowisz. Otóż nie, nie robię sobie jaj.
Gdybyś przeczytała choć jedną notkę wiedziałabyś, że tu raczej ryzykowne jest wyjerzdżać z tekstem "a nie lepiej Sakura i Sasuke? To oni sa gejami?" xD To naprawdę nie jest dobre miejsce...
Dla niezorientowanych chodzi o te komnetarze:
"Co to ma być! Nie lepiej Sasuke z Sakurą? Co oni są gejami?! Wiesz co lepiej usuń ten obrazek
"
"Nie! Następny ty se z tego anime jaja robisz chyba
Oni nie są gejami!"
Dobra, wiem, że to nie jest sprawa warta zachodu, ale wkurzają mnie tacy ludzie. Nie myśli i pisze...Eh...
Od razu przejdę do opisu tekstu. Powiem tak: to fan fiction zaczynałam pisać z pewną rezerwą. Ale gdzieś w połowie się nakręciłam i naprawdę poczułam do niego ,,to coś". Od razu mówię, że to jest non-canon i w ogóle non. Wiem, że zachowanie bohaterów, jako ludzi w ogóle jest nieprawdopodobne (patrzcie na zakończenie) ale tak mi pasowało i chciałam napisać happy end : ) Tak, wiem, że każdy człowiek z normalną psychiką by się tak nie zachował po takim przeżyciu, ale to moja wizja i musiałam ją zrealizować xD. Więc proszę, nie piszcie ,,to jest zupełnie nierealne" bo ja to wiem^^.
Moja pierwsza scena erotyczna na stronę w Wordzie! Wow...
Pokazałam tu relację Sakury i Sasuke innym świetle. To nie jest żadne SasuSaku! To, że nie odgania się od niej jak od muchy nie znaczy, że ją kocha.
Jeśli ktoś pomyśli, że akcja jest taka, jak początek, to się myli xD Nie zrażać się tym smętnym rozpoczęciem xD
Gdy Sasuke wrócił po trzech latach do Konohy, Naruto był jeszcze na treningu. Wrócił dwa lata później, więc razem nie widzieli się pięć lat. Tak to wyglada w tym tekscie.
Tytuł: Najbardziej by mi tu pasowała „kara" ale taki tytuł już był...może wy coś wymyślicie? xD
Paring: NaruSasu
Dla Sasame : ) I Mańka, która prosiła mnie kiedyś o NaruSasu gdzie Sasuke nie jest słodziutkim Uke : )
Niewiele się tu zmieniło. Tak, jakby czas zatrzymał drzewa, odgłosy i budynki w miejscu. Ale nie odebrał im koloru i wyrazistości. Nie wyglądały jak odłamki wspomnień, były rzeczywiste i namacalne. Całkiem żywe, nie martwe, tak, jak sobie je wyobrażał. Szedł powoli, a droga chrzęściła pod jego stopami niezmienionym rytmem. Miał wrażenie, że jego stare ślady wciąż są widoczne, jakby przechodził tutaj niedawno. Drzewa nadal stały tak samo, jak dawniej, nieświadome zmian. Tak, jak powinny, szumiąc i kołysząc się monotonnie. Stara lipa, pod którą niegdyś kładł się w cieplejsze dni nie zmieniała się, jej cień nadal zachęcał do odpoczynku. W jego pełnych obaw wyobrażeniach jej nie było, lub stała, szara i zniszczona. Tymczasem ona była, emanując mocną zielenią i zapachem życia. Do zniszczonego płotu wciąż przyczepiony był kolorowy wiatrak. Kręcił się, tworząc coś w rodzaju tęczy. A on patrzył na to wszystko nie rozumiejąc. Bo przecież minęło tyle czasu. Pięć lat. Doprawdy, coś powinno ulec zmianie, niszczeniu. A tutaj czas zatrzymał się w miejscu. I nawet powietrze wciąż zdawało się być takie samo, gorące i ciężkie. Ptak zaśpiewał głośno i to sprawiło, że ocknął się z tego dziwnego stanu. Słyszał kroki swojej towarzyszki. Nieodgadnionym wzrokiem zlustrował jej twarz, zastanawiając się, czy ona też to zauważyła. Szła obok niego, w subtelnym geście splatając z tyłu ręce. Po raz kolejny miał wrażenie, że te pięć lat wcale nie minęły, że tak po prostu idzie z nią, na Ramen czy cokolwiek innego. Patrzył na jej profil. Pasowała tutaj. Do tego kolorowego, pachnącego latem obrazka. Jednak wiedział, że się mylił. Jeśli coś się zmieniło, to ludzie. Teraz jej uśmiech był miękki, miły dla oka. Lubił obserwować to lekkie wygięcie ust, które nadawało jej twarzy uroku. Dopiero teraz widział, jak bardzo jest ładna. Ale odczuwał to piękno w obiektywny sposób, tak jak patrzy się na ładny obrazek. Bez szczególnych uczuć, po porostu podziwiając. Zauważył w niej najważniejszą zmianę. Teraz nie była małą dziewczynką. Biło z niej coś, czego nie da się ukryć. Była kobietą. Tak już jest, że to po prostu widać. Twarz poważnieje i w każdym kto patrzy, budzi się szacunek. Stała się dorosłą kobietą, w pełnym znaczeniu tego słowa. To widać w ruchach, sposobie bycia. Dojrzała. Bo tylko ktoś dojrzały potrafi wybaczyć, potrafi osobie która tak go skrzywdziła...pomóc. Ona taka właśnie była, z irytującej dziewczynki stała się...przyjaciółką. Odwrócił wzrok. Uśmiechnęła się lekko i pokręciła głową.
- Zaczynasz żałować?
Mruknął pytająco, próbując odczytać coś z jej rozbawionej miny.
- Że wtedy mnie odrzucałeś. Tak pilnie się we mnie wpatrujesz...czyżbyś miał co do mnie jakieś zamiary?
Zachichotała, patrząc mu uważnie w oczy. Oboje wiedzieli, że nie mówi poważnie. To tylko żart, mała, przyjacielska prowokacja.
Prychnął, udając złość. Tak naprawdę to było całkiem miłe, wiedzieć, że ktoś, a zawłaszcza ona, traktuje go poważnie. Bo prawie wszyscy nie widzieli w nim jego, tylko geniusza lub przystojnego chłopaka, z którym warto się pokazać. A nie o to mu chodziło.
Nadal się w niego wpatrywała, jakby chcąc zapytać o coś jeszcze, tym razem oczekując szczerej odpowiedzi. Zignorował jej pytające spojrzenie. Wiedział, o co może jej chodzić. Znajome uczucie niepokoju rozlało mu się w żołądku. O wiele gorsze niż takie, które czuje się przed wizyta u dentysty, choć tego rodzaju. Musiał przyznać przed samym sobą, że się bał. Miał po długim czasie spotkać kogoś, kto...
- Nie zamierzasz uciec, prawda?
Jej ciche pytanie podszyte było troską. Bała się o niego, tak po przyjacielsku. Jej lekki uśmiech zadrżał, a oczy zasnuły się mgiełką niepokoju.
- Nie.
Widać było, że nie zaspokaja jej taka odpowiedź. Zmarszczyła brwi i zwolniła kroku. Jednak nie tylko ona zauważyła, że droga nieznośnie się skraca. Tak, jakby los sam pchał go do zguby. Odchrząknął, dając do zrozumienia, że chce coś powiedzieć. Rozluźniła czoło, najwyraźniej akceptując fakt, że więcej się na ten temat nie dowie.
- Czy w twoim język to oznacza „mogę o coś spytać"?
Zaśmiała się cicho, zasłaniając dłonią usta. Nie czul się urażony jej docinkami, ona miała już taki charakter. Ale to towarzyszy człowiekowi zawsze, bez względu na wiek.
- Widziałaś się z nim?
Jej uśmiech zbladł, by zniknąć całkowicie. Wiedział, że to nie jest dobry znak. Wiedział, że prawdopodobnie padnie niezbyt przyjemna odpowiedź. Gdzieś podświadomie chciał, by byli na równych pozycjach. Bo jeśli ona już ma za sobą pierwsze spotkanie, to on jest w o wiele gorszej sytuacji. Zmrużył oczy, przyglądając się jej dokładnie. Kiedyś uśmiechnęłaby się sztucznie. Teraz wolała nie udawać.
- Tak-powiedziała powoli, obserwując jego reakcję- w gabinecie Hokage, jakiś tydzień temu.
Jej oczy miały dziwny, niepokojący wyraz. Zamrugała parokrotnie, odwracając wreszcie wzrok i kierując go przed siebie. Słyszał, jak nerwowo przełyka ślinę.
- Zmienił się?
Spuściła lekko głowę, zasłaniając twarz włosami. Nie chciała kontynuować tego tematu, wyraźnie widział to w jej spiętych nagle ramionach i przyśpieszonym chodzie. Na widok brukowanej uliczki drgnęło mu serce. Byli u celu. Kolorowy dom wciąż stał tak samo, tak samo nieporządny. Nadal wyglądał, jakby miał się rozsypać. Na chwilę zapomniał o swoim pytaniu. Przez jego głowę przeleciała seria czarno-białych obrazów. Wspomnienia. Dwóch chłopców na dachu je lody, najwyraźniej szczęśliwi sama swoją obecnością. Ci sami chłopcy oglądający rower jednego z nich. Śmiech, gdy jeden z nich upada, a drugi pomaga mu wstać. Kolejna scena, tym razem jeden wola na drugiego z okna, a tamten wskakuje mu do mieszkania.
- Sasuke...
Ocknął się. Dopiero teraz zorientował się, że wpatruje się w puste okno, pogrążony w wspomnieniach. Położyła mu dłoń na ramieniu. Starali się unikać poufałości, czułych gestów. Byli tylko przyjaciółmi, i tak miało zostać. Teraz jednak nawet nie było miejsca na erotyzm, to był tylko ostrzegawczy gest.
- Co do twojego pytania...na zewnątrz wydaje się, że jest taki sam, ale widać, że to inny człowiek. To już nie jest ten sam chłopak, jest taki...
Zamilkła, nie mogąc znaleźć słów.
- Mnie się tylko wydawało, że go znam.
W jej oczach widział cos jakby strach i obawę o niego. Chwycił jej dłoń i delikatnie zdjął z ramienia.
- Poradzę sobie. Nie musisz się martwić.
Kiwnęła głową i odsunęła się. Stanął przed drzwiami, lustrując odrapaną powierzchnię. Spuściła głowę, i jej jasne włosy ponownie zasłoniły bladą twarz. Widać było, że coś ją męczy. On nie był typem kogoś, kto wtrącał się w czyjeś sprawy. Nie potrafił spytać o samopoczucie, zadać zwykłego pytania ,,wszystko w porządku?". Nie umiał, i najboleśniej odczuł to teraz, gdy patrzył na jej zmartwioną twarz.
- Wchodzisz ze mną?
Ona tylko uśmiechnęła się wymuszenie i pokręciła głową. Poprawiła włosy, odgarniając kosmyki za ucho.
- Nie...muszę pilnować, być nie zwiał oknem- zaśmiała się cicho, jednocześnie powolnym ruchem głaszcząc swoje ramiona- zaczyna się robić chłodno i...
Zamilkła, jakby coś sobie przypominając. Popatrzyła się na niego nieprzytomnie, po czym wolno podeszła. I tak po prostu go objęła. Zesztywniał, nie wiedząc, jak zareagować. Czuł jej zapach, miękkość jej ubrania. Wiedział, że nie było w tym nic erotycznego, jednak jakieś niewygodne odczucie...nie pozwalało mu się zrelaksować. Stali tak przez chwilę, sztywno objęci. W końcu ona uniosła wzrok.
- Jesteś moim przyjacielem, Sasuke. Martwię się o ciebie. Chcę, byście z powrotem się odnaleźli, tylko, że on...
Westchnęła i odsunęła się na umowną odległość. Miała zmarszczone w zamyśleniu brwi.
- Trzymaj się, po prostu się trzymaj.
Uśmiechnął się lekko, ale szczerze. Zabawne, jak zmienił się jego stosunek do niej. Z pogardy na wdzięczną, milczącą sympatię. Odwzajemniła uśmiech i podeszłą do drzwi. Nacisnęła przycisk dzwonka. Obserwował każdy jej ruch, jakby bojąc się, do czego prowadzi. Nagle rozbrzmiały kroki. I na ten dzwięk po części zrozumiał, o czym mówiła. Te kroki nie były rozbiegane, szybkie, jak dawniej. Teraz były równe i powolne. Dawniej mogło się zdawać, że nie potrafi panować do końca nad swoimi kończynami. On biegał, nie chodził. Nieskoordynowany, głośny krok to była jego wizytówka. To najwidoczniej była pierwsza zmiana. Ona przybrała radosną minę, stając w dziewczęcej, subtelnej pozie. W końcu klamka opadła, a drzwi powoli się otworzyły.
Wiedział, że nie udało mu się powstrzymać nerwowego drgnięcia powiek.
Pierwszą zmianą w wyglądzie, która rzucała się w oczy, był wzrost. Przed tym spotkaniem miał nikłą nadzieję, że będzie miał tą jedną przewagę, iż może spojrzeć na niego z góry. Może nie był olbrzymem, ale o ile pamiętał był wyższy od niego. A teraz ich oczy były na równym poziomie. I prawie go przewyższały. Zamrugał, starając się przetrawić ten nieprzyjemny fakt. Przesunął po jego sylwetce wzrokiem. Poza tym aspektem, nie zmienił się zbytnio. Jeśli chodzi o wygląd. Nie miał pojęcia, czy zmiany nastąpiły także wewnątrz.
Chłopak stojący w drzwiach przechylił głowę z zaciekawieniem, mrużąc oczy. Po raz pierwszy nie mógł nic odczytać z tych niebieskich tęczówek. Zawsze były jak otwarta księga. A teraz...teraz to one czytały z jego oczu, nic nie robiąc sobie z zasłony chłodu. Nie miał pojęcia, co powiedzieć. Zaczęła ona.
- Uch...cześć, Naruto. Przyprowadził go w końcu, mówiłam ci, że to zrobię... No bo ile można tak się unikać, przecież jesteś w wiosce jakiś czas...No to...Rany, czuję się, jakbym musiała was sobie przedstawiać...
Zamilkła, spoglądając na obu.
- Co za psa ze sobą przyprowadziłaś, Sakura?
To pytanie zmroziło go jeszcze bardziej. Nie wyglądała na zaskoczoną, bardziej na zmartwioną. Uśmiechnęła się lekko, spoglądając przepraszająco na swojego towarzysza. Ten nie odrywał wzroku od niebieskich oczy, nie pojmując, w co gra ich właściciel.
- Naruto, proszę...porozmawiajcie spokojnie. Wiem, że potrafisz.
Spojrzała z nadzieją w jego oczy, ale on nie odrywał ich od stojącego przed nim chłopaka.
Zacisnął dłonie w pieści. Nadal nosił w sobie swoją dumę. I choć wiedział, że on ma do tego prawo, burzył się w środku na te docinki. W zamian uśmiechnął się lekko, unosząc głowę.
- Widzę, że młotek lepiej już nad sobą panuje...ciekawe, czy potrafi coś więcej również w walce.
Nie chciał, by to tak zabrzmiało. Gdy planował w myślach to spotkanie, zawsze zaczynał spokojnie, tak, by go nie obrazić. Ale oczywiście jego zszargana, klanowa duma mu na to nie pozwoliła.
Zaśmiał się głośno, zimnym śmiechem.
- Ty chyba za to się pogorszyłeś. Ale dobrze, skoro tak bardzo chcesz, Sakura, to pozwolę mu wejść. Tylko wytrzyj łapy, sprzątałem.
Zagryzł zęby, całą siłą woli powstrzymując się przed gwałtowną reakcją. Obejrzał się za dziewczyną, ale ta tylko wzruszyła bezradnie ramionami i pomachała mu lekko. Westchnął i wszedł powoli, obserwując tak dobrze znane mu ściany.
- Pamiętasz to wszystko, czy ta ucieczka razem z honorem zabrała ci rozum?
Glos dobiegał z kuchni i z pewnością nie zwiastował miłej pogawędki przy herbacie. Zignorował to i sciągnął buty. Nie wiedząc czemu, robiąc to czul się głupio. Zignorował to uczucie i wszedł do pokoju, czekając na niego. Tu także niewiele się zmieniło. Jedynie gdzieniegdzie było widać ślady wprowadzki. Ale nie było tego sławnego bałaganu, o który tak często się kłócili. Nie minęła nawet minuta, gdy wyczuł jego obecność. Stanął w drzwiach, uważnie wpatrując się w jego plecy.
- Zostawiła nas samych, tak? Jakie to romantyczne.
Nie odpowiedział, nawet się nie odwrócił. Stanął za nim, całkiem bezgłośnie.
- Chciałbyś mi coś powiedzieć?
Spuścił głowę, doskonale wiedząc, że oboje myślą o tym samym. Ale czy będzie go stać na to jedno, proste słowo? To będzie poniżenie i wiedział o tym. Czuł, że jego mięśnie sztywnieją.
- Przepraszam.
To słowo zabrzmiało dziwnie...nagie w ciszy. Tak, jakby trzeba było dodać coś jeszcze, jakieś wyjaśnienie.
- Bardzo ładnie. A teraz powiedz, jak powinienem zareagować?
Dreszcz przeszedł go po plecach. To oznaczało, że rozpoczął grę. Będzie się nim bawił, dopóki ostatecznie go nie upokorzy. Nie spodziewał się po nim czegoś takiego. Nie po nim. Myślał, że uderzy go, że zacznie krzyczeć, rzucać przedmiotami. Ale nie to.
- Może powinienem zacząć płakać? Wtedy ty powiesz, że jest ci przykro i ja ci wybaczę. Przez jakiś czas wszystko będzie dobrze, aż do czasu, kiedy ci się to znudzi i postanowisz znów nas opuścić. Podoba ci się taka wersja?
Nie odpowiedział, kierując wzrok na okno, jakby szukać w nim ratunku.
- A może wcale ci nie wybaczę, tylko każę ci wyjść. A ty będziesz skomlał pod moimi drzwiami jak kundel, którym nawiasem mówiąc jesteś, póki nie dostaniesz po ogonie. Taka wersja ci się podoba?
Wpatrywał się w widok za oknem, starając się wyglądać na opanowanego. Jednak mięśnie jego karku były nieznośnie napięte a usta zaciśnięte. Choć akurat tego nie można było zauważyć, twarz cały czas skąpana była w pomarańczowym świetle lejącym się z okna.
- Ale wiesz co? Chyba połączymy obie wersje. Wiesz jak?
Tak naprawdę nie było nic pasjonującego widoku za oknem, on po prostu bał się spojrzeć w głąb pomieszczenia. Bał się, wstydził...Jedna czynność kryła w sobie wiele negatywnych emocji. Przesuwał wzrok po drzewach, tak naprawdę widząc tylko ich zarys. Cała jego uwaga skierowana była wsłuchiwanie się w ciszę, choć lepszym określeniem byłoby...Oczekiwanie na wyrok. Zabawne stwierdzenie, doprawdy. Jednak w jakiś sposób wydawało mu się właściwe i...
- To ty będziesz płakał. Potem to ja powiem, że mi przykro i wyrzucę za drzwi. Gdy już odbędziesz swoją pseudo karę, pójdziesz wolny. Co ty na to, skarbie?
Teraz naprawdę bal się na niego spojrzeć. Mimo wszystko odwrócił się i spojrzał w jego oczy. Lśniły jakimś dziwnym blaskiem. Nim zdążył się zorientować, został powalony na podłogę. Leżał, przygnieciony drugim, ciepłym ciałem. Niebieskie oczy patrzyły się na niego przez chwilę, po czym szczupły palec dotknął jego policzka. Po chwili zastanowienia przesunął się wyżej, do skroni, po luku brwiowym, zjeżdżając na nos i kończąc wędrówkę na ustach. Przejechał po nich powoli, dokładając kciuk i badając ich strukturę.
- Zawsze mnie ciekawiło, co też pociąga te wszystkie dziewczyny w tobie.
Jego słowa spoczęły ciepłym oddechem na jego ustach.
Pogładził ponownie usta, po czym uniósł mu dłonią podbródek. Uszczypnął go lekko, obserwując reakcje. Sasuke nawet się nie skrzywił. Chłopak na nim uśmiechnął się lekko, po czym kontynuował.
- Teraz wiem, co to takiego. I wiesz co? Chyba zaczynam je rozumieć...
Zsunął dłoń na jego szyję, tak, jakby chciał go udusić.
- Nie, jeszcze na to nie pora...
Poczuł zimne ręce pod bluzką. Wzdrygnął się na ten dotyk. Podwinął mu koszulkę.
- Zawsze ci zazdrościłem, że wyglądasz lepiej ode mnie. Powiedz szczerze, czy ja ci w czymś ustępuję, jeśli chodzi o urodę?
To było pytanie retoryczne. Pozatym, odpowiedź na nie byłaby zbyt poniżająca. Naruto chwycił jednego sutka między zęby, gryząc. To nie miało sprawiać przyjemności, raczej sprawdzić, jaka będzie reakcja. Niebieskie oczy na powrót przeniosły się na jego twarz i pilnie obserwowały jej mimikę.
- Od pewnego czasu chciałem sprawdzić, czy sutki są aż tak wrażliwe, jak mówią. To chyba prawda.
Polizał ugryzione miejsce, wciąż wpatrując się w jego oczy. Uniósł się lekko spoglądając na jego nagi tors. Przejechał ostrym paznokciem wzdłuż jego długości, tworząc krwawy ślad. Dopiero po chwili zorientował się, że tworzy na jego brzuch spiralę. Podobną do tej, która widnieje na brzuchu Naruto. Przełknął ślinę, ze strachem spoglądając na skupioną twarz swojego oprawcy. Skończył. Z zadowoloną miną patrzył na swoje dzieło. Pochylił się nad nim, i mocno przyciskając język do skóry przejechał nim po ranach. To było naprawdę bolesne.
- Ja sam niezbyt lubię krew, wiesz? To Kyuubi czasem miewa dziwne pragnienia. Teraz szaleje z radości, bo myśli, że wychłeptam cię całego.
Po raz kolejny polizał, sprawiając tym jeszcze większy ból. Naruto zamruczał cicho, ale to nie był ludzki pomruk. Ten był zwierzęcy. Przesunął dłońmi po jego biodrach, zsuwając mu spodnie. Odrzucił je w kąt. Oparł się na rękach, tak, by mieć widok na jego ciało. Jego ofiara leżała w samych bokserkach, z dziwaczną, ledwo utworzoną raną w kształcie sprali, wciąż krwawiącą i barwiącą bladą skórę. Jego brwi były zmarszczone a w oczach był prawdziwy niepokój. Wiedział, że to nie skończy się dobrze.
- Czasem tak sobie myślałem, jak by to było, gdybyś ty nosił w sobie demona. Teraz wyglądasz, jakbyś miał, wiesz?
Pochylił się powoli zsunął z niego bieliznę, drażniąc paznokciami wrażliwą skórę. Polizał wystającą kość miednicy, po czym ujął ją zębami. Syknął z bólu. Czuł, jak jego usta wyginają się w uśmiech.
- Kyuubi miewa czasem zachcianki związane z ludzkim mięsem...jak dotąd nie udało mu się mnie do tego przekonać. Jak myślisz, czy powinienem eksperymentować?
Teraz oblał go paniczny strach. Czy ona zamierza..?
- Pomyłeś, że chcę cię zjeść? Nie, skarbie, tego nie zamierzam.
Teraz jego uwaga skierowała się na jego męskość. Spojrzał na nią, a w jego wzroku pojawiła się niezdrowa ciekawość. Dotknął palcem czubka, powoli zsuwając się na dół. To powodowało, że coraz bardziej twardniała.
- Wiesz, że po raz pierwszy widzę penisa z tak bliska? Wiesz, swojego nigdy nie zobaczyłem tak dokładnie...Fascynujące.
Sasuke westchnął głucho, nie mogąc przestać wsłuchiwać się w każde słowo. Naruto kontynuował badanie struktury członka, przesuwając po jego długości szczupłym palcem.
- Reaguje na mój dotyk tak gwałtownie...Zabawne. Był taki okres, kiedy nie mogłem się zdecydować...Chłopcy, czy dziewczyny? Kyuubi wolał drugą opcję, zawsze można zrobić trójkąt, on lubi te klimaty. Orgia, rozumiesz.
Wzrok niebieskich tęczówek na jego męskości niebywale go peszył i upokarzał jeszcze bardziej niż cała wcześniejsza „zabawa". Ale nie trwało to długo, gdy ten wzrok skierował się niżej, na jego wejście. Przechylił głowę z ciekawości, która nie wróżyła nic dobrego. Dotknął zimnym, długim placem wrażliwego miejsca. Okrążył je lekko, zataczając kółko.
- Zastanawiałem się kiedyś, jak to jest wpakować się komuś do tyłka. Zaraz się dowiem.
Przełknął ślinę, godząc się w duchu z tym, co się stanie. Starał się nie wydać z siebie żadnego odgłosu, gdy palec utorował sobie drogę do jego wnętrza.
- Podoba ci się to? Bo Kyuubi'emu aż za bardzo, chyba będę musiał go uspokoić.
Poruszał palcem spokojnie, wciąż patrząc na jego męskość. Sasuke cieszył się, że nie musi znosić tego wzroku.
- Wiesz, że masz tam...sucho? Choć to raczej normalne, tylko kobiety się „nawilżają", prawda? To bardzo ciekawa kwesta, nie uważasz?
Mruknął coś, skupiony na bólu i przyjemności jednocześnie. To była dziwna mieszanka. A jednak sprawiała, że tracił kontakt z rzeczywistością. W końcu poczuł, że nie ma już nic w swoim wnętrzu. Spojrzał na Naruto niemal ze zdziwieniem. Rozbierał się. Rzucił spodnie tak samo nieporządnie jak spodnie Sasuke, gdzieś w kąt. To samo zrobił z czerwonymi bokserkami. Pochylał się nad nim, całkiem nagi, opalony i pełen władzy. Jego męskość stała i widać było, że jest imponująca.
- Czasem zastanawiałem się, czy ta wielkość to sprawka Kyuubiego...Przechwalał się, że tak. Ale to stary kłamca, wiec nie wiem, czy mu wierzyć...Co byś zrobił na moim miejscu?
Kolejne pytanie bez odpowiedzi. Naruto pochylił się złapał jego biodra w miażdżący uścisk. Coś twardego i mokrego dotknęło jego wejścia. Zacisnął powieki, czekając na to, co było nieuniknione. Po chwili poczuł, jak coś rozrywa go od środka, metodycznie i spokojnie. Uchylił powieki, spoglądając na twarz swojego oprawcy. Rozluźniała się powoli, powieki były półprzymknięte.
- To jest całkiem dobre, wiesz? Miałeś kiedyś kobietę? Pewnie tak...Więc chyba wiesz, na czym może polegać różnica.
Krzyknął, gdy nagle zmienił prędkość poczynań i wsunął się w niego cały. Naruto zawarczał jak zwierze, po czym zaczął się poruszać. I to było zdecydowanie gorsze od tego spokojnego, powolnego penetrowania. To było zwyczajne „rżniecie" i żadne inne eufemizmy tu nie pasowały. Po chwili wyszedł z niego i przekręcił go na brzuch. Wszedł ponownie, tym razem szybciej i brutalniej niż poprzednio. Wchodził i wychodził, jak opętany. A Sasuke leżał bezwładnie, starając się nie myśleć. Twarda, gorąca męskość rozrywała go, sprawiając coraz to nowe oblicza bólu. I przyjemności, dziwnej, niezrozumiałej przyjemności. Czuł, jak traci świadomość. W końcu skończył, rozlewając się w jego wnętrzu powolnym strumieniem. Ale on już tego nie czuł, pogrążony w przyjemnej nieświadomości. Ciemność.
Zamrugał parokrotnie, rozglądając się po pomieszczeniu. Wiedział, że był w jakiś domu, nie potrafił tylko domyślić się, w czyim. Nie, to nie był dom Naruto. I, o dziwo nie czuł ulgi. Był masochistą.
- Sasuke...
Dopiero teraz ją zauważył. Siedziała na krześle koło jego łóżka, trzymając w dłoni jakąś kopertę.
- Co ja tutaj robię?
Westchnęła, spoglądając w sufit.
- Nie powinnam zostawiać cię samego. To było do przewidzenia...przepraszam.
Skrzywił się. To słowo źle mu się kojarzyło.
- Nie przepraszaj...skąd mogłaś wiedzieć.
Zmarszczyła brwi.
- Mogłam się domyślić...Ale teraz nie będę cię zamęczać...
Uśmiechnęła się wymuszenie.
- On...zostawił coś dla ciebie.
Spojrzał na nią z zaciekawieniem. W milczeniu podała mu kopertę. Widać było, że ją też ciekawi co w niej jest. Otworzył ją drżącymi dłońmi.
„Odbyłeś swoją karę, mój drogi przyjacielu. Myślę, że teraz jestem skłonny Ci wybaczyć. Czy nie chciałbyś aby nabroić jeszcze raz, bym znów mógł Cię ukarać? N.U."
Uśmiechnął się nikle, nie rozumiejąc samego siebie. Ale teraz to nie było ważne. Zignorował pełen ciekawości wzrok Sakury i odwrócił twarz w stronę ściany. Doprawdy, musi wymyślić coś naprawdę dobrego, by kara była tak samo surowa.
Koniec
Hej!
Tytuł: Siedem dni
Paring: SasuNaru
Uwagi: Akcja dzieje się w realiach gdzie Sasuke jest uczniem Orochimaru.
Non-canon troszkę i za szybki rozwój akcji ;)
Zapraszam.
- Musimy porozmawiać.
Nie ważne, ile razy padnie to zdanie, zazwyczaj nie wróży nic dobrego. Prawie nigdy. Tym razem wiedział, że ta rozmowa nie skończy się dobrze. Zabawne, ale za każdym razem, gdy to słyszał przechodziły go niemiłe, chłodne dreszcze. A to przecież tylko słowa. Niewinne, ale wypowiedziane zdecydowanym tonem wyrazy. Na pozór nic takiego, prawda? Na pozór.
Nie odwrócił się, jedynie niezauważalnie przekręcił głowę. Widział jego drobną sylwetkę kątem oka, i to mu na razie wystarczało. Tak jak go uczyli, obserwuj ofiarę, tak, by a nie wiedziała ciebie. Zignorował niejasne wrażenie, ze tutaj role się zamieniły. Było zbyt deprymujące. I dziwnie nieprzyjemne.
- O czym?
Wypowiedział to cicho, lekceważącym tonem osoby, która już na starcie nudzona jest swoim rozmówcą. Postarał się, by wyrzucić ze swojego głosu lekkie drżenie. Nie miał zamiaru zdradzać, że niepokój zalał jego wnętrze. Nie zamierzał się przed nim odsłaniać.
- Doskonale wiesz, o czym.
To było całkiem przewidywalne. Jak scenariusz telenoweli. Teraz padną te wszystkie wzniosłe, lecz przykre słowa. A potem będzie dobrze. Lub nie, ale to już zależy od autora. Jak będzie tym razem?
Opierał się o parapet, spoglądając za okno. Tak naprawdę wcale nie widział widoku za nim. Analizował. Dzwięk jego głosu, ton. Był na tyle...inteligentny, by rozpoznać po jego barwie, jak należy poprowadzić tą grę. Ten glos miał w sobie nieprzyjemną obietnicę.
- Nie mam pojęcia, co chodzi po twojej pustej głowie, ale wiedz, że jeśli to jakaś głupota, nie będę tak miły, jak wczoraj.
Miły, doprawdy. Niemal mógł wyczuć chęć wycofania się, kiełkującą w głowie jego rozmówcy. Uśmiechnął się, zadowolony.
Mimo wszystko wiedział, że działanie na zwłokę się nie opłaca, bo wszystko przyjdzie, ze zdwojoną siłą. Jednak brnął w to dalej, udając, jakby nie miał pojęcia, dokąd prowadzi ten,, dialog''
- To wcale nie jest głupota!
Przymknął powieki, gdy krzyk rozniósł się po pokoju. Gdyby nie był tak wyćwiczony, drgnąłby.
Otworzył powoli oczy, nadal się nie odwracając.
- Przestań krzyczeć. Boli mnie głowa, mam dość twoich wrzasków.
Doskonale wyczuł, że jest wściekły. A może to był ból?
- Ty masz czegoś dość?! Jakim prawem TY tak mówisz, draniu!
Nadal stał sztywno, nawet ruchem ramion nie zdradzając swojego nastroju. Wiedział, że jego rozmówca boi się, że powiedział za dużo.
- Powiedziałem, że mam cię dość. Nie rozumiesz?
Nie wiedział, co chce tym osiągnąć. Zniechęcić go? Wiedział, że to bezcelowe. Skoro zabrnęli już tak daleko, nie wycofa się. Nie teraz, gdy wie, że wszystko już strącił. Gdy wie, iż kara jest pewna.
- I ty się pytasz, po co mamy rozmawiać! O tym właśnie, jak mnie traktujesz.
Starał się opanować. Patrzył na te wysiłki z obojętnością. A tak naprawdę bał się, naprawdę się bał.
Bo jedyną rzeczą, która go przerażała, to samotność.
Co będzie, gdy on go naprawdę zostawi?
- Tak, jak na to zasługujesz. Powiedz, czy ty naprawdę sądzisz, że jesteś dla mnie czymś więcej, niż zabawką na noc, mój słodki...lisku?
Wiedział, że to słowo działa na niego w szczególny sposób. Jak jakaś magiczna formuła. Wyraźnie słyszał jego szloch. Miał niejasne wrażenie, że to był cios poniżej pasa.
- Ja...właśnie o to mi chodzi! Ty widzisz we mnie tylko jakaś dziwkę, nic więcej!
Mimo wszystko, to było mocne słowo.
- Po co mi to wszystko mówisz? Oczekujesz przeprosin?
Teraz niepokój zalał go falą. Czy to oznacza, że on chce...odejść?
Nie pozwoli na to. Choćby miał go zatrzymać siłą.
- Nie. Ja...chcę odejść.
Te słowa, mimo tego, że wiedział, iż padną, były jeszcze bardziej straszne, niż myślał. Teraz lęk zmienił się w czystą panikę, całkiem szaleńczą. Jego myśli wirowały, nie dając się złapać i poukładać.
Chce odejść. On na to nie pozwoli.
- Nie odejdziesz, póki ci na to nie pozwolę. U mnie nie masz własnej woli.
- Nie! Mam, jestem człowiekiem, więc mam i...
- Zamknij się. Nigdzie nie pójdziesz.
- Ale...choćby siedem dni.
Ostatnie słowa były proszące, wręcz błagalne. Zacisnął dłoń na drewnie, wbijając w jego powierzchnię paznokcie.
- Dlaczego miałbym ci wierzyć? Skąd mam wiedzieć, że nie uciekniesz?
Serce biło mu jak oszalałe. Modlił się, by nie miał odpowiedzi.
- Ja...mimo wszystko kocham cię, i nie mógłbym żyć...bez...ciebie.
Cisza, która zapadła była w pewien sposób niewygodna. Ale zignorował ją.
Myślał.
- Sasuke, proszę...tylko tydzień. Osobno...potem ja przecież wrócę. Wierzysz mi?
Pochylił lekko głowę. Nie miał pojęcia, czemu, ale wiedział, że to, co mówi jest prawdą. Wiedział to w jakiś podświadomy sposób.
- Tydzień. I ani sekundy dużej. Za każdy dzień spóźnienia dostaniesz karę, która nie będzie się równać z tym, co było poprzednio. Jeśli nie przejdziesz, a minie miesiąc, znajdę cię, i już nigdy nie zobaczysz wolności. Rozumiesz?
Odpowiedziało mu ciche mruknięcie.
- Jeśli wyczuję na tobie zapach kogoś innego...Zabiję go, a potem sprawię, że znienawidzisz dzień swoich urodzin.
Nie musiał podnosić głosu, by jego ton był przerażający. Powoli odwrócił się, i spojrzał w jego załzawione oczy.
- Rozumiesz?
- Tak.
Powiedział to cicho, ale zdecydowanie. Tak, jakby wiedział, że uda mu się dopełnić obietnicy.
- A teraz wynoś się.
Spojrzał ostatni raz w zimne oczy, po czym wszedł cicho.
Siedem dni, tak?
Już żałował, że się zgodził.
To było dość dziwne uczucie, leżeć w chodnym łóżku. Nie czuć tego dziwnego, przyjemnie pachnącego ciepła drugiego ciała. Nie czuć go na sobie, nie dotykać żadnej skóry. To wszystko było zupełnie jałowe i nijakie, pozbawione jakieś dziwnej atmosfery. Leżał sztywno, czując się obco we własnym, dobrze znanym łóżku. Wiedział, dlaczego. Zwykle u jego boku skulone było to miękkie, ciepłe ciało. Takie, które można było objąć i ogrzać się przy nim. A teraz biała powierzchnia była pusta i zimna. Pozostawiała dziwne uczcie niedosytu. Położył rękę w miejscu, gdzie zwykle spał on. Przez chwilę nią nie poruszał, po czym delikatnie pogładził, zupełnie jakby była tam żywa osoba. Było delikatne, ale jednocześnie zawierało tą szorstkość materiału. Wiedział, że to nie było to, czego szukał. Bo pościel nie zamruczała nieświadomie, nie przysunęła się bliżej. Nie uniosła powiek, ukazując irytująco podobne do nieba oczy. Ona po prostu była, jako rzecz martwa. Wziął rękę, chcąc przerwać te bezowocne wywody. Nie miał zamiaru rozwodzić się z powodu głupich pragnień tej irytującej części umysłu, odpowiedzialnej za tego typu myśli. Wstał i narzucił na siebie coś, co można było nazwać szlafrokiem. Delikatny, satynowy materiał pieścił jego skórę, przelewając się z jego ramion w dół. Mimowolnie powróciło wspomnienie, zupełnie błahe i nieważne. Wspomnienie, jak on zachwycał się tym materiałem, jak pieścił go swoimi delikatnymi dłońmi. Z czułością i zachwytem. Otrząsnął się, ze złością zrzucając z siebie rzecz. Stanowczo za bardzo przypomniała mu o tej osobie. Był teraz całkiem nagi, pośrodku sypialni. Odetchnął głęboko, po czym z westchnieniem ponownie założył materiał. Z powodu jakiś wspomnień nie zamierza zachowywać się jak ktoś niespełna rozumu.
Ukląkł przy niskim stoliczku, w tradycyjnej pozie. Na blacie leżało skromne śniadanie. Idealnie wyproporcjowane, tak, by nie przeciążyć i jednocześnie, by być sytym. Nie wiedzieć czemu, coś w otaczającej go ciszy i spokoju poranka było dziwnego i...irytującego? Zganił się za takie myśli. Jeśli pierwszego dnia zaczyna brakować mu tego hałasu, co będzie potem? Sięgnął po herbatę. Upił łyk, zastanawiając się nad tym, jak przebiegnie ten dzień. Zwykle trenował sam, potem najczęściej przychodził ktoś z innych uczniów, i walczyli, czasem zdarzało się, że przychodził Orochimaru we własnej osobie. Po treningu był posiłek, a po nim odpoczynek. Dopiero wieczorem mieli czas dla siebie, i prawie zawsze spędzali go w taki sam sposób. Seks. Wiedział, że dla niego to było męczące. Ale nie reagował, bo właściwie, co go to obchodziło? Był jego słodką zabaweczką, prawda?
Otrząsnął się z rozmyślań i wstał. Czas iść na trening.
Było tak, jak zwykle. Nie zamierzał nikomu mówić o tym, że on odszedł. To była wyłącznie jego sprawa.
Wrócił do pokoju, i już wtedy wiedział, że ta noc, i następne nie będą łatwe. Z pewnością.
Stał pod prysznicem, a jego myśli krążyły wokół minionego dnia. Cały czas był dziwnie rozkojarzony, tak, jakby nie mógł skupić się przez świadomość, ze on na niego nie czeka. Ta świadomość była nieprzyjemna i dziwnie rozczarowująca. Delikatnie rozprowadził płyn po ciele, wdychając zapach. Dopiero po chwili zorientował się, że użył jego kosmetyku. O zapachu truskawki, o ile pamiętał. Ta czynność była zupełnie nieświadoma i bezwolna. Może całkiem podświadoma? Powolnymi ruchami roztarł pachnącą ciecz po torsie, nie mogąc opanować powiek, mimowolnie opadających w dół. To była naturalna reakcja na przyjemność. Zaciągnął się cudownym aromatem jeszcze raz, opierając się o kafelki. Były białe i eleganckie, ale teraz nie myślał o nich, ani o ich chłodzie, tylko o delikatnej przyjemności. Liczył się tylko ten zapach, ciepło wody i obraz niebieskich tęczówek pod powiekami.
Wycierając ze złością ciało, obiecywał sobie nigdy nie dać ponieść się tak głupim i żałosnym pragnieniom jak to. Spojrzał w lustro. Było zaparowane, więc uniósł dłoń, chcąc je przetrzeć. Ale mimowolnie, zupełnie jak dziecko napisał coś na srebrnej powierzchni. Lekki dreszcze przebiegł jego ciało. Nie wierzył, że to napisał. Zirytowany jeszcze bardziej zmazał napis i spojrzał na swoje odbicie.
Był...piękny. Właściwie bez przeszkód można było go tak nazwać, nie bojąc się wcale przesady. Jego twarz była męska i twardo zarysowana, ale mimo wszystko sprawiała wrażenie łagodnej. Trójkątny podbródek dodawał mu nonszalancji i urody. Ciemne włosy były jego niewątpliwym atutem. Gęste i zdrowe. Nie był osobą, mającą niskie mniemanie o sobie. Ale swojej urodzie nie poświęcał zbyt wiele myśli i czasu. Ona po prostu była, całkiem dla niego obojętna.
Stal tak chwilę, przypatrując się swojemu odbiciu. W końcu z pewnym ociąganiem odszedł od lustra i wyszedł z łazienki.
Był nagi. Od pewnego czasu sypiał bez ubrania, ale najczęściej było to spowodowane pewnymi...czynnościami. Tym razem zrobił to z przyzwyczajenia. Przykrył się kocem, czując się trochę dziwnie i jakby...obserwowany? Wiedział, że to tylko wrażenie, nie wyczul nikogo w okolicy.
Leżał, a nieznośny i przywołujący zawstydzające myśli zapach truskawki unosił się w powietrzu. Doprawdy, ta noc zapowiadała się fatalnie.
Miał wrażenie, że minęło o wiele więcej czasu, niż jeden dzień. I znów obudził się sam, w chłodnym i dziwnie pustym łóżku. Miał ochotę kogoś zabić. Naprawdę.
Dzień upłynął jak każdy inny. Dopiero pod koniec, tuż przy zakończeniu treningu zdarzyło się coś, co było jego niezbyt przyjemnym podsumowaniem.
- To żałosne, nie uważasz, Sasuke-kun?
Głos Kabuto był jakby kpiący, co było niezwykle irytujące. Ten człowiek bez jakiegokolwiek wysiłku potrafił doprowadzić do szału. A już zwłaszcza osobę, która jest na skraju wyczerpania. Psychicznego.
- Nie masz innych zajęć, medyku?
Wiedział, że się go nie pozbędzie. Nie tak szybko.
- Chciałem tylko porozmawiać o twojej formie...Czyżby brak Naruto-kuna ci doskwierał?
To był moment. Na jeden krótki moment jego serce ścisnął strach.
- Skąd..?
Nie było sensu udawać, że nie wie, o co chodzi.
- Ja zawsze jestem...dobrze poinformowany, Sasuke.
Zapadał cisza. Stał odwrócony tyłem, i nawet nie musiał patrzeć, by wiedzieć, że na twarzy Kabuto widać ten irytujący, sztuczny uśmiech.
- Nawet jeśli tak, to nie twoja sprawa.
- Staje się moja, gdy pan Orochimaru przestaje być z ciebie zadowolony. Już na dwóch treningach byłeś rozkojarzony. Jak chcesz sobie podymać, to zawsze mogę ci kogoś załatwić...
Podświadomie czuł, ze taka wulgarność nie pasuje do tego z pozoru spokojnego i całkiem zwyczajnego chłopaka. Ale wiedział, że cała osobowość Kabuto była jednym wielkim kłamstwem i zwodzeniem. Nie wiedział, jaki jest naprawdę. Pieprzony szpieg.
- Nie, dziękuję. Naruto wróci niedługo, nie musisz się tym interesować.
Wstał i odszedł, ignorując dziwaczne spojrzenie medyka.
Ta rozmowa nie dawała mu spokoju. Ktoś powiedział mu w twarz, że to przez niego nie może się skupić.
Wiedział o tym, jednak teraz to do niego naprawdę dotarło...Myśl o Naruto nie dawała mu normalnie funkcjonować, i nic nie mógł na to poradzić.
Leżał w łóżku. I niechciane myśli wpełzły do jego umysłu.
Obrazy spoconego, pięknego ciała. Jęki i westchnienia.
Przełknął ślinę. Znajome ciepło spłynęło w dół brzucha, rodząc równie znane uczucia. Zagryzł wargi. Nie zamierzał sobie tego robić, miał swoją godność.
Prawda?
Jednak jego ręka bezwolnie powędrowała w dół. Doskonale znaną drogą, poprzez poznane już tereny. Pod przymkniętymi powiekami pojawił się obraz wykrzywionej w przyjemności twarzy. W powietrzu znów uniósł się słodki zapach truskawek. Tak, jakby wsiąkł w materiał. Dotknął dłonią swojego członka, wypuszczając ciche westchnienie z ust. To było naprawdę upokarzające, jednak żadną miarą nie mógł się teraz powstrzymać. Nie w tej chwili. Uchylił oczy, przywołując kolejne obrazy. Tym razem były bardziej fantazyjne, nie odnosiły się tylko do tego, co się wydarzyło. Mruknął cicho z przyjemności, zaciskając mocniej palce. Ta cała sytuacja była poniżająca, ale na pewno przyjemna. Potem będzie się martwił o resztę.
Poruszał ręką coraz szybciej i szybciej, zapominając całkowicie o dumie. Teraz było tylko wspomnienie niebieskich oczu i przyjemność rozlewająca się po ciele.
Doszedł, czując zapach truskawek, w swoim łóżku, w jeden z najbardziej upokarzających sposobów.
To, co czuł rano możnaby nazwać wyrzutami sumienia. Jednak to słowo w żadnym razie do niego nie pasowało, więc lepsze by było określenie, że był zły na samego siebie. Był słaby, i dał ponieść się chwilowej emocji, czemuś, co minęło po kilku minutach. Tylko głupcy, szaleńcy i słabeusze dają się ponieść chwili. A on nie był żadnym z nich. Przynajmniej w to wierzył. Trzeci dzień był tak samo jałowy i beznadziejny. Jednak przyniósł pewne drastyczne odkrycie.
Nie mógł się skupić. Cały czas myślał tylko o nim. Nawet zrobił to sam sobie, choć uważał to za uwłaczające jego godności.
Tęsknił.
To nie było przyjemne odkrycie. Całe życie starał się, by nie przywiązać się do niczego, do nikogo. I udawało mu się to. Odsuwał od siebie ludzi, a oni z czasem przestawali do niego lgnąć. A teraz to on tęskni, choć nie minął jeszcze nawet ten pieprzony tydzień.
Był żałosny.
I wtedy zaczął zastanawiać się, kiedy to niebezpieczne uczucie zwane przywiązaniem złapało go w swoje sidła. Naruto był swego rodzaju prezentem od Orochimaru. Zabawką do odreagowania stresu. I tym faktycznie się stał. Tylko, że on nawet nie zauważył, kiedy to się zmieniło. Bo zabawka przestała być tylko zabawką, a stała się nieodłącznym elementem egzystencji, bez którego staje się ona nudna i jałowa. Pozbawiony tego...tęsknił. Jak pies, któremu zabrano pana. I nawet nie pomyślał o tym, że taka rola jest poniżająca.
Minął dopiero trzeci dzień, a on już tracił nerwy.
Czwarty zapowiadał się równie beznadziejnie jak poprzednie.
I nie mylił się. Gdy po raz kolejny nie usłyszał plecenia Orochimaru wiedział, że tego dnia raczej nie wróci cały do pokoju.
Oberwał za to. Całe jego plecy paliły żywym ogniem, trawiąc skórę bólem.
- Co się ostatnio z tobą dzieje, Sasuke-kun?
Milczał, zaciskając zęby i starając się nie wydać z siebie głosu.
- Zadałem ci pytanie, chłopcze.
Pochylił głowę, łapiąc się za bolący bok.
- Nic takiego. Mogę już iść?
- Nie.
Przymknął powieki, tak, jakby ten glos był jednocześnie kolejnym ciosem.
- Czyżby to miało coś wspólnego z dziewięcioogoniastym?
Kabuto.
- Ten cholerny medyk ci powiedział?
Orochimaru zaśmiał się przerażająco. Ciarki przeszły mu po plecach.
- Kabuto nie musiał mi nic mówić, wystarczy, ze nie wyczułem czakry Kyuubiego w pobliżu.
No tak, to było to przewidzenia. Zagryzł wargi jeszcze mocniej.
- Naruto wróci, nie musisz się o to martwić.
- Mam nadzieję, Sasuke-kun.
Patrzyli na siebie w milczeniu, po czym odwrócił się powoli, i wyszedł. Przez cały czas obserwowały go zimne oczy.
Bolało. Dawno tak nie bolało, doprawdy, powinien bardziej się skupić. Ale było mu trudno, gdy niecałe kilka godzin temu doszło się do takiego, a nie innego wniosku. Stał teraz pod prysznicem, zaciskając mocno wargi, by nie jęczeć z bólu. Starał się nie myśleć, że w takich sytuacjach drobne dłonie wystarczyły, by złagodzić ból. Ich dotyk, delikatny i czuły był najlepszym lekarstwem. Był ukojeniem. Ale teraz musiała mu wystarczyć tylko ciepła woda.
Gdy leżał na brzuchu, w ciepłym, ale mimo wszystko zimnym łóżku wiedział, że dłużej nie wytrzyma. Jutro pójdzie go szukać, bo inaczej całkiem oszaleje. Zdał sobie sprawę, że Naruto jest czynnikiem niezbędnym do utrzymania jego zdrowia psychicznego w normie. Do utrzymania ciepła, życia. Jest jego najważniejszą częścią, jak się okazało. Dlatego nie wytrzyma bez niego jeszcze tych cholernych, trzech dni. Zasnął, z tym twardym postanowieniem.
To był lekki sen. Dlatego nawet niewielki ruch w pokoju całkiem go rozbudził. Nie przygotowywał się specjalnie. Wiedział kto to, i jego serce natychmiast zareagowało, bijąc szaleńczą radością.
Naruto.
Uniósł się powoli, ignorując nieznośny ból.
- Sasuke..?
Nie opowiedział. Doskonale wiedział przecież, że oboje są świadomi, kogo przed sobą mają.
- Ja...nie mogłem tak dłużej.
Milczał, czekając, co będzie dalej. Wiedział, że to nie skończy się na tych kilku słowach.
- Cały czas o tobie myślałem, i...to było bez sensu, to...rozdzielenie. Może jestem masochistą, ale...
- Cicho bądź i chodź tu, młotku.
Nie nazwał go tak od dawna. Być może to właśnie sprawiło, że bezwolnie wykonał polecenie. Usiadł na łóżku, nieśmiało i jakby pytająco.
- Połóż się obok mnie, Naruto.
Przełknął ślinę i wykonał polecenie, zrzucając uprzednio nakrycie.
- On znów ci to zrobił?
Spytał cicho, dotykając delikatnie jego pleców.
- Nic takiego. Przejdzie.
Naruto skupiony pogładził go po plecach, wywołując w ich właścicielu mile ciepło i prawie że zanik bólu.
- Tęskniłem.
Niebieskie oczy spojrzały na niego w szoku. Jego wzrok nie był już beznamiętny, jak zawsze. Teraz płonął jakimś dziwnym blaskiem.
- Ty...za mną? Nie żartujesz, Sasuke?
Ręka gładząca rany zatrzymała się.
- Naprawdę.
Dwie łzy spłynęły po oznaczonych lisimi bliznami policzkach.
- I nigdy mnie nie opuszczaj.
Naruto z powrotem zaczął pieścić jego poranione plecy. Zapadła między nimi cisza, ale nie tak niewygodna, jak zwykle. Ta pełna byle nadziei.
Na coś lepszego, coś nie będzie zbudowane wyłącznie na obojętności i wykorzystywaniu.
A wystarczyło...kilka dni, by cały ich świat zrobił gwałtowny obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni.
Sasuke spojrzał na niego pełnym koncentracji wzrokiem. Niebieskie oczy zamrugały ze zrozumieniem.
- Chcesz teraz...to zrobić?
Dal niego stosunek oznaczał wykorzystanie i zaspokojenie własnych potrzeb. Wiedział, że on się tego boi. A teraz...teraz chciał, by było inaczej. Nie wiedział, czemu, ale nie zamierzał teraz sprawiać mu bólu.
Ramiona Naruto zaczęły drżeć.
- Spokojnie, tym razem będzie inaczej.
Niebieskie oczy spojrzały w czarne.
- Obiecuję.
Spojrzał na niego z ufnością, która po raz kolejny obudziła ciepło w jego sercu. Uniósł się lekko, odnotowując, że ból minął. No tak.
Lis.
Uśmiechnął się lekko, rozpinając bluzę chłopca i wodząc nosem po jego brzuchu. Ten wydał z siebie dziwny dzwięk, podobny do chichotu. Sasuke pokochał ten dzwięk już teraz. Całował jego skórę, delikatnie i z czułością. Pieścił językiem szyję i twarz, o wiele czulej niż zwykle. Wiedział, że długa gra wstępna nie ma sensu. Byli już podnieceni, zlani potem. Ulokował się między jego nogami, gotowy, by to zakończyć.
Wszedł w niego powoli, dużo wolniej niż zwykle. Spokojnie i delikatnie. Nie ruszał się przez chwilę, zaciskając dlonie na jego pośladkach.
- Boli?
To pytanie wyszeptał mu do ucha, liżąc je lekko.
- Nie, tylko te...ręce...
Dopiero teraz zorientował się, jak mocno zaciska dłonie na pośladkach chłopaka.
- Przepraszam.
- Nic...nie szkodzi...już możesz...uch...
To był zdecydowanie szczyt jego opanowania. Takiej prośbie nie mógł się oprzeć. Pchnął kilkakrotnie, przymykając powieki. Czuł zapach przyjemności, pomieszany ze słodkim aromatem truskawki.
Doszli, po raz pierwszy niemal w tym samym czasie. Opadł na łóżko, starając się nie przygnieść Naruto. W końcu ułożyli się wygodniej, nadal splątani.
- Było...cudownie.
Mruknął coś, jednak w głębi duszy był naprawdę szczęśliwy.
- Dziękuję.
Zasnęli, spleceni.
Siedem dni. Te dwa słowa zmieniły wszystko. Lub raczej zawarta w nich propozycja. Zabawne, jak często małe rzeczy są przyczynami czegoś większego i trwalszego. Zdawało mu się, że to tylko niepotrzebnie zmarnowane dni, godziny, minuty...Ale okazało się to wybawieniem. Krótkie cztery dni.
Koniec
Witam!
Na wstępie... Mam do was kilka pytań.
Po pierwsze, czy odpowiada wam styl, w którym ostatnio piszę?
Nie mam pojęcia, co mi się w nim tak spodobało, zauroczyło.
Miałam różne ,,fazy''. Raz miałam ochotę pisać w trzecie osobie (faktycznie, daje to duże możliwości, ale na dłuższą metę staje się monotonne). Bo ile można wymyślać, co takiego czułaby Sakura, czy Hinata na wieźć o związku Naruto i Sasuke. Potem były do bólu smutne, beznadziejnie zakończone teksty. I wiem, że to nie było dla was przyjemne, czytać to. Specjalnie dla was, przerzuciłam się na szczęśliwe zakończenia. Może nie z taką chęcią, ale czego dla was się nie zrobi : )?
Potem nastał czas dla tekstów opisujących psychozę, smutek i ból wewnętrzny. Boże, jak ja kocham pisać o problemach psychicznych...To daje ogromne pole do popisu. Trzeba dodać oryginalności, jednocześnie uważając, by nie przesadzić. To było naprawdę przyjemne, dodatkowo dla mnie była to swego rodzaju odmiana.
I całkiem niedawno polubiłam kursywę, i ,,surowe'' myśli bohatera. Surowe, w sensie tego, że nie zmienione przeze mnie, np. zamiast ,,był na niego wściekły'' pisałam ,, zabiję go!''. I to także mi się podobało.
A teraz piszę...nie umiem tego wyrazić, po prostu wystarczy spojrzeć na ostatnią notkę, na układ tekstu.
Taka jakby rozmowa z samym sobą, bez kursyw.
Więc, akceptujecie to moją ,,fazę'' : )? Mam nadzieję, że taki styl wam nie przeszkadza, bo być może pojawi się w kilku jeszcze tekstach. A może spodobało wam się, jaki pisałam kiedyś, wrócić do tego? Byłabym wdzięczna za opinie.
Drugą sprawą, jest tematyka tego tekstu.
Nie, tu nie ma już żadnych...problemów natury psychicznej...Chociaż nie, są. Ale nie na zasadzie ,,ktoś jest szalony'' tylko innej...Ale nie ma już żadnych psychopatów xD. Po drugie nie miałam pojęcia, kogo ustawić w roli ,,przyjaciela''. Dlatego...do was należy wybór, kto nim jest : )
Inna rzecz, to reklama xD
Czyli moje filmiki na you tube. Jeśli macie konto, odezwijcie się tutaj :). Cętnie was zaproszę :).
Kolejna sprawa, to odpowiedź na komentarz Tori.
Wiem, sama zdaję sobie sprawę, że mam skłonność do przesady. Patosu też...I tu przyznaję cię rację.
Ale, czym by było fan fiction bez tego : )?
Jednak obiecuję, napiszę coś prostego, bez zbędnych upiększeń...Postaram się poskromić romantyczną duszę.
Więc zamówienia:
a) dokończenie ,,Ach, te dzieciaki''
b) OroNaru dla Sasame : )
c) ,,zwyczajny'' tekst dla Tori
Powiedzcie, jeśli o czymś zapomniałam!
Jestem totalną sklerotyczką.
Ja niezbyt umiem pisać na zamówienie, bo wtedy...jakoś tak kiepsko mi to wychodzi. Nie mierzę sił na zamiary. Np., chciałam napisać coś na mikołajki. I co wyszło? Nie będę prostacka, nie dokończę XD. Albo NejiNaru, to było beznadziejne.
Szkoda gadać.
Przepraszam za niepowiadomienie. Skończyłam pisać dosłownie przed chwilą, i mam mózg otulony watą. Nie mam siły powiadamiać tych, których nie mam GG, więc jeśli ktos zajrzał tutaj wcześniej, niż powidomialm, przepraszam. Wiem, że jest dopiero, a moze aż w pół do drugiej, ale pisanie męczy, jednak.
OSTRZEŻENIE: Nie czytałam tego po napisaniu, więc może być całkowicie bez sensu, z błędami, typu nie ten wyraz (pisałam już o tym, co Word robi). Tekst jest strasznie chaotyczny....
Zapraszam.
Tytuł: Sekrety
Paring: SasuNaru oraz ?/Naruto
Zdradź mi swój sekret, przyjacielu.
Ja opowiem ci swój.
Połączy nas tajemnica, coś, co jest silniejsze niż inne więzi.
Nie mów o tym nikomu, mój drogi. Ja także nic nie powiem.
To należy tylko do nas.
Nasz własny sekret.
Nikt nam go nie odbierze, choćby bardzo chciał.
Bo te słowa, te gesty będą schowane przed natrętnym wzrokiem. W naszych duszach i sercach.
Bo tylko ty i ja je rozumiemy.
Powiedz, co ukrywasz.
Zdradź mi swoja tajemnicę, przyjacielu...
To było naprawdę nierealne. Zupełnie jak sen.
Kiedyś uosobieniem snu było poprzednie życie. Życie, którego wspomnienia wciąż go nękały. Nie ważne, jak patetycznie i tandetnie to brzmi.
Wspomnienia były jego skarbem. Takim, których jednocześnie uszczęśliwiał i ranił.
Uszczęśliwiał, bo dzięki nim wiedział, że kiedyś było dobrze.
Ranił, bo przypominał, jak mógłby żyć w tym momencie.
Szczęśliwie i spokojnie.
Teraz wiedział, ze to wszystko było potrzebne.
W śnie byłby sam.
A tutaj, na ziemi miał jego.
Wraz z końcem snu nastał chłodny, nieprzyjemny ranek.
Jednak w końcu wstało słońce, nieprawdaż?
Z początku dla niego ty było tylko ciekawe doświadczenie.
Tak próbował tłumaczyć to na zewnątrz.
W środku wiedział, że było mu to potrzebne.
Wyrzucenie z siebie trosk i zmartwień.
Przede wszystkim wspomnień.
To, co było doświadczeniem, stało się jedynym ratunkiem.
Ratunkiem od depresji i ciemności. Której stał się częścią, a nawet tego nie zauważył.
Słowa.
To było wybawieniem.
W jego przypadku to wszystko zdawało się być swego rodzaju oczyszczeniem.
Z wyrzutów sumienia, wątpliwości i samotności.
Bo to przecież pomaga, świadomość, że ktoś inny wie.
Tak, dzięki temu czul się mniej brudny, skalany.
Mógł spoglądać inny w oczy i nie czuć się aż tak gorszym.
Bo przecież nie jest jedyny, prawda?
On tez mają sekrety, tak samo wstydliwe, czy nawet czasem złe, jak on.
Nie jedyny.
To właśnie napawało go nadzieją.
To była ucieczka od strachu.
Strachu przed sumieniem, życiem, ludźmi.
Ale i przed wydaniem tego sekretu, tak kruchego i niebezpiecznego w skutkach.
Gdyby się wydało, jego...życie było by skończone.
Przestałoby być życiem, zaczęło udrękom.
Jego tajemnica tym różniła się od innych, że mogła mieć swoje konsekwencje.
Choć właściwie, była też inna tajemnica, w ich kręgu, również tak niebezpieczna.
Mimo wszystko, nie tak zła, jak jego.
Czasami miał wrażenie, że tego nie żałuje.
To było jednocześnie kojące i straszne.
Na szczęście nie był sam, i tylko to się liczyło.
Dla niego to był najszczęśliwszy okres w jego życiu.
Zabawne, ale w takich okolicznościach znalazł kogoś, kto go rozumiał.
Nie musiał sam się z tym borykać, miał jego.
Przyjaciela, powiernika.
Mimo, iż bał się odrzucenia, zdradził mu największy sekret.
Ulżyło mu.
To było jak oczyszczenie.
On czuł się winny, mimo, iż nie zrobił nic.
Przynajmniej względem prawa. Jednak w moralizatorskich oczach był skazany.
W ich oczach był normalny.
Mieli różnie problemy.
Każdy inny, skrajnie odosobniony. Jednak posiadali ten sam, lub podobny cel.
Zapomnieć.
Oczyścić się z tych wspomnień, które dręczą.
Pozwolić im odejść, by samemu żyć w spokoju.
Wszystko zaczęło się od tej dwójki.
Skończyło na grupce osób, pomagających sobie wzajemnie.
Gdy po raz pierwszy zobaczył go takiego, przeraził się.
Nie okazał tego na zewnątrz, to objawiło się niepokojem w sercu.
Bał się o swojego przyjaciela.
Szedł do jego mieszkania pośpiesznym krokiem. Był spóźniony, nie chciał go zawieźć.
Powiedział, że chce mu coś zdradzić.
Był ciekawy, to zrozumiałe.
Po chodach wbiegł migiem, przeskakując stopnie. Zwykła, szara klatka w bloku.
Zapukał, z trudem łapiąc oddech.
I wtedy otworzyły się odrapane drzwi, zupełnie jakby w tym momencie otwierał się nowy rozdział jego życia.
Za tym drzwiami był koncie jego zwyczajnego, beztroskiego dzieciństwa.
Jego przyjaciel był ubrany w sukienkę. Dziewczęcą, żółtą sukienkę.
Wyglądał na przestraszonego, a jednocześnie pełnego nadziei.
Czyżby o tym chciał mu powiedzieć?
Stał zaskoczony, czując jednocześnie obrzydzenie i strach. Był zbyt zaskoczony, by to zrozumieć, poczuć współczucie.
- Cześć.
Nie odpowiedział, stojąc nadal w szoku.
Naprze, chciał zachować się tak jak, powinien, ale nie mógł.
- Co to ma znaczyć?
Przyjaciel uśmiechnął się wymuszenie, obciągając skrawki ubrania.
- To jest mój sekret.
Zrobiło mu się niedobrze.
Sekret?
Stali tak, w ciszy. W końcu jakby otrząsnął się z tego letargu. Chrząknął.
- Mogę wejść?
Skinął głową i wpuścił go do środka.
Tyle razy był w tym mieszkaniu, jednak teraz wydawało mu się diametralnie inne.
Odwrócił się powoli.
Stal tam, mnąc materiał sukienki.
- Brzydzisz się mną, prawda?
Nie odpowiedział. Teraz, gdy pierwszy szok minął, zaczął rozumieć.
Także to, że on też chciałby...coś mu powiedzieć.
- Nie...Tylko jestem zaskoczony, to wszystko.
- Naprawdę?
Zapadła cisza. Nadal stał w kurtce.
Byli naprzeciwko siebie, spoglądają w oczy, nie wiedząc, czego się po sobie spodziewać.
- Skąd to masz?
Wskazał na sukienkę. Wiedział, że musi czymś przerwać tą nieznośną ciszę.
- Mojej siostry.
Mrukną coś cicho, na znak, że rozumie.
W końcu wyszli z przedpokoju, wchodząc do niewielkiego salonu. Byli sami w domu.
Usiedli na kanapach, naprzeciw siebie.
- Jak długo to trwa?
Chłopak spuścił wzrok, mieszając w kubku stojącym na pokrytym jaskrawym obrusem stole.
- Od kiedy pamiętam.
Zamyślił się. Właściwie, parę razy dziwił się jego zachowaniem, dlaczego nie lubi grać w piłkę, dlaczego trzyma lalki swojej siostry w swoim pokoju. To i tak tylko małe przykłady jego dziwactw.
Jednak nigdy nie pomyślał, że...
Jego przyjaciel czuł się dziewczyną.
Nie, nie dało się określić tej sytuacji tym dziwacznym słowem na ,,a''. To nie było abstrakcyjne. To było szalone, inne...Dziwne.
- To zaczęło się typowo. Nie lubiłem chłopców, bardziej wolałem towarzystwo dziewczyn. Były dla mnie bardziej zrozumiałe, ja nie pojmowałam...pojmowałem, ich agresji i brutalności. To był dla mnie dziwne i niepotrzebne.
Słuchał tego w skupieniu, siedząc spokojnie i wbijając wzrok w podłogę.
- Potem odkryłem, że bardziej podoba mi się trzymanie piłki w ramionach i kołysanie, niż jej kopanie. Nie rozumiałem mojego taty, zawsze lgnąłem do siostry i mamy. Nie miałem przyjaciół wśród chłopców, prócz ciebie. Bez obrazy, ale tylko ty wydawałeś mi się nie aż tak męski i brutalny, jak inni. Wiesz, co stało się najgorszym odkryciem?
Nadal nie uniósł wzroku, ale spiął się podświadomie cały. Miał wrażenie, że ta wiadomość, którą usłyszy, nie będzie łatwa.
- Zakochałem się w tobie, Naruto.
Jego serce na moment drgnęło.
Dziwne, ale to nie był gorszy szok niż ten pierwszy.
- Ja wiem, że ty mnie nie kochasz. Chcę tylko, abyś wiedział, że kocham cię od dawna. Ja...
- Dziękuję.
To była cisza pełna zrozumienia. Ale też smutku, strachu i niepewności.
- Naruto...
- Tak?
- Zdradź mi swój sekret, proszę.
Po raz pierwszy od kilku chwil spojrzał mu w oczy.
Jego wzrok nie był nachalny, był proszący.
On się przed nim otworzył.
Chrząknął nerwowo.
- Ja...
Nie wiedział, jak zacząć. Pomyślał, że może najprościej.
- Zakochałem się w człowieku, który jest narkomanem. Ty...znasz go, bardzo dobrze.
Chłopak już otwierał usta, by coś powiedzieć, jednak nie dokończył.
- Widziałem, jak znęcają się nad kimś i tego nie zgłosiłem.
Wyglądał na zaskoczonego. Był w szoku.
- Naruto...
Nadal patrzył w jego oczy.
- Brzydzisz się mnie, prawda?
Powtórzył to całkiem świadomie.
Siedzieli tak, w tym mało gustownie urządzonym salonie.
- Nie. Widzisz, ja cię rozumiem.
I wtedy, coś mu się przypomniało.
Wiedział, co powinien zrobić.
Wiedział, komu może pomóc.
- Mógłbym to kogoś przyprowadzić?
Chłopak drgnął, wyrywając się z letargu.
- Kogo?
- Przyjaciela...
Jego oczy zabłysły zrozumieniem.
- Oczywiście.
Wbiegł z tego małego, dusznego mieszkania. By go odszukać.
Trzęsły mu się dłonie.
Nie mógł opanować tego ruchu. Był zdenerwowany. Nie, to nie był pierwszy raz, ale to uczucie zawsze się pojawia.
Miał niejasne podejrzenie, że tak będzie do końca.
Na który najpewniej nie będzie musiał długo czekać.
W końcu otworzył małą torebkę.
Wyjął papierosa drżącymi palcami i przyłożył do ust.
Wziął do ręki piękną, grawerowana zapalniczkę.
Jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie posiadał. Srebrna, z delikatnymi, wyrafinowanymi zdobieniami.
Zapalił, mrużąc oczy.
To był zwykły papieros, tym razem.
No właśnie.
Tym razem.
Zamrugał parokrotnie, starając się nie zakasłać.
Mimo wszystko, nie palił od miesiąca.
Nie udało się, kolejny raz.
Może przez kumpli, ze śmiechem machających mu przed nosem torebeczka z proszkiem.
Może przez irytujących ludzi, wciąż narzucających się mu, tak, jakby ich szanował, czy chciał ich towarzystwa.
Może przez stres.
A może z powodu jego samego?
Braku silnej woli, determinacji.
A może...z powodu tego chłopaka?
Nie wiedział, teraz było tylko to niesamowite rozluźnienie. Rozchodząc się po ciele wraz z dymem krążącym w krwi.
Chwilowe zapomnienie. Ktoś inny nazwałby to tchórzostwem. Wtedy przyznałby mu rację.
Był tchórzem.
Nie pamiętał nawet, czemu zaczął to robić.
Może pod namowami starszych kolegów?
Jednak to mało prawdopodobne, on nigdy nie podlegał woli innych. Nawet, jeśli ta była słuszna. Przekonał się o tym wielokrotnie, często boleśnie w skutkach.
W wielu sprawach nadal był dzieckiem. Butnym i upartym, nie słuchającym się ,,dorosłych''.
Jak przez mgłę pamiętał gorzki smak tytoniu, łzy w oczach i strach. Strach przez uduszeniem, całkiem irracjonalny, pojawiający się nagle, w tym krótkim momencie.
Mimo tego doświadczenia, brnął w nałóg dalej.
Doprawdy, godna podziwu determinacja. Szkoda, że tak źle ukierunkowana.
I to było jego pierwszy raz, kiedy spróbował czegoś zakazanego.
Potem były lekkie narkotyki, w małych dawkach.
Dopiero potem, to wszystko nabrało dużo poważniejszych rozmiarów, niż na początku.
Był narkomanem.
Nie ważne, jak śmiesznie to brzmiało. Szczególnie w odniesieniu do niego, tak idealnego i podziwianego.
Był ,,ćpunem''
To był jego sekret.
Czasem jednak naprawdę pragnął, by ktoś go z niego uwolnił, odkrył go.
Bo czasem nie mogło już tak żyć.
I stało się, znalazł się taki ktoś.
Dobrze pamiętał zaskoczenie na jego niewinnej twarzy.
Tej samej, którą obserwował z daleka.
Zaśmiał mu się w twarz, tak naprawdę prosząc go, by nie odchodził.
Nie odszedł.
Doskonale pamiętał tę scenę, gdy chłopak usiadł obok niego na podłodze obskurnej łazienki.
Siedzieli tak, w ciszy.
Można powiedzieć, że tak zaczęła się ich...przyjaźń?
Nie było wielkich słów. Pomogę ci, wyjdziesz z tego, jestem z tobą.
Było tylko jedno.
Rozumiem cię, rozumiem twój ból.
Nie zmieniał go, nie namawiał.
To nie był dobry układ, mimo wszystko jednak...pozwalał żyć. Był szczęśliwy.
Zaciągnął się powoli. Oparł się o kafelki, czując ich chłód. Nawet się nie wzdrygnął.
Czekał na niego.
Nie umawiali się specjalnie, te spotkania były całkowicie spontaniczne. Ale mimo wszystko, zawsze, gdy tu przychodził, miał nadzieję go spotkać. Wiedział, co ta nadzieja oznacza.
Nie, nie dzielił ludzi na homoseksualistów i heteroseksualnych. Dal niego nie liczyła się płeć, ktoś był z kimś i nie miało znaczenia, to czy jest on takiej samej płci, czy innej. To rozumowanie było niepełne i bezsensowne, jednak jemu pasowało.
Bo było nadzwyczaj wygodne.
Dlatego gdy odkrył, czym naprawdę jest ta nadzieja, nie załamał się. Widocznie tak musiało być.
Wypuścił dym nieśpiesznie. Uniósł się w powietrzu. Powoli sunął w górę, zupełnie nieśpiesznie.
Tworzył coś w rodzaju mglistych serpentyn, całkiem abstrakcyjnych w swym kształcie.
Drzwi skrzypnęły, obwieszczając jego nadejście.
Podszedł, dziwnie cicho i ostrożnie jak na niego stawiając kroki.
Nie śmiał się, nie witał głośno.
- Sasuke?
Powiedział to ściszonym głosem, który był niemal szeptem.
Nie przeniosłem na niego wzroku. Nadal spoczywał na ścianie, nieruchomy i w pewien sposób wyczekujący.
- Chciałbym cię gdzieś zaprowadzić.
Zaśmiał się. Czy on naprawdę sądził, że da się na to namówić?
- Nie idę do żadnego psychologa, czy do kogokolwiek innego. Nie potrzebuję ich pomocy, a tym bardziej twojej.
Miał zimny glos, pozbawiony emocji.
Chłopak pokręcił przecząco głową.
-To nie żaden psycholog...Chcę, być kogoś poznał. Nie, Sasuke nie przerywaj. To nam pomoże, wiesz mi.
- Masz zamiar zaprowadzić mnie do kogoś, bym powiedział mu, co czuję i to ma nam pomóc? Jesteś szalony, doprawdy.
- To jest mój przyjaciel.
- Więc ja ci nie wystarczam?
- Sasuke...
- Wyjdź.
Wstał i podszedł powoli do drzwi, oglądając się niepewnie.
- Cześć...
- Poczekaj.
Zatrzymał się, obracając powoli.
- Po co niby miałbym iść do tego kogoś?
Znów zapadła cisza.
- Ja przez chwilę pomyślałem, że mógłbyś...Nie, jestem idiotą.
- Naruto...
- Sasuke...powiedz mi, co się dręczy...
- Po co? Jakoś nigdy o to nie pytałeś!
Wybuchł. Naprawdę dziwiło go zachowanie chłopaka. Nie miał pojęcia, o co mu chodziło.
Milczenie na temat pewnych spraw między nimi było wygodne.
Dlaczego on chciał to zmienić?
Przyjaciel podszedł do niego, klękając na białych kafelkach.
- Ja po prostu zrozumiałem, że takie wygadanie się pomaga...Naprawdę.
Milczeli przez chwilę.
W końcu czarne oczy wpiły się intensywnie w niebieskie.
- Chcesz wiedzieć, co mnie dręczy, Naruto?
Chłopak przełknął ślinę.
- Pokażę ci.
Pochylił się nad nim i złożył na jego ustach powolny, ale czuły pocałunek.
Trwali tak chwilę, nie poruszając się, ani nie odrywając od siebie ust.
Siedział na podłodze, opierając się plecami o ścianę. Jego...przyjaciel klęczał przed nim.
Niebieskie oczy odruchowo się zamknęły, jednak czarne wpatrywały się w twarz przed nim.
W końcu odsunął się, opierając z powrotem o ścianę.
- Kocham cię, Naruto. Żałosne, prawda?
Nic nie odpowiedział.
- Ja...Sasuke, ja nie wiem, ja...Chyba też...
Mimo, iż nawet się nie poruszył to w jego sercu na powrót pojawiła się ta nadzieja.
- I to jest ten twój sekret?
- Tak...
Przybliżył się jeszcze do niego, wtulając się delikatnie.
Może nie było to najromantyczniejsze miejsce na spotkanie.
Może nie będzie różowo.
Możliwe, że wcale nie uda mu się rzucić nałogu.
Ale jedno jest pewne. Teraz, ma kogoś, z kim może dzielić każdy sekret.
To było szalone, wiedział to.
Stało się nagle i szybko, bezsensownie.
Ale przecież, czy liczy się cokolwiek poza nimi?
Wątpił.
Dzielmy swój sekret już zawsze, kochanie.
Koniec
Hej!
Na początek mówię:
To nie jest żaden z tekstów, które zapowiadałam.
To zupełnie inny, odrębny.
Kilka uwag:
To jest troszkę non-canon, jeśli chodzi o niektóre postaci, jak Kiba. Nie miałam pomysłu, kogo obsadzić w pewnej roli, wybaczcie.
Druga sprawa, to postać Miki'ego. Jest wzorowana na osobie, którą znam. Jego pierwowzór to Eryk, chłopak z mojej szkoły. Błazen, kretyn i pozer. Oszczędzę wam opisów jego ,,fascynującej'' postaci. Po przeczytaniu pomyślicie ,,a co Miki ma wspólnego z tym kimś?'' Otóż ma wspólne to, że pod wpływem pewnego wygłupu wspomnianego Eryka nasunął mi się ten FF. Zobaczycie dalej : )
Akcja rozgrywa się w ,,realnym'' świecie.
Zapraszam.
Tytuł: Przekleństwo
Paring: SasuNaru
Nigdy bym nie pomyślał, że to może się tak skończyć. Nawet ja, najbardziej świadomy, w najśmielszych oczekiwaniach. Choć nie, oczekiwania to złe słowo. Koszmarach. To pasuje doskonale.
Bo to wszystko wydaje się być koszmarem, groteskowym i dziwacznym. Bez szans na szczęśliwą pobudkę.
Nikt nie sądził, że coś, co zdawało się porywczym temperamentem, okaże się prawdziwą chorobą, taką, która zniszczy mi życie. Mnie, i innym. Jemu.
Choroba? Zaiste, kiedyś mnie to śmieszyło. Samo porównanie z psychopatą wywoływało we mnie śmiech. To było tak abstrakcyjne pojęcie, dziwaczne i odległe, jak tylko mogło być. Ja, chory psychicznie?
Przecież ja byłem tylko nadpobudliwy. Nic więcej, może trochę rozgadany i wiecznie aktywny, ale przez przesady. Czasem czułem jakąś dziwaczną energię, trudną do opanowania. Wystarczyła jedna, głupia zaczepka tej cholernej, szkolonej gwiazdy, bym wpadł w furię. Ale to nie było nic takiego, każdy ma gorsze dni. Tyle, że ja codziennie je przechodziłem, z każdym coraz gorsze. I z tą różnicą, że nie każdy nieomal zabijał w napadzie złości swojego kolegę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem. Ale to zdarzyło się tylko raz. Taki byłem. Niektórzy akceptowali mnie, choć większość ignorowała. Może nawet nienawidziła. Bardzo prawdopodobne. Ja odwdzięczałem się tym samym. Dochodziło do sytuacji, w których nie mówiłem prostego, zwyczajnego ,,cześć'' kolegom z klasy. I to nie było ignorowanie, tylko konieczność. Przynajmniej z mojej strony. I tylko on, pośród tych wszystkich zimnych twarzy, zdawał się być jakąś podporą. Nie wiedział o niczym, przez długi czas. To było doprawdy wstydliwe. Cała ta tajemnica. Żałosne. Byłem żałosny, odrzutek, sierota, mały, nędzny, chory psychicznie. O ile te wcześniejsze cechy były zwyczajne, ta ostatnia wykluczała mnie poza nawias ,,zwykłego'' społeczeństwa. Nawet, jeśli to ,,społeczeństwo'' o tym nie wiedziało. Bo ja sam wiedziałem, i to wystarczyło. Wystarczyło, bym jeszcze bardziej się pogrążył. Brzmi to jak opowieść o seryjnym mordercy? Nie...Ja naprawdę byłem całkiem zwyczajnym, odrobinę nadpobudliwym chłopakiem, który wiecznie się uśmiecha, nic poza tym. Nie miałem wizji, nie biegałem z nożem po mieście. Nie przejawiałem bardziej sadystycznych skłonności niż męczenie gołębi w parku, czy dokuczanie ładnej koleżance. Byłem...normalny.
A jednak, mimo wszystko...nie.
Byłem chory. Tam głęboko, w środku umysłu. W środku duszy.
Ale nawet te stwierdzenia, choć piękne i patetyczne, nie pasują do mojej sytuacji. Piękne?
Dusza. Tak, to jest piękne określenie. Ale czy właściwie nie jest tylko jedną z nazw na osobowość? Skąd wiadomo, że istnieje? Nie jestem filozofem. Nie zajmuję się problemami świata, żyję chwilą. Ale to pytanie stawiałem sobie często, bo choć bezsensowne, odpowiedź na nie niezwykle mnie interesowała. Czym jest dusza? Czy istnieje?
Bo jeśli nie, to, co jest zamiast niej? Zwykłe ,,ja''? Czy podstawa naszej egzystencji, jest tylko wymysłem? Nie wiem.
Nie pamiętam, kiedy poza dojmująca samotnością zacząłem odczuwać także...strach. Najpierw niepokój, obawiający się lekkim ukłuciem w środku. Potem fale panicznego lęku. Przed ludźmi. Ale przede wszystkim przed samym sobą.
Wiedziałem, że czasem po prostu nie mogę się opanować. I bałem się, że kiedyś zaatakuję kogoś niewinnego. To było całkiem możliwe.
Moja ,,choroba'' miała różne etapy. Raz było spokojnie, nic się nie działo. Mogłem bez większego lęku pójść do szkoły. Nie bać się, że kogoś zaatakuję. Jednak nadchodziły takie dni, kiedy bałem się wyjść z domu. Dni pełne niezrozumienia samego siebie, obrzydzenia.
Nie panowałem nad tym, co się ze mną działo. To był impuls, jakaś iskra, która wywoływała reakcję łańcuchową w moim mózgu. Złość. Strach. Ból. Impuls. Furia. Żądza zemsty. Stach. Ciemność.
Błoga, nieprzebyta ciemność.
Mdlałem.
Zawsze po takim incydencie traciłem przytomność Prawdopodobnie z przyczyn fizycznych. Mój organizm, umysł były wycieńczone. Na przemian czułem wyrzuty sumienia i uczucie triumfu. Ogarniała mnie euforia, adrenalina szalała. To było podniecające. I straszne. Do dziś pamiętam przerażenie w oczach nauczyciela. Niemal takie samo, jakie czułem kilka godzin później.
Niemal.
To było abstrakcyjne. To dziwne słowo pasuje do pewnego okresu mojego życia. Wtedy zacznę się podejrzenia.
Na razie tylko moje własne, prywatne. Zacząłem szukać informacji w Internecie. Na temat zaburzeń psychicznych. Nie znalazłem nic, co odpowiadałoby mojej...przypadłości. I idąc ulica, zastanawiałem się, jak zareagowaliby ci ludzie. Na wieść, że ten niepozorny, niski chłopiec powinien być zakuty w kaftan bezpieczeństwa. Ciekawiło mnie to, w jakiś masochistyczny sposób. I kiedyś uzyskałem odpowiedź.
Bolesną.
Jednak ostatecznym ciosem, była rozmowa z nim.
Przyznałem się.
A on wyglądał na autentycznie przerażonego.
To było jak policzek.
Zdaje się, że mówił coś jeszcze. Ale ja nie słyszałem. Możliwe, że kiwałem głową. Do czasu, gdy nie zobaczyłem pod powiekami ciemności.
Przepraszał. Trzymał mnie w ramionach, i przepraszał. Obiecywał, że zawsze będziemy razem, że nie opuści mnie. Odgarniał mi włosy z czoła, tak czule, jak nawet nie potrafiłem sobie tego wcześniej wyobrazić. Kochaliśmy się. Wtedy to był nasz pierwszy raz.
Wiele się zmieniło.
Gdybym miał opowiadać od początku, zacząłbym od tego wrześniowego dnia.
Zdaje się, że to wtedy był pierwszy raz.
Pierwszy raz, kiedy poczułem impuls.
I można powiedzie, że to był zdecydowanie najgorszy dzień mojego życia.
Szedłem korytarzem. Doskonale pamiętam te nieestetyczne, zielone ściany. Szkoła jest biedna, szkoły nie stać. Typowa wymówka. Szedłem, a wokół mnie było pełno śpieszących niewiadomo gdzie ludzi, myślących o własnych sprawach. Ludzi z mojego pokolenia, z którymi absolutnie nic mnie nie łączyło. Smutne. Zdawało się, że mogę czuć się w tym tłumie całkowicie bezpieczny. Mylnie, jak się okazało.
Było ciepło, jak na wrzesień. Okna były pootwierane. Świeże powietrze było miłe i odprężające. Ciepłe, pomarańczowe słońce zalewało okolicę, tworząc miłe wrażenie wakacji, które niestety już się skończyły. Było późno, właściwie niewiele klas miało jeszcze lekcje. A szedłem tym korytarzem, nie przeczuwając nawet koszmaru, który przeżyję.
Nic nie wskazywało na to, co się zdarzy.
Nie było nawet żadnego ukłucia niepokoju. Nic. Szedłem, jak zaślepiony w paszczę lwa.
Wyszedłem na główny hol, ciesząc się w duchu na ostatnia lekcję. Potem już tylko powrót do domu i słodkie lenistwo. Czegóż chcieć więcej?
Szedłem, z uśmiechem na ustach, nie zdając sobie sprawy, że jestem obserwowany.
Głośny śmiech za plecami zmusił mnie do oglądnięcia się.
Kiba.
Wykonałem jakiś nerwowy gest, nie pamiętam nawet co to było. Może wtedy zrozumiałem, co mnie czeka?
Chłopak podszedł do mnie, nieśpiesznie.
Na korytarzu zrobiło się zupełnie cicho.
Nie pamiętam, co powiedział. Może to było coś w rodzaju zaczepki.
- Jeszcze nie w domu, mały?
Ludzie zatrzymywali się, by popatrzeć.
- Daj mi spokój.
Możliwe, że powiedziałem coś aroganckiego, na miarę nadpobudliwego, roztrzepanego chłopca pragnącego odejść stamtąd jak najszybciej.
- Czemu tak ostro, aniołku?
Kilka osób się zaśmiało, zupełnie nie wiem czemu. Dal mnie był to tylko żałosny występ pajaca, który sądzi, że tym zaimponuje.
- Spójrzcie, nasz mały Naru-chan jest zły...Może należy go rozweselić?
Kilka osób odeszło, najwyraźniej przeczuwając, co się stanie.
- Spieprzaj...
- Uuuuu...Nie ładnie tak mówić...
- Mógłbyś być bardziej oryginalny, te teksty są nudne, Inuzuka...
Ktoś z tłumu wyraził swoja opinię, a ja chciałem zobaczyć, kto to. To było do przewidzenia.
Miki, szkolna gwiazda numer jeden.
Miał na imię Michael, i to właśnie imię był jedna z wielu rzeczy, które go wyróżniały. Był popularny, bogaty i inteligentny. I wszystkich dziwiło, dlaczego przyjaźni się z kimś takim, jak Inuzuka Kiba. Tylko nieliczni, z bystrym umysłem, wiedzieli, że z jednej strony to wykorzystywanie, zaś ze strony drugiego to poddańcza fascynacja.
Przeszedł mnie dreszcz. Już wtedy wiedziałem, że jest źle.
Zapadła cisza.
- Więc chcesz czegoś ciekawszego, Miki?
Chłopak prychnął, odrzucając z dziwaczną gracja brązowe kosmyki z czoła.
Kiba odwrócił się w stronę tłumu, teatralnym gestem rozkładając ręce.
- Drodzy panie i panowie...Czy jest na Sali ktoś, kto zechciałby zobaczyć naszego aniołka nago?
W sali zawrzało. Nie pamiętam, jaki nastrój miały te glosy. Większość była podniecona, niektórzy zbulwersowani.
Ja byłem na skraju przerażania. Co on do cholery zamierza?
- Nie martwcie się o nauczycieli, nie ma ich tu...Więc jak?
Spojrzał na Miki'ego, który skinął lekko głową, z chłodnym wyrazem twarzy.
- Zaczynamy...
Podszedł do mnie, a ja wiedziałem, że nie mam szans. Był większy, silniejszy, na dodatek otoczony rozochoconym tłumem.
Balem się, śmiertelnie się bałem. I nawet z tego strachu zapomniałem być zły.
Podszedł do mnie od tyłu i chwycił za końce mojej koszulki.
Tłum krzyknął zachwycony.
- Przestań...
- Dlaczego?
Podciągnął materiał do góry, ukazując światu moją nagą klatkę piersiową.
Przez hol przetoczyła się salwa śmiechu.
I gdzie do cholery są ci nauczyciele?
Miki podszedł powolnym krokiem.
Stanął przede mną.
Bałem się.
I wtedy to zrobił. Dotknął mojego brzucha, a Kiba trzymał mnie mocno za nadgarstki.
Kilka osób wydało zaskoczony pomruk, jednak większość obserwowała z obsesyjną ciekawością, co stanie się dalej.
Jednak, ku mojej uldze, Miki dał sobie spokój.
Ulga była mylna, to, co stało się potem było najbardziej upokarzające.
Kiba siłą zmusił mnie do zgięcia pleców.
A potem to zrobił. Pchnął kilka razy, symulując stosunek.
I upokarzając mnie do głębi.
Śmiał się, szaleńczo i głośno, nawołując coś.
- Jesteś boski, kotku!
Niektórzy wyszli, zniesmaczeni.
Ale większość została, i śmiała się do rozpuku. Przez łzy widziałem zadowoloną twarz Miki'ego.
I wtedy wszedł on.
Sasuke.
Nie pamiętam dokładnie, a może nie widziałem tego przez łzy. Zapamiętałem tylko, jak uderza Kibę w twarz, na oczach połowy szkoły i wyzywa go od skurwieli. A potem bierze mnie za rękę.
Może w połowie drogi poczułem po raz pierwszy to coś tak silnie.
Impuls.
I nawet dłoń Sasuke nie była już kojąco ciepła.
Nie słyszałem jego nawoływań.
Nie słyszałem głosów w tle.
Był tylko nóż, mały scyzoryk w kieszeni i cel.
Kiba.
Nie pamiętam, ile razy dźgnąłem. Nie interesowało mnie, czy widzą to wszyscy. Chciałem zabić.
Byłem ośmioletnim dzieckiem.
Dręczonym ,,zabawami'', na którym właśnie symulowano gwałt.
Chciałem zabić.
I wtedy pierwszy raz, pierwszy raz straciłem nad sobą panowanie. Niestety, nie ostatni.
Możliwe, że to był tylko jeden z gorszych ataków, przecież wcześniej zdążyło mi się wpadać w mniejszą bądź większą furię. Ale nie taką, jak wtedy. Nie spadał na mnie odpowiedzialność za próbę morderstwa, byłem jeszcze dzieckiem. Dostałem jedynie kuratora. Jeśli wczesnej byliśmy z Sasuke przyjaciółmi, to teraz nasze więzi jeszcze bardziej się zacieśniły. Pomagał mi, był zawsze przy mnie. I kochałem go za to, jak przyjaciel może kochać przyjaciela.
Gdy skończyliśmy szkołę, przenieśliśmy się do innego miasta. Nie mogłem codziennie patrzeć w twarze tych osób. Oskarżających, pełnych obrzydzenia.
Nie mogłem pozwolić, by Sasuke po raz kolejny stawał w mojej obronie.
Nie mogłem tam żyć.
Wiec przenieśliśmy się. W wieku szesnastu lat zamieszkałem z Sasuke. On był już pełnoletni. Dwa lata starszy ode mnie, a jednak miałem wrażanie, że dogadujemy się bez słów.
Mimo wszystko, bałem się mu powiedzieć o swoich podejrzeniach.
To chyba zrozumiałe, nieprawdaż?
Miałem dni gorsze i lepsze, czasem w ogóle nie czułem tego.
Mijały miesiące.
W końcu Sasuke wyznał, że mnie kocha.
Nie, jak przyjaciela.
A ja wiedziałem, że czuję to samo.
Doprawdy, to było jak w komedii romantycznej. Miałem nadzieję na happy end.
Cóż, wtedy się nie udało.
I byłem szczęśliwy, aż do tego momentu.
Szedłem ulicą z Sasuke, śmiejąc się głośno. To były czasy, w których niemal zawsze byłem odprężony. Zatrzymaliśmy się w jakiejś kafejce.
I wtedy podeszłą do nas jakaś kobieta. Nie wiedzieć czemu, jej rozbiegany wzrok miał w sobie nienawiść.
- Ty...Od razu cie poznałam!
Krzyk poniósł się po lokalu, zagłuszając muzykę. Ludzie obejrzeli się ciekawie.
- Słucham?
- Czego pani chce?
Spytaliśmy się jej niemal jednocześnie.
- Ty...jesteś mordercą mojego syna!
Doskonale pamiętam szok, który odczułem. To było dziwaczne i abstrakcyjne, że ktoś tak prosto z mostu oskarża mnie o morderstwo.
- Słucham?
- To ty...Mój mały synek...potworze!
Kobiecie zaczęła trząść się warga.
I wtedy ją poznałem.
Te same brązowe włosy.
Te same ciemne oczy.
- Niech się pani do cholery uspokoi, Naruto nie jest pani ni winien. Proszę odejść.
Jak przez mgłę słyszałem głos Sasuke.
Wspomnienia powróciły.
- Twoja wina...
Najwyraźniej kobieta nie kontaktowała z rzeczywistością.
- Nie!
To był impuls. Po prostu to krzyknąłem.
W lokalu zapadał jeszcze głębsza cisza.
- To on mi to zrobił! To on mnie sprowokował!
- Nie! Przed śmiercią opowiadał mi, jak go uwodziłeś, ty dziwko!
Sasuke wstał, najwyraźniej wściekły.
- Nieprawda!
Powiedziałem to, i znów poczułem ten dziwaczny impuls.
Mogłem zabić tę kobietę, tu, i teraz.
Przestraszyłem się własnych myśli.
- Sasuke...źle się czuję.
Podszedł do mnie i objął mnie ramieniem.
Wyszliśmy.
- Idźcie, pedały! Jeszcze dopadnie cię kara!
Jej krzyki słyszałem jak przez mgłę.
Być może pomyślał, że to traumatyczne wspomnienia. Nie wiem, pamiętam tylko jego opiekuńcze ramiona.
Wtedy postanowiłem mu powiedzieć.
Siedział przede mną na łóżku, skupiony.
Trzymał moją dłoń, w czułym geście.
To było w pewien sposób kojące.
Westchnąłem. Nie możnabyło tego odwlekać dłużej.
- Sasuke...
- Tak?
- Ja...obiecaj, że bez względu na to, co ci powiem mnie nie zostawisz...
- Obiecuję.
- Naprawdę..?
- Na honor, Naruto.
- Ja...
-..?
- Czasem miewam takie pragnienie...
To było naprawdę trudne.
- By kogoś rozszarpać.
- Każdy ma takie pragnienia...
- Ale moje są szczególne, bo ja...nie mogę się powstrzymać przed zrobieniem tego.
- Czasem mam wrażenie, że mógłbym zabić.
Widziałem w jego oczach zaskoczenie i strach.
Poczułem, jak robi mi się ciemno przed oczami.
Złapał mnie i umieścił w swoich ramionach.
Były ciepłe i władcze, miałem wrażenie, że idealnie do nich pasuję.
Przy nim byłem mały i wiotki.
Gładził mnie po włosach, delikatnie i z czułością.
Zrobiliśmy to.
Wziął mnie, w tej naszej ciasnej klitce na przedmieściach.
I po raz pierwszy od dawna nie czułem się, jakbym go oszukiwał patrząc mu w oczy.
Zaakceptował mnie.
I tylko to się liczyło.
Żyjemy. I nawet ten mój strach, że kiedyś to znów wymknie mi się spod kontroli jest mniejszy. Bo wiem, że on będzie przy mnie.
Nie jest idealnie.
Ale mamy siebie.
I to się liczy.
W tym całym szaleństwie.
Koniec...
Nie spodziewaliście się szczęśliwego zakończenia, co : ) ?
Witam!
Nie lubię zaczynać notek. Dlatego przyjmijmy, że wprowadzenie mamy za sobą.
Witam po długiej przerwie. Po prostu brak czasu. Nie, nie weny, bo ta mi się strasznie naprzykrzała. Szczególnie na lekcjach historii. Naprawdę, jak można pytać człowieka dziesięć razy z rzędu? Lubiłam historię w podstawówce, lubiłam z poprzednim nauczycielem, a ten nowy...Cóż, to prawda, że nauczyciel potrafi zniechęcić ucznia do swojego przedmiotu, choćby nie wiadomo, jak ten go lubił. Straszne.
Co do tekstu...To nie jest dobre. W ogóle. Nie podoba mi się, pisane byle skończyć. Obiecuję, do następnej części (z punktu widzenia Sakury) postaram się przylożyć...Wybaczycie
?
Co wy na to, by z tego powstała trylogia? : )
To nie jest Sasuke-narkoman. Ale zaczęłam to pisać : ) Oraz kilka innych.
Przepraszam za nie powiadomienie, ale jest po dwunastej, musze iść spać..(szkoła )
PS: Może mdopiszę cos jutro : )
Przedstawiam wam druga część Ironii:
Tytuł: Ironia, część druga: ,,Błazen''
To nie jest tak, że ja w jakikolwiek sposób chciałem ją zranić. Przynajmniej z samego początku, gdy byłem jeszcze całkiem niewinny. Nie, to było tylko kolejne potknięcie błazna, niefortunnie wybranego na ten wieczór. Chciałem jej przyjaźni, jednocześnie gardząc nią. To było zbyt skomplikowane, nawet jak na mnie. Może chodziło jedynie o to, by nie być samotnym? Możliwe. Kochała mnie. I to była jedyna rzecz, jaka była w niej do końca szczera i niekłamana. Ona sama była niezwykle irytującą, pozbawioną uroku dziewczyną. Inteligentną, ale zbyt brutalną i upartą, nie mógłbym żyć z kimś takim. Nie mógłbym znieść jej sztucznych, wystudiowanych póz, słodkich min i jaskrawych włosów. Chciałem naturalności. On ją miał. Z pewnością, to jedna z rzeczy, która mnie w nim pociągała.
- Sasuke...
- ...?
- Dlaczego...Czemu traktujesz tak Sakurę?
- Nie musze ci odpowiadać. Zadajesz durne pytania.
- Sam jesteś durny! Jestem tylko ciekawy...
- Pytasz, dlaczego?
- Tak...
- Jest irytująca...
- Ja też jestem.
- Ty jesteś sobą, a ona jest tobą, młotku. Proste.
- Ale dlaczego jeszcze?
- Jest słaba.
- Zawsze mówisz, że ja też.
- Nie jesteś słaby.
-...
- Nie rób takiej miny, młotku.
- Więc co nas różni? Co różni mnie i Sakurę, że jej nie lubisz, Sasuke?
- ...Nie wiem, Naruto, nie wiem.
I tylko w środku, całkiem cicho szepnąłem: bo ty jesteś moim przyjacielem.
***
Przyjaciel. To tajemnicze, nieodgadnione dla mnie całkiem słowo...pasowało do niego. Nawet, jeśli nie znałem do końca jego znaczenia, i czy mogę go użyć w stosunku do niego. Wiedziałem, że on nie jest pewny mojej przyjaźni. A ja nie dałem mu szansy się upewnić. Bo ja byłem pewny, wiedziałem, że jest dla mnie najbliższą osobą. Dopiero potem, po odejściu zrozumiałem, że to nie była tylko przyjaźń. Może to ewoluowało właśnie tam? W tym odosobnieniu? Nie mam pojęcia. Nie wiem, kiedy stał się dla mnie kimś ważniejszym niż zemsta, niż cały sens życia.
- Sasuke...
- ..?
- Czy my...jesteśmy przyjaciółmi?
- Sądzę, że tak.
- Powiedz to.
- Co?
- Powiedz, że jesteśmy przyjaciółmi.
- ...
- Widzisz...nie potrafisz.
- Jesteśmy...przyjaciółmi.
- Sasuke...
- Jesteś moim przyjacielem.
- Jestem twoim przyjacielem.
- Wiem.
- Sasuke? Czy my...się kochamy?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo tylko chłopak i dziewczyna mogą się kochać. Nie rozumiesz tego, młotku?
- Nie. Ja cie kocham, Sasuke.
- Przestań.
- Kocham, kocham, kocham!
- Nie drażnij mnie!
To było tylko dziecinne przekomarzanie, pierwsze wątpliwości. Czy jednak ,,tylko''?
***
To nie było planowane. Prawdę mówiąc, stało się to trochę bez mojej woli, jakby ktoś mną sterował. Kolejne potknięcie błazna, które tylko jemu wydawało się zabawne. I słuszne. Żałosne, doprawdy. Starałem się wmówić sobie, że to, co robię jest najlepszą decyzją w moim życiu. Było najgorszą.
- Sasuke-kun?
- Po co przyszedłeś?
- Nie tak agresywnie...chciałem tylko spytać, o coś...
- Wyjdź stąd, nie mam zamiaru rozmawiać ani z tobą, ani z nikim innym.
- Sasuke-kun, radziłbym ci odnosi się do mnie...do nas z większym szacunkiem.
-...Mów, co chcesz, i wypieprzaj.
- Żałujesz?
- ...?
- Żałujesz, że od niego odszedłeś, Sasuke-kun?
- Jesteś śmieszny. Niby, o kogo ci chodzi?
- Dobrze wiesz, że chodzi mi o Naruto-kuna.
- Nie, nie żałuje. Wystarczy ci taka odpowiedź?
- Kłamiesz.
- Nic o mnie nie wiesz.
- Wystarczająco.
- Wynoś się.
***
Była dodatkiem. Nawet nie była kimś takim jak ona, w jej przypadku nie starałem się nawet zrozumieć...swoich uczuć stosunku do niej. To nie była ani nienawiść, ani tym bardziej sympatia. Ona po prostu była. I nic więcej poza tym. Była pomocna, twarda, i można powiedzieć, że ją akceptowałem. To z nią przeżywałem pierwsze erotyczne ekscesy. Ona była pewna siebie, ja takiego tylko udawałem. Znów byłem błaznem, o ile w ogóle kiedykolwiek przestałem nim być.
- Sasuke-kun?
- ...
- Kim jest ten Naruto?
- Słucham? Skąd w ogóle znasz to imię?
- Masz zabawną minę.
- Nie baw się ze mną...
- Skąd znam to imię? Czasami...jęczysz je przez sen.
- ...
- To jest ktoś ważny?
- Nie.
- Oczywiście.
- Czy ty ze mnie kpisz?
- Nie, skądże. Tylko wiem, że kłamiesz.
- Zamknij się.
Nie zapomnę jej uśmieszku.
***
Był moim mistrzem. Choć to złe kreślenie, mistrz to ktoś, kogo się podziwia. Ja nim gardziłem. Był dla mnie kreaturą. Zwyczajną kreaturą. Nie podziwiałem go, ja tylko pragnąłem mieć taką sama moc, jak on, Większą. Nie stać się taki jak on. Brzydziłem się nim, nienawidziłem go. Był moim nauczycielem. Nic poza tym. Pragnął mojego ciała, a ja o tym doskonale wiedziałem. Pragnął go w erotycznym, jaki i praktycznym sensie. Robiło mi się niedobrze, od samych wyobrażeń. To było całkowicie ohydne i abstrakcyjne, jak z koszmarnego snu.
- Sasuke-kun.
- Czego ode mnie chciałeś?
- Nie tak agresywnie, chłopcze.
- ...
- Mam dla ciebie propozycję.
- To streszczaj się, nie mam całego dnia.
- Jak zwykle bezczelny...
-...
- Puszczę twoją arogancję płazem...Do czasu. Widzisz, Sasuke-kun, mam w związku z tobą pewne plany.
- Jakie?
- Jestem zmęczony życiem. Uszczęśliw mnie swoją młodością, Sasuke-kun. Daj mis woje ciało, teraz.
- Jesteś szalony! Póki jestem żywy, nie tkniesz mojego ciała!
- To była tylko propozycja, Sasuke.
- Nie.
***
Po zabiciu go, tak po prostu wróciłem. Choć to może złe określenie. Byłem wyczerpany, więc anbu nie miało ze mną kłopotów. Pamiętam tylko jego glos, gdzieś w oddali. I ciszę. Gdy doszedłem do siebie, ignorowałem go. A serce krajało mi się na pół, a ja nawet nad tym nie panowałem. Całkowita ignorancja, zimna twarz, i milczenie. Działało. Do czasu.
- Sasuke...
- Słucham?
- Proszę, skłam jeszcze raz.
- Dlaczego? Masz w tym jakiś cel?
- Nie, tylko...zdaje mi się wtedy, że mówisz prawdę...
- Zdaje ci się.
- Wiem.
- ...
- Sasuke...powiedz to jeszcze raz.
- Kocham cię.
- Dziękuje.
- Jesteś najważniejszy, ukochany.
- Dziękuję.
***
- Sasuke...
- Tak?
- Ja...chce odejść...
- Dlaczego?
- Nie kochasz mnie.
-...
- Ja już tak nie mogę...Nie mogę żyć w kłamstwie.
- Naruto...
- Przepraszam.
- Nie.
- Co?
- To nie jest kłamstwo, to, co ty mówisz, jest jednym wielkim kłamstwem.
- Jak śmiesz! I to mówi ten, który cały czas kłamie!
- Nie, Naruto, ja nie kłamię. Uwierz mi, ten jeden raz.
- Nie...
- Kocham cię,
- ...
- Zawsze cię kochałem.
Dwudziestego pierwszego lutego aoi-ame skończy dwieście dni...To mało powiedziane, że się cieszę...Wiele się zmieniło, dzięki temu, że tak nalegałyście na pisanie SasuNaru, jeszcze bardziej pokochałam ta parę, zmienili się moi ulubieni bohaterowie...Troszkę się działo. Pół roku już minęło dawno...Dziękuję wam, to właśnie wasza zasługa, że bloog istnieje nadal. Jesteście wspaniali .
Hej!
Większość osób chciała kontynuacji tekstu, w którym Sasuke jest psychopatą. Więc z chęcią spełniłam oczekiwania :).
Na początek chciałam się ustosunkować do komentarza Hanuti. Jeśli ktoś wyrazi krytykę, to muszę na nią odpowiedzieć ;)
,,Jak dla mnie troche nudne i bylo wedlug mnie za duzo Kocham Cie,'' (skopiowane)
Cóż...Ja przyjmuję i szanuję krytykę o ile jest uzasadniona. Np. ,,było nudne bo...'' Więc proszę, jeśli coś Ci się nie podoba, napisz dlaczego. Proszę o to wszystkich. Jak na razie wasze komentarze są wspaniałe, mówicie, co się wam podoba, a co wręcz przeciwnie. Dziękuje wam za to.
Tak przy okazji, mineło pół roku bloga...Ja sama w duchu szaleję z radości. Nawet nie wiem kiedy, ten blog stał się dla mnie czymś niewiarygodnie ważnym. Nie najważniejszym, ale jednak. To także dizęki wam, ponieważ usunełabym bloga, gdyby nie wasze komentarze. Widzicie, jaką moc ma te kilka słów? Dziękuje
.
Teraz przejdźmy do opisu tekstu. Powiem szczerze, że wyszedł tak, jak planowałam. Ale ocena należy do was. Wiem, że trochę dziwne, i...Ten tekst jest jeszcze bardziej niezrozumiały, i teraz mówię naprawdę poważnie. Ja sama gubiłam się w tym umyśle Sasa. Obiecuję, to ostatni na razie tekst o takiej stylistyce (przewaga kursyw, niejednoznaczność) Następny będzie pisany starym, prostym sposobem narracji. Powiedzcie, czy teksty w takiej stylistyce, jak ten i ,,Ironia'' wam się podobały? Bo ja mialam ogromną przyjemność z pisania ich. Ale następne to prawdopodobnie ,,Czasmi'' część druga, więc pisane ,,normalnie''. Dobra, już nie gadam XD.
Ach, w tym tekście jest prawie zawsze taki sam układ:
Ci, którzy nie chcą wiedzieć, niech nie zaznaczają:
Czynność, która wykonuje bohater numer dwa.
Odczucia na jej temat (czynności) bohatera numer jeden, który opowiada w pierwszej osobie.
Myśli bohatera numer jeden, właściwie myśli ,,drugiej osobowości'' postaci.
Dla przykładu (nie z tekstu):
Naruto czyta książkę.
Za każdym razem, gdy przewraca stronę ślini palce. Ten gest wydaje mi się w tej chwili niezwykle pociągający.
Podejdź tam, powiedz mu, co chciałbyś, by robił z tym palcem.
Przykład trochę dziwny, ale nie miałam pomysłu.
Wiem, że zakończenie kiepskie, ale pisałam to o drugiej w nocy...Wybaczcie...
Przepraszam, jeśli kogoś nie powiadomiłam. Nie mam siły o tej godzinie. Proszę, podajcie mi swoje GG! Będzie mi łatwiej.
Zapraszam.
Tytuł: Kara
Paring: SasuNaru
Oddech. Cichy, prawie niemożliwy do usłyszenia. Może on już..?
Tak, on umiera. Przez ciebie.
Nie. Tylko ten świszczący, słaby odgłos niszczy idealną ciszę. Przedziera ją, przeszywa mimo swojej delikatności. A może właśnie dzięki niej? Zdaje się, że już nie oddychasz tak ciężko. Jest tak cicho. Jednak...
Denerwuje cię to, prawda? Chcesz go uciszyć?
Kolejnym dźwiękiem jest szelest materiału. Irytujący, słaby odgłos.
Kulisz się, jakbyś chciał zasłonić się przed uderzeniem. W duchu uśmiecham się, ale na mojej twarzy nie widać żadnej zmiany. Jesteś taki mały i głupi. Jak mógłbym cię skrzywdzić?
Pytasz się? Przecież już to zrobiłeś.
Przełyka ślinę. Niemal czuć zapach twojego strachu w powietrzu.
To była tylko kara. Nie skrzywdziłbym cię, dobrowolnie. Te kilka dni były tylko nauczką, nic więcej. Zawiniłeś, więc musiałeś ponieść karę. Nawet, jeśli musiałem podnieść na ciebie rękę. To była tylko twoja wina.
Jego wina, jego. Ale to ty mu to zrobiłeś. Naprawdę na to zasługiwał?
Zaczyna drżeć lekko, może z zimna.
Stoję w cieniu, nie wychodzę z niego. Chce cię przytulić, objąć. Ale jeszcze nie teraz, kochanie. Twoja kara jeszcze trwa.
Dlaczego nie uwolnisz go już teraz, psychopato?
Jeszcze chwilę.
Kaszlesz, a ten dzwięk jest o wiele głośniejszy i agresywniejszy niż poprzednie.
Krzywię się lekko na ten odgłos. Jest irytujący i rozprasza.
Na dalej, uderz go.
Materiał twojego kimona znów wydaje te dźwięki. Jest jeszcze piękniejszy, ze szkarłatnymi plamami na jego białych połach. Tak...tragiczny. Przypominasz teraz jakaś nimfę, zraniona i konającą.
A ty jesteś potworem, który zabił piękną istotę.
Oplatasz ramionami swoją sylwetkę, powolnym, drżącym ruchem.
Wykonujesz ten gest powoli, prawdopodobnie całkowicie machinalnie. Wiem, że ci zimno. Jeszcze tylko chwila, jeszcze kilka minut. Twoja kara się skończy.
I co wtedy zrobisz? Może zmierzasz go po prostu przeprosić?
Już nie usiłujesz się podnieść. Leżysz, skulony. Może coś szepczesz. Chcę wiedzieć, co, ale nie jestem w stanie cię usłyszeć.
Dziwny, podobny do odgłosu jakiegoś osaczonego, opętanego strachem zwierzęta dźwięk wydobywa się z twojego gardła.
Oczy koloru ultramaryny rozszerzają się, w całkowitym strachu. Podchodzę powoli, zupełnie bezgłośnie.
Co zmierzasz? Chcesz go zabić, ty tchórzu?
Oddychasz głośniej, coraz szybciej.
Staję nad twoim ciałem. Twoje powieki drżą, jakbyś walczył sam ze sobą, ze swoim znużeniem i pragnieniem snu.
Na moment nie słychać nic, nawet oddechu. Boisz się. Panicznie.
Jesteś z siebie dumny?
Pochylam się nad twoją głową. Uderza mnie twój zapach.
Pot, strach, zmęczenie. I ten jedyny w swoim rodzaju zapach. Tylko twój.
Kładę dłoń na twoich włosach. Są miękkie. Dziwne, zwłaszcza po kilku dniach niemycia. Gładzę złote kosmyki.
A teraz uderz go, wyrwij mu włosy, przebij kuni'em głowę. Zrań.
Łka cicho.
Na moich dłoniach nadal jest jego krew. Krzywię się w myślach.
Tak, to przez ciebie to się stało. Jesteś sadystą.
Mój umysł nie jest w stanie opanować tego głosu. On nie należy do mnie. Wiem to.
Jestem tobą, idioto. Jestem tobą, twoją prawdziwą naturą. Skrytymi żądzami i pragnieniami.
Zaciskasz powieki, jakby oczekując na cios.
Głaszczę twoje włosy, tak cudne w dotyku.
No dalej.
Pochylam się, i zlizuje krew z twojego policzka. Jest słodka. Metaliczny posmak jest przyjemny.
Tak, pij jego krew. Wgryź mu się w ramię, ssij.
Jęczysz cicho. Z bólu.
Gładzę twoją głowę, jednocześnie sunąc językiem po twojej gładkiej szyi.
Weź go, teraz. Kochaj się z nim. Nie...Pieprz go, do utraty tchu. Aż zemdleje.
Pociągasz nosem, unosząc powieki w górę i odwracając wzrok.
Przerywam pocałunki. Twoje oczy już nie błyszczą. Ale nie straciły swojego koloru.
To przez ciebie straciły swój blask. Widzisz, co zrobiłeś? Ty niezdarny idioto, czego nie dotkniesz, niszczysz...Nieudaczniku!
Zaciskam dłonie na twojej szyi, całkowicie nieświadomie. W myślach zaprzeczam tym słowom. To twoja wina.
Tak, jego. Ale to ty jesteś sadystą. Ty go gwałciłeś, torturowałeś. Ty zniszczyłeś jego życie.
Chce zaprzeczyć, że przecież sam go do tego namawiał...
Ja? Jesteśmy jednym i tym samym, psychopato. To twoje ręce mu to zrobiły.
Nie...
Prawda boli?
Szarpiesz się lekko w moim uścisku.
Wpijam się w twoje słodkie usta, mocno. Nie chce tego słuchać, chce zapomnieć.
I znów to robisz...a kara się skończyła...
Daj mi zapomnienie, ukochany.
Zapomnienie? Najłatwiej jest zapomnieć. Tchórzu.
Zsuwam materiał twojego kimona, delikatnie, całując każdy nowy fragment.
Teraz jesteś czuły. Zapomniałeś, jak zrobiłeś to niespełna godzinę temu?
Jęczy cicho, a ja nie wiem, czy z bólu, czy z przyjemności.
Oczywiście, że bólu. Ty powinieneś to wiedzieć, skoro sam ten ból spowodowałeś.
Rozsuwam jego nogi, nie mam ochoty na zbędne ceremonie.
Nie dbasz, czy jemu jest dobrze? Liczy się dla ciebie tylko twoja przyjemność, ty pieprzony egoisto?
Wchodzę w niego. Przygotowanie jest zbędne, robiliśmy to zaledwie kilkanaście minut temu.
Jesteś skończonym egoistą.
Kocham cię. Całym sobą. A to, to była tylko kara.
Kochasz? Ty nie potrafisz kochać, szaleńcze. Potrafisz tylko ranić.
Pcham, delikatnie. W moich ruchach też widać zmęczenie.
Zmęczyłeś się, sukinsynu? Tym, co robiłeś mu wcześniej?
Czuję znajome uczucie rozleniwienia i ogarniającej ciało przyjemności.
Zadowolony? Zaspokoiłeś się, ty egoisto?
Kładę się obok ciebie, gładzą dłonią twoja twarz. Przytulam cię mocno.
- Już koniec. Spokojnie.
- Sasuke...dlaczego to wszystko...
- Nie powinieneś mnie ignorować. Nie powinieneś się z nim spotykać.
- Przepraszam...
- Cicho. Nie mów nic, ukochany.
- Sasuke...
Ta cicha, bezsensowna rozmowa jest w pewnym sensie dopełnieniem całego zdarzenia. Zamykam oczy.
Jesteś żałosny, szaleńcze...
Koniec
Do napisania,
Mangekyo
Na początek...Witam!
Trochę mnie nie było...Nie powiem, tęskniłam za wami XD
Nie będę was zanudzać historyjkami, jak to sześć razy wywróciłam się wracając z góry (byłam na Przełęczy Okraj). Nienawidzę schodzić po śniegu. Zawsze muszę zaliczyć spotkanie z glebą. Ale cóż, tak to jest, jak się jest taką niezdarą ;)
Ale dosyć o mnie. Pisałam na miejscu. Mam laptopa, ale nie byłam pewna, czy brać go na ten wyjazd. Ale koleżanka z którą jechałam, przeforsowała sprawę ;). I tekst napisany został na miejscu.
Zaczęłam z sześć tekstów. W związku z tym, mam pytanie. Który z nich skończyć?
a) Druga część ,,Czasami''
b) FF w którym Sasek jest psycholem
c) Z punktu widzenia Sakury
Inne teksty mają po trzy zdania (jejku, w życiu tak dużo nie napisałam), więc nie proponuje ich.
Co do tego tekstu: Jest na pewno dziwny, niezrozumiały i zagmatwany. Nie chodzi o fabułę, tylko o styl. Pomieszałam tak, że nie można się domyślić, o co chodzi. Przepraszam. A długość też kiepska, ale nie chciałam tego ciągnąć. Wydarzenia nie są ułożone chronologicznie. Jest to zbiór subiektywnych, osobistych odczuć co do życia.
Zapraszam.
Tytuł: ,,Kłamstwo'' pierwsza część ,,Ironii''
Paring: SaiNaru NaruSasu
Dla Sasame, bo lubi NaruSasu ;) Ale tym razem napisałam z własnej, nieprzymuszonej woli ;)
I dla wszystkich.
I dla niejakiego,,Ktosia'', który nie ma bloga, i nie mogę mu inaczej podziękować. Dzięki XD
To przyszło łatwo. Naprawdę, spodziewał się większych trudności. Można powiedzieć, że to było rozczarowanie. Każdy cieszyłby się z takiego obrotu sprawy. Ale nie on. Nie on, z całą swoją ambicją. On chciał wyzwania. A dostał podane na tacy, niemalże srebrnej. Co za ironia. A on tak chciał wszystkim pokazać. Pokazać, że nie jest dzieckiem. Że coś znaczy, coś potrafi. I znów wszystko poszło na marne. Jak zwykle.
- Co z nim?
- Źle. Jest w śpiączce. Dobrze się spisałeś, Naruto.
- Nic nie zrobiłem.
- Wrócił.
- Nie przeze mnie.
- Sam wiesz, że to nieprawda.
- Wiem, że to nie moja zasługa.
- Naruto...
- Daj mi spokój...
To nie była jego zasługa. Nic nie zrobił.
*
To było niezwykle deprymujące, musieć spoglądać na jej twarz codziennie. Kiedyś miłą dla oka, teraz niemal znienawidzoną. Teraz, gdy fałszywe klapki opadły mu z oczu wiedział, że jej niezwykłość to tylko iluzja. Iluzja sztucznych uśmiechów, pięknych oczu i miękkich ruchów. I teraz widział wyraźnie, jak jej uśmiech znika, gdy tylko zdaje się jej, że on tego nie widzi. Widział delikatnie wykrzywienie ust, skierowanie na jego plecy. I robiło mu się niedobrze, z całej tej obłudy. Miał ochotę powiedzieć jej, że wie, wie o tym, jak mówi o nim za jego plecami, że wie, iż za wszystkimi jej uciechami kryje się pogarda. Ale rezygnował. Zawsze. Wiedział, że nie warto. A może po prostu zwykłym tchórzem? Nie chciał tego wiedzieć.
- Sakura-chan!
- Rany, musisz się tak wydzierać?
- Przepraszam, ten teges...Słuchaj...
- Wczoraj nie posprzątałeś swoich kunaiów.
- Zebrałaś je?
- Śmieszny jesteś? Tobie?
- Nieważne. Wiesz co? Mogę ci coś powiedzieć..?
- A co mnie to obchodzi? Muszę iść do Tsunade-sama.
-...
-Dzisiaj są moje urodziny...
*
Niezwykłą ironią był fakt, że to właśnie on, spośród wszystkich był mu najbliższy. I starał się ignorować fakt, że on i tak nic do niego nie czuje. Z właściwą sobie szczerością stwierdził, że nie wie, co to sympatia. Ale mimo wszystko był mu bliski. Starał się. Byli czymś na kształt dobrych kumpli. Nic więcej, nie mniej. Ignorował pustkę, która pojawiała się w sercu, z każdym usłyszanym ,,nie rozumiem cię''. To nie była jego wina. Tylko tych, którzy pozbawili go uczuć. I zostawili tylko sztuczny uśmiech. Mimo wszystko, był inteligentny. Nie był osobą, z którą możnaby,,konie kraść'', ale był dobrym powiernikiem. Kimś, komu można powiedzieć o swoich żalach. A on nie spojrzy pogardliwie, nie wyśmieje. Bo nie zrozumie. Tylko uśmiechnie się.
- Lubię cię, Naruto.
- Przecież wiesz, że nie. Prawda?
- Tak.
- To czemu mi to mówisz?
- Bo kiedy ktoś inny ci to mówi, uśmiechasz się.
- Ha...A kiedy ktoś tak do mnie powiedział?
- Hinata.
- Ano tak...Sai?
- Tak?
- Czy ty kogoś lubisz?
- Nie. Ale czasem zdaje mi się, że lubię ciebie.
- Dziękuje.
- Znów się uśmiechasz.
*
Był jego przyjacielem. I nawet nie wiedział, czym sobie na to miano zasłużył. Byli razem w drużynie. I co z tego? Zawsze uważali, że ten drugi jest gorszy. Nienawidzili się. A inni, jakby na siłę starali doszukiwać się w tym przyjaźni. Mimo wszystko, on uważał go za przyjaciela, tak, jak tego od niego oczekiwano. A z czasem, to, co było fałszem stało się prawdą. Przynajmniej z jego strony. Bo ze strony tego drugiego była tylko obojętność. Jak zawsze. Czasami miał tylko wrażenie, że coś dla niego znaczy. Czasami. Ale i takie chwile bywały ulotne, jak powiew wiatru. A potem była tylko pustka. Umysłowa i fizyczna. Odszedł. Tak po prostu. A potem, gdy spotkał go, po kilku latach wiedział, że to ewoluowało w coś innego. Coś większego. I wiedział już, że jest inny. Wiedział, czym jest to uczucie, którego doznawał na widok obecnego kolegi z drużyny. Wiedział, że to co czuje do byłego członka tejże grupy jest o wiele silniejsze. Gdy to sobie uświadomił, przez pół godziny kopał w drzwi, z bezradnej złości.
- Naruto?
- Tak, babciu Tsunade?
- Nie mogę zrozumieć, co stało się z tym uśmiechniętym kretynem.
- Hę?
- Jesteś smutny, Naruto.
- Nie...Czemu niby.
- Twój uśmiech jest sztuczny. Co się stało? Chodzi o Sakurę?
-...
- Ona jest zazdrosna.
- Niby, o co? Starzejesz się, babciu.
- O ciebie i Sasuke. Ona wie, że między tobą a nim było więcej nic kiedykolwiek między nią a Sasuke...
*
To nie było planowane. Nie było także jakiegoś impulsu, elektrycznej iskry. Oni po prostu to zrobili. Nie jako koledzy z drużyny, nie jako kochankowie. Tylko jako dwoje ludzi, jeden niewyobrażalnie samotny, drugi bez szans na jakikolwiek inny związek. Wtedy poczuł po raz pierwszy, co to znaczy mieć w sobie kogoś. Przyjąć kogoś całkowicie, bez reszty. Pozwolić mu zdobywać. I nie czuł nic. Może tylko wdzięczność. Wdzięczność, że nie odrzucił go, nie wyzwał. Po prostu to zrobił. Ukoił tą samotność. Tak podobny. A tak inny. Dwie osoby. Dwa charaktery. Nie, nie starał się szukać w nim jego. Wiedział, że tylko się tym skrzywdzi. Zrani. I rozgrzebie stare rany. Kochał się z nim, a za ścianą spała ona.
- Sai?
- Tak, Naruto?
- Teraz mnie lubisz?
- Tak.
- Kłamiesz.
- Ty także.
-...
- Chcesz zapomnieć o Sasuke-kun, prawda?
- Dlaczego właśnie ty masz prawo wiedzieć o mnie takie rzeczy?
- Lubię obserwować.
- Wiem.
- Kochasz Sasuke.
- Ty się nie pytasz.
- Tak.
- Tak.
*
I wtedy on wrócił do zdrowia. I nawet cieszyłby się, gdyby go obraził. Gdyby chciał z nim walczyć. Byłby szczęśliwy. A on go ignorował. Był dla niego powietrzem. Przechodził koło niego, nie spoglądając nawet na chwilę. A to bolało. Rozmawiał z nią. Rozmawiał z każdym, tylko nie z nim. Nigdy więcej tego nie powtórzyli. To była jednorazowa sytuacja. Ale on nadal miał wrażenie, że go zdradza. Czuł coraz większy ból. Psychiczny.
- Mam tego dość!
-...
- Zachowujesz się jak tchórz!
-...
- O co ci chodzi?! Dlaczego cały czas milczysz?!
-...
Odkąd wróciłeś nie zamieniłeś ze mną słowa. Nawet z Sakurą rozmawiałeś. Czemu?!
-...Wyjdź z mojego domu, Uzumaki. Jestem zmęczony i jutro mam misję.
- Sasuke...
- Wyjdź.
*
Wpadł w rodzaj apatii. I nawet jego żarty go nie bawiły. Wszystko stało się obojętne. Podobno to pierwsze przejawy depresji. O ironio, osoba, która kiedyś była błaznem, teraz nie uśmiecha się nawet na chwilę. To martwiło innych. Nawet, jeśli niektórzy z nich tego nie okazywali. Bali się, bądź nie chcieli.
- Sasuke!
- Jesteś cholernie uparty.
- Powiedz, powiedz mi, czemu?
- Nie chcesz wiedzieć.
- Chcę! Sasuke...Ja obiecuję, że odejdę, tylko powiedz mi, o co ci chodzi. Po co wróciłeś.
- Dla ciebie.
- Kłamiesz! Dlaczego wszyscy muszą mnie okłamywać?! Dlaczego ty?!
- Kocham cię.
- Nie! Nie! Dlaczego tak nagle mi to mówisz? Kłamiesz! Kłamiesz...
- Wiec po co się pytasz?
- Nie kochasz mnie.
- Nie.
- Nie wróciłeś tu dla mnie.
- Nie.
-...
- Mówię to, co chcesz usłyszeć.
- Kocham cię, Sasuke.
- Wiem.
*
Wtedy było inaczej niż z nim. I nawet nie liczyło się to, że tym razem to on brał. Teraz czuł całą mieszaninę uczuć, całkowicie sprzecznych i niezgodnych. Czuł radość i ból jednocześnie, nadzieję i zwątpienie. Szeptali do siebie, cicho, namiętnie. Kocham cię, kocham, będę z tobą na zawsze. A on wiedział, że to tylko słowa. Był w nim, głęboko i tylko to się liczyło. Jego przyśpieszony oddech, spocone włosy i silne ciało. Nogi, splecione na jego biodrach. I te ciche słowa.
- Kocham cię, Sasuke.
- Wiem.
- Dlaczego to robisz?
- Dlaczego?
- Przecież mnie nie kochasz.
- Nie kocham.
- Więc czemu?
- Bo tak chcę.
- To nie jest odpowiedź.
- Bo cię kocham.
- Dlaczego kłamiesz?
- Bo tego oczekujesz.
-Mów do mnie...Mów, że mnie kochasz. Kłam.
- Kocham cię...Jesteś moim całym światem. Żyję z myślą, że jesteś obok.
-...
- Kocham cię. Zawsze cię kochałem. Jestem tylko twój.
- Kłam, kłam, Sasuke.
- Zasypiasz?
-...
- Nie muszę... Naruto, ja nie muszę kłamać.
*
Byli razem. Zostali parą, jeśli można to tak określić. Ale on nazywał to kłamstwem. Bo wiedział, że ten związek zbudowany jest na kłamstwie, jest nim. I będzie.
- Kocham cię.
- Nie rań mnie.
- Mówię prawdę.
- Nie wierze ci! Słyszysz?! Nie, nie, nie!!!
- Nie odchodź.
- Nie wierzę ci!
- Zostań...Naruto.
-...
- Jesteś głupcem. Naprawdę nie domyśliłeś się, że ja naprawdę cię kocham?
Koniec
Serdecznie dziękuje za komntarze!!!
Od razu mówię, że to ma szczęśliwe zakończenie. Może wydawać, się, że nie, ale ma. Mimo tego, co wydaje się na początku. Zapraszam.
Tradycyjne uwagi:
a) mysli Saska są napisane kursywą
To chyba tyle! Zapraszam ponownie.
Tytuł: Nie kocham cię
Paring: SasuNaru
Z dedykacją dla Czarnej i Sasame, dla tej drugiej w podzięce z przyszłe GaaNaruSasu ;)
- Nie kocham cię.
Widzę, jak z trudem opanowuje płacz. Jego ramiona są skulone, drżą lekko. Siedzi na łóżku, całkiem nagi i bezbronny. A ja czuję się w tej chwili jak śmieć, mówiąc mu takie rzeczy.
- Dlaczego?
Udaję rozbawienie, odchylając głowę do tyłu. W pokoju czuć słodkawy aromat alkoholu.
- Pytasz, dlaczego?
Spogląda na mnie z niepokojem, jakby bojąc się odpowiedzi. Mrużę oczy, chwytając papierosa i zapalając go. Zauważa ten gest, i wiem, że się boi.
Przedstawienie czas zacząć.
- A niby, dlaczego miałbym cię kochać?
Za oczy, za złote włosy. Za uśmiech.
Moje myśli złośliwie podpowiadają mi te oczywiste odpowiedzi. Ale ja wiem, że nie mogę tego powiedzieć.
- W czym jesteś taki wyjątkowy?
Nikt nie ma takiego uśmiechu. Nikt nie posiada oczu bardziej błękitnych, niż niebo. Nie ma włosów, w których słońce skrzy się w taki sposób.
Pochyla głowę. Teraz wyraźnie widzę krople kapiące na pościel. Zaciągam się i na chwilę moja mina przestaje być zimna, i pojawia się na niej wyraz bólu.
- Rozumiesz? Jesteś dla mnie nikim.
Jesteś ważniejszy niż wszystko inne, niż moje życie. Nie, ty jesteś moim życiem. Całym światem.
Może powinienem być dumny, że kilkoma słowami złamałem tak silnego człowieka? Czuję się jak śmieć. Wiem, że musze to zrobić.
- Nigdy nic dla mnie nie znaczyłeś.
Zawsze, od samego początku byłeś dla mnie najważniejszy. Byłeś moim przyjacielem. Prawdziwym.
Wypuszczam dym z ust. Leży teraz, skulony. Płacze, teraz całkiem otwarcie.
- A teraz miałoby się to zmienić?
Teraz wiem. Wiem, co to za uczucie. To nie jest tylko przyjaźń. Kocham cię, cokolwiek to znaczy. Kocham.
- Przez jeden numerek?
To było najwspanialsze przeżycie, od czasów naszego pierwszego pocałunku. Byłeś mój, tak całkowicie mój przez te kilka chwil. Byłem w tobie, a ty przyjąłeś mnie. Także psychiczne, z całym arsenałem moich wad. Wtedy mogłem cię jeszcze dotykać.
Spogląda na mnie załzawionymi oczami. Gaszę papierosa z wystudiowaną, pogardliwą miną.
- Wszystko wróci do normy. Nic się nie wydarzyło.
Nienawidzę siebie.
Nie rusza się, wpatrują się w moje oczy.
- Nie kocham cię.
Kocham cię, do utraty zmysłów. Zawsze cię kochałem.
- Nie kocham.
Kocham, kocham.
Powtarzam w moim umyśle te słowa, jak jakąś mantrę. A on, zupełnie spokojnie powoli podnosi się. Zapada cisza, a wyraz pogardy na chwilę znika z mojej twarzy.
Stoi przede mną, w samej koszuli. Wygląda jak jakieś uosobienie niewinności. Jego skóra błyszczy w świetle księżyca, a złote włosy opadają lekko na czoło. Niebieskie oczy przykryte powiekami, spuszczonymi pokornie. Uśmiecham się zadowolony, z pewną dozą czułości. W powietrzu roznosi się zapach alkoholu. Słodkawy, ciężki. Oboje jesteśmy upojeni. Ja winem i pożądaniem, on swoim wstydem. Rozpinam koszulę, i podchodzę do niego. Zrzucam niepotrzebne ubranie. Kładę ręce na jego ramionach, całując go. Odpowiada mi chciwie, jakby to był nasz pierwszy pocałunek, jakby ten, w pustej klasie się nie liczył. Zarzuca mi ręce na szyje, a ja obejmuje go w pasie. Pachnie słodko, i nie ma to nic wspólnego z alkoholem. Przerywam pocałunek i wtulam twarz w jego włosy. Są miękkie. Uwielbiam patrzeć, kiedy skrzą się w promieniach słońca. On całuje moją szyje, delikatnie i mało wprawnie. Śmieję się, przesuwając usta na jego twarz. Nie obchodzi mnie, że w każdej chwili może przyjść Sakura, bądź ktokolwiek inny. Teraz jest tylko ta miękka skóra, ten słodki zapach. Ściągam z niego koszulę. Nasze nagie torsy stykają się, sprawiając, że obaj płoniemy. Delikatnie kieruję go na łóżko. Opadamy na nie, nadal całując się, ssąc i liżąc. Ściągam jego spodnie, delikatnie, podniecającym ruchem. Powoli, by przedłużyć jego torturę. W końcu obaj zostajemy w samej bieliźnie. Jest piękny, dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałem. Kilka blizn znaczy jego gładką skórę. Przesuwam po nich palcami, delikatnie. W końcu przestaje być powoli, wszystko zlewa się w jedno, wcale nie za sprawą alkoholu. W następnej chwili już jestem w nim. Głośno krzyczy, zapewne z bólu. O niczym już nie myślę, zatracając się w tym ciasnym gorącu. I wtedy wymyka mi się coś, co było zupełnie nieplanowane.
- Kocham cię.
Przez chwile jestem przerażony. A potem wszystko mi jedno, bo jego mięśnie zaciskają się na mnie. Mam tylko nadzieję, że nie usłyszał.
Patrzy się na mnie, a w jego oczach widzę jakąś dziwną pewność siebie.
- Nie wierzę ci.
Jestem zaskoczony, ale nie daję tego po sobie poznać. Uśmiecham się pogardliwie.
- Tak? Niby dlaczego?
Pochyla głowę, oddychając ciężko.
- Bo wiem, że kłamiesz.
Tak kłamię. Wiem również, że nie możemy być razem.
Uśmiecham się jeszcze bardziej zjadliwie i lustruję go wzrokiem. Stoi tam nadal, nieugięty.
- Na jakiej podstawie tak sądzisz?
- Bo widzę. I słyszałem.
Słyszał. Nie wiem, czy się cieszyć. Czy może od razu strzelić sobie w głowę.
- Kłamałem.
- Nie.
Nie, nie kłamałem. Skończ już tą rozmowę, podejdź do mnie, i pocałuj mnie.
Ignoruje moje całkowicie irracjonalne myśli.
- I wiesz co?
Pyta się, a w jego glosie słychać jakąś siłę.
- Tak?
Staram się brzmieć spokojnie, ale niezbyt mi to wychodzi.
- Ja nie pozwolę tego zniszczyć. Kocham cię. I ty mnie. A ty chcesz to tak zmarnować!
Ostatnie zdanie wykrzykuje. Nie mam pojęcia, co powiedzieć.
Wiem, wiem to wszystko. Więc podejdź do mnie, kochanie.
- A skąd pewność, że cię kocham.
Mój głos jest niepewny, i on już wie, że się podałem. Nic nie mówi, tylko podchodzi do mnie, i całuje mnie stając na palcach. Pocałunek jest słodki. W końcu odrywamy się od siebie.
- Nie kocham cię
Mówię te słowa w złote włosy, całkowicie bez przekonania. Śmieje się.
- Ja ciebie też.
Więc bądźmy razem, na zawsze. Kochajmy się.
Koniec
wtorek, 9 lutego 2010
było was: 51067
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Ten blog to taki mój eksperyment. Jest moim pierwszym i jedynym. Po prostu w moim przypadku lepiej skupiać się na jednej rzeczy. Ja już taka jestem, że jak robię kilka rzeczy na raz, to nic nie wychod...
dowiedz się więcej...Ten blog to taki mój eksperyment. Jest moim pierwszym i jedynym. Po prostu w moim przypadku lepiej skupiać się na jednej rzeczy. Ja już taka jestem, że jak robię kilka rzeczy na raz, to nic nie wychodzi. Wolę mieć jednego bloga, ale prowadzić go z całym zaangażowaniem. Co to znaczy aoi-ame? Wygrzebałam to w słowniku polsko-japońskim. W wolnym przekładzie brzmi to,,niebieski deszcz’’. Nie mam pojęcia, co mną kierowało, by nadać mu taką nazwę. Może nie chciałam kolejnego sasunaru233.pl? Lubię eksperymenować, zmieniać, przekręcać i dodawa. Nie lubię banału ani pójścia na ławiznę schematów yaoicowych. To zbyt łatwe i daje niewielką satyswakcję i jedynie 50% radości, jaka powinno dawać pisanie. Kanoniczość? Chyba mnie mnie lubi :). ,,Specjalizuję’’ się w one-schot’ach. NIE UMIEM pisać długich, rozdzialowych tekstów. Po prostu nie. To chyba tyle o aoi-ame. Pozdrawiam i zapraszam do czytania i komentowania.
schowaj...
Jestem Mangekyo, tyle powinno wam wystarczyć ;). Na temat moich personaliów dodam tylko, że mam na imię Ola. Moje zainteresowania nie są szczególnie oryginalne. Najważniejsze: pisanie, szkocowanie, czytanie. I marzycielstwo. To ostatnie pochłania 90% mojego życia. Reszta to realny świat i ogromnie się cieszę, że mogę uciec w wyobraźnię. Zawsze. Wszędzie. Bo ona, w odróżnieniu od kartki papieru czy książki towarzyszy mi zawsze. I oby tak było.
Jako nieśmiała z natury, nie cierpię publicznych wstępów, a co się z tym wiążę tańca, śpiewu i gry aktorskiej. Jestem typowym zodiakanlnym rakiem.
SasuNaru, SasuNaeu i jezcze raz SasuNaru. Ogólnie Naru. Mam ogromną sympatję do tej postaci i kocham ją szczerze :)
Do napisania!